Blog
Za Mostem Uniwersyteckim
Człowiek zwany Ickiem
Człowiek zwany Ickiem leszcz polityczny
0 obserwujących 12 notek 6746 odsłon
Człowiek zwany Ickiem, 8 listopada 2009 r.

Europejskość czyli blef?

 Jak można wyczytać na blogu Bartosza Wasilewskiego, największym problemem integracji europejskiej jest brak tożsamości narodowej implikujący (przynajmniej w pewien sposób) problem legitymizacji organów unijnych. Jak dobrze wiadomo, w demokracji władza ma pochodzić od ludu, zaś w Unii lud jest pojęciem względnym – skoro bowiem brak jest narodu, to brak jest tez podstaw do ogłoszenia kogoś tym słynnym demos. 

 
Jak możemy dalej wyczytać na blogu pana Wasilewskiego, wielu politologów opierając się na dokonaniach Carla Schmitta (dla niewiedzących – był to do roku 1936 jeden z czołowych teoretyków nazizmu, odsunięty od źródła swej władzy za zbyt mało ortodoksyjne podejście do antysemityzmu), twierdziło przez długi czas, że niemożliwe jest utworzenie państwa europejskiego właśnie z powodu braku homogeniczności narodu. Niczym dziwnym nie jest, że zwolennik silnej władzy, narodowy-socjalista głosił takie teorie, jednak dziwnym jest przypisywanie akurat tej myśli tak silnego wpływu na powojenną politologię. Zwłaszcza w kwestii integracji.
 
Naziści mieli to do siebie, że państwo postrzegali przez pryzmat narodu, bo to naród był ostoją władzy. Władza zaś miała być emanacją owego mitycznego narodu, w przypadku nazistów – aryjskości. Trudno w dzisiejszych czasach uzasadniać jakiekolwiek twierdzenia dotyczące Europy przez pryzmat nazistowskich teorii, a do takich z całą pewnością należy polityczna doktryna pana Schmitta.
 
Jeśli bowiem za punkt wyjścia dla możliwości istnienia państwa przyjmiemy konieczność istnienia homogenicznego narodu, tedy należy uznać, że Stany Zjednoczone państwem nie są. Trudno tam bowiem wskazać na choćby minimalne wskazania na homogeniczność. Ba, trudno wskazać na coś, co poza polityką, łączyłoby wszystkich Amerykanów. Jednocześnie jest to dowód na błąd tkwiący u podstaw założeń pana Schmitta i tych, którzy dzisiaj z nabożną czcią powtarzają za nim te bzdury.
 
I teraz dochodzimy do meritum. Czy bowiem brak elementu demokratycznego w wyborze instytucji europejskich wywodzi się z niemożności oparcia konstrukcji unii na zasadach demokracji, przy braku tego narodu? Jest to absurd całkiem niezłego kalibru. Skoro tak byłoby w swej istocie, to dziś nie powinien istnieć rząd federalny Stanów Zjednoczonych. A jednak istnieje i wbrew pozorom, a już na pewno wbrew tym porywającym teoriom, ma się on całkiem nieźle. Wydaje mi się, że tajemnica braku demokratyzmu tkwi raczej w procesie integracji, który zakładał na samym początku zespolenie tylko gospodarcze. Czyli instytucje miały być de facto wykonawca woli państw. Dopiero wraz z rozwojem sytuacji, w znacznej części nieprzewidzianym, okazało się, że Komisja i jej organy zaczyna odgrywać zbyt dużą rolę przy faktycznie zerowej legitymizacji swojej władzy. Zerowej w sensie demokratycznym, bo z drugiej strony można argumentować, z typowo prawicowego punktu widzenia, że Komisja to organ wykonawczy państw. Tym samym zadalibyśmy śmiertelny cios tezie, jakoby to właśnie Unia miała sobie podporządkowywać Państwa. Bo przecież to one kreują skład Komisji, Komisja zaś wykonuje generalne założenia polityki Unijnej kreowane przez Państwa.
 
To byłoby oczywiście wołającym o pomstę do nieba uproszczeniem. Nie ma bowiem usprawiedliwienia dla samowoli Komisji jak i jej zbyt potężnej władzy centralnej. Ale trudno się zgodzić z tezą głoszoną przez pana Wasilewskiego. Za to w dość prosty sposób można, przywołując po raz kolejny kazus Stanów Zjednoczonych, zgodzić się z tezą pana Manciniego, który wskazuje na obywatelstwo jako nić wystarczającą do stworzenia podstaw dla Federacji. Bo czym jest Państwo? Jeśli uznamy, że ma być stricte homogeniczne w sensie kulturowym, to chyba jednak musielibyśmy za jakiś czas pozwolić Ślązakom odejść i radzić sobie samemu. Nie pochodzę ze Śląska ale też nie czuję ze Śląskiem jakiejś szczególnej nici państwowej. Ślązak myśli inaczej niż Polak, bo Śląsk to połączenie wielu kultur, to swoisty tygiel, to kraj przesiąknięty różnymi wpływami. Sprowadzanie Śląska do Polski jest zabawne. Tak jak i sprowadzanie Śląska do Czech czy Niemiec. 
 
Oczywiście, Polska w dużej mierze jest homogeniczna. Temu zaprzeczyć się nie da. Jeśliby jednak za kryterium przyjmować czystej krwi Polskość czy Francuskość czy Niemieckość, jako podstawy do tworzenia narodów, to okazałoby się, że zamiast kilkudziesięciu państw, Europa to zlepek kilkuset nacji z których każda może rościć sobie prawo do niezależności.
 
Może nadszedł już czas, aby zamiast płakać nad tym jaka Unia jest zła, zabrać się za jej reformę. Tak, aby za jakiś czas móc żyć w naprawdę przyzwoicie zorganizowanej federacji. Taki kierunek, na całe szczęście dla nas samych, wydaje się być przesądzony i żadne płacze ani lamenty tego nie zmienią.
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Teksty, które warto przeczytać: . . . http://coryllus.salon24.pl/138156,przyjaciel-esesmana-landaua

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Chevalier Popisałem się indolencją? Pan wybaczy, ale to Pan jako pierwszy zaproponował...
  • @Chevalier Czyli jednym słowem wie Pan o czym pisze podobnie jak bloger Azrael. Ale to i tak on...
  • Autor Rozumiem, że podobnie do blogera Azraela jest Pan wybitnym znawcą tematu i specjalistą...

Tematy w dziale