Blog
Za Mostem Uniwersyteckim
Człowiek zwany Ickiem
Człowiek zwany Ickiem leszcz polityczny
0 obserwujących 12 notek 6746 odsłon
Człowiek zwany Ickiem, 15 listopada 2009 r.

Rzeczpospolita Leszczy

 Leszcze robią oszałamiającą karierę na giełdzie, ale już teraz można dopatrzeć się całych stad wędrujących wodami polityki. Leszcz, czyli amator, osoba przeświadczona o swojej wielkości a w gruncie rzeczy nie do końca rozumiejąca mechanizmy rynku, ktoś, kto nie ma wpływu na wydarzenia to najpopularniejsza ryba rynków papierów wartościowych. Jednak kim jest polityczny leszcz?

 
Politycznego leszcza można rozpoznać na dwóch płaszczyznach – społecznej i parlamentarnej. W tym pierwszym wypadku rybą jest każdy z nas: wyborców, blogerów, komentatorów i obserwatorów. Oddając głos chcemy zmienić rzeczywistość, pisząc chcemy wpłynąć na jakieś rozwiązania, zebrać ludzi czy zablokować nieudane inicjatywy. Nikt jednak nie bierze pod uwagę oczekiwań demokratycznego leszcza, ba, wręcz typowy polityk stara się nam przedstawić samego siebie jako przywódcę stada, czy może nawet rekina polityki, znającego się na wszystkim i na wszystko wpływającego.  Tak więc tworzona jest ułuda powagi jednego głosu, sami na siebie najeżdżając staramy się stworzyć abstrakcyjny byt państwa będącego jakiegoś rodzaju dzieckiem ikry (głosów) młodych leszczy. Wielu z nas, wyborców, często bije się z prostą myślą – czy jeśli nie ma na kogo głosować to czy nie pójście do wyborów będzie oznaczało przyczynienie się do zwycięstwa większego zła? Oczywiście w miejsce większego zła można wstawić dowolną partię, wszystko bowiem zależy od poglądów. I czasem oglądając telewizję czy czytając internet, dostrzegamy w wybranym przez nas rekinie polityki tę świętość, tą dziwną aureolę wszechmocy, jak gdyby faktycznie chciał kierować się naszym głosem.
 
Co czyni zwykłego człowieka leszczem? Konstytucja, a jakże by mogło być inaczej. Art. 104 ust. 1 zawiera znamienne twierdzenie: „Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców.” Przypomina mi to znamienny post Sandacza z jednego z forów wędkarskich: „Na leszcza nie ma pewnych typów, nigdy nie ma!!!! Przez 3 lata obserwuje zachowanie leszczy i muszę przyznać - jest tak że czasem biorą na makaron, a na rosówki i białe nie ma w ogóle brań! Innym razem biorą wyłącznie na rosówkę czy białe.” Jakże typowe i wspólne dla ryb i ludzi zachowanie! Czasem bierzemy na kiełbasę wyborczą a czasem na puste obietnice. No właśnie! Konstytucja, która czyni nas leszczami, daje politykowi prawo zastosować każdą przynętę, ale nie nakłada już na niego obowiązku aby w gruncie rzeczy przynęta okazała się prawdziwa. To jak kupowanie pasztetu z dzika, w którym jest 1,5% dziczyzny, przy czym znakomita większość ludzi nie spojrzy nawet na skład i będzie żyła w przeświadczeniu, że dzik smakuje dokładnie tak samo jak zmielone skórki i paznokcie wieprzowe. Podobnie foie gras, czyli pasztet strasburski, przepyszny francuski przysmak z mielonych otłuszczonych gęsich wątróbek, który produkowany w Polsce gęsią wątróbką jest tylko na opakowaniu. I tak jest z nami, czasem taki wyborca weźmie na makaron, czasem na rosówkę a czasem na zwykły chleb. 
 
Konstytucja zabrania nam wręcz domagania się od posła realizacji obietnic wyborczych. Wszak poseł jest uosobieniem Narodu. Czasem ten jego Naród liczy tysiąc osiemset wyborców, którzy oddali na niego głos. Całkiem nieźle jak na kogoś, kto może zobowiązywać się a później zobowiązań nie dotrzymywać. Drodzy państwo! Zwykły leszcz, gdy się do czegoś zobowiąże a później nie wywiąże się z tego, może trafić przed sąd i prócz dotrzymania obietnicy, zapłaci jeszcze odszkodowanie czy odsetki. Tak, zwykły leszcz musi dotrzymywać obietnic, bo zgodnie z art. 2 Konstytucji jest składnikiem demokratycznego państwa prawa, a więc takiego państwa, w którym do końca nie wiadomo o co chodzi ale które nakłada na wszystkich dookoła całe mnóstwo obowiązków, oczywiście w dużej mierze nie odnoszących się do świata polityki. Ponadto leszcz ma tego pecha, że jest członkiem Narodu. Polityk zaś jest jego przedstawicielem. I tu leży pies pogrzebany (skąd nagle się wziął ów pies?!).
 
Ale i w świecie polityki są ryby większe i mniejsze. Zwłaszcza widać to w trakcie procesu zwanego tworzeniem prawa. Prawo bowiem, jeśliby się głębiej zastanowić, powinno być w dużej mierze tworzone przez prawników, z niezwykle prostej przyczyny. Otóż już teraz mamy setki bzdurnych i niepotrzebnych ustaw, już teraz w prawie odnajdziemy zapisy niejednoznaczne, pozostawiające zbyt dużo miejsca do interpretacji. Mamy chaos legislacyjny, posłów, którzy nie potrafią znieść obowiązku meldunków bo zbyt wiele zmian musieliby do innych ustaw wprowadzić. Mamy w końcu Komisję Przyjazne Państwo, która mając na celu likwidację prawa złego, sama takie prawo produkuje. Prawnicy powinni nad tym czuwać i doglądać, czy aby na pewno to prawo, które posłowie proponują, nadaje się na coś więcej niż na wysypisko śmieci. Oczywiście zaraz podniesie się larum – jak to! Przecie prawnicy prawo tworzą, projektują ustawy, piszą opinie! I zaraz, zaraz moi drodzy, nie tak szybko! Wystarczy poczytać opinie, które rządowi prawnicy składają pod rządowymi projektami ustaw, wystarczy poczytać sejmowych ekspertów i wtedy dojdziemy do niebezpiecznego wniosku. Otóż, co wydawać się może dziwne, ale Sejm wydając ogromne pieniądze na ekspertyzy, na pytania i prośby o opinie prawne, w ogóle tychże opinii i ekspertyz nie bierze pod uwagę. Sejmowi prawnicy często tym samym uprawiają sztukę dla sztuki, stając się niczym więcej jak leszczami procesu tworzenia prawa. Zwykły poseł może wprowadzić dokładnie każdego rodzaju poprawki, najbardziej bzdurne i absurdalne, i jest duża szansa, że poprawki te przejdą. Prawnik zaś może co najwyżej siedzieć i płakać nad absurdem sejmowych realiów.
 
Żyjemy w państwie leszczy. Żyjemy w wielkim stadzie, które wikipedia opisuje w ten sposób: „Leszcz ma dość duże znaczenie gospodarcze. Chętnie łowiony przez wędkarzy na spławik i grunt. W przeciętnie ciepłym roku wędkarski sezon leszczowy w rzece zaczyna się po tarle i trwa od czerwca do początku września. Kulminacja przypada w lipcu i pierwszej połowie sierpnia.” I taka jest prawda. Tworzymy Rzeczpospolitą Leszczy, której celem jest przynoszenie pociechy  magnatom finansjery, politykom, decydentom i nam samym. Każdy z nas jest w pewnych sytuacjach leszczem, w pewnych zaś rekinem swojej własnej specjalizacji. Gorzej, gdy ktoś nie jest ekspertem czy specjalistą. Wtedy pozostaje mi całe życie oczekiwania na tarło, rozmnażania się i produkowania nowych leszczy zasilających nasz ekosystem. My, leszcze, jesteśmy potrzebni tak jak w ekosystemie potrzebny jest plankton czy małe rybki. Jesteśmy najniżej w społecznym łańcuchu pokarmowym. I problem polega na tym, że jesteśmy właśnie leszczami. Nierozgarniętymi rybami, tworzącymi stada w których indywidualizm prowadzi do bycia rekinem bądź też do porzucenia na marginesie. Wybór się zawęża zważywszy na zasady gry rządzące ekosystemem. Będąc leszczami, będąc obywateli Rzeczpospolitej Leszczy, jesteśmy jednocześnie narybkiem uszczęśliwiającym polityków. Czy życie leszcza jest aż tak piękne, że jest warte bycia leszczem?
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Teksty, które warto przeczytać: . . . http://coryllus.salon24.pl/138156,przyjaciel-esesmana-landaua

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Chevalier Popisałem się indolencją? Pan wybaczy, ale to Pan jako pierwszy zaproponował...
  • @Chevalier Czyli jednym słowem wie Pan o czym pisze podobnie jak bloger Azrael. Ale to i tak on...
  • Autor Rozumiem, że podobnie do blogera Azraela jest Pan wybitnym znawcą tematu i specjalistą...

Tematy w dziale