Rząd, najwyraźniej wzorując się na brytyjskiej „Żelaznej Damie”, stawia na przełamanie strajków lekarzy i nauczycieli.
Z nauczycielami w tej fazie poradzi sobie łatwiej – byleby do wakacji.
W przypadku lekarzy postawił na początkowe przetrzymanie i skierowanie z czasem niechęci pacjentów przeciwko strajkującym – czas gra na korzyść rządu.
Wzrastająca uciążliwość wcześniej czy później niechęć tę spotęguje.
SŁABA TAKTYKA LEKARSKA
Ogólnopolski związek lekarzy popełnił strategiczny błąd wychodząc z obrad na widok przedstawicieli innych grup zawodowych służby zdrowia.
W ten sposób strona rządowa daje jasny sygnał społeczeństwu, iż lekarzom chodzi wyłącznie o podwyżki uposażeń, a nie o poprawę sytuacji w służbie zdrowia.
Bowiem /tu słuszne założenie/ czy można rozmawiać o poprawie polityki zdrowotnej z jedną tylko, choć najważniejszą, to nie najliczniejszą grupą zawodową SZ?
Do tego w kilka miesięcy po olbrzymiej ( choć tylko procentowo) podwyżce wynagrodzeń.
Nauczyciele dostali 5%, czyli ubliżające im …kilkadziesiąt złotych.
Lekarze nie powinni wychodzić, a zostać i debatować o poprawie sytuacji w SZ, jasno jednocześnie przedstawiając swe postulaty płacowe. Twierdzenie działaczy organizacji lekarskiej, iż strona rządowa chce wykorzystać jedną grupę zawodową przeciwko drugiej, łatwo przekształcić w atut. Mogą oni przecież popierać płacowe żądania pozostałych grup zawodowych SZ, przekierowując sprytny zabieg strony rządowej przeciwko niej: to nie pracownicy SZ mają się wzajemnie przekonywać o słuszności swych postulatów płacowych, lecz postulaty te są problemem rządu.
A w dyskusji nad reformą służby zdrowia jako takiej, rzeczywiście brać winny udział wszystkie grupy zawodowe.
Kolejnym majstersztykiem strony rządowej jest poinformowanie związku lekarzy o wprowadzeniu od przyszłego roku obowiązku posiadania kas fiskalnych oraz o wprowadzeniu ulgi na świadczenia w prywatnej służbie zdrowia.
Jak wiadomo, zarówno w państwowych ośrodkach SZ, jak i w prywatnych gabinetach pracują często ci sami lekarze.
O ile społeczeństwo będzie popierać, choć do czasu, postulaty lekarzy państwowej i samorządowej SZ, o tyle już dziś ma złe zdanie na temat prywatnej, a to głównie z tej przyczyny, iż większości na nią nie stać: na wizytę lekarza za 100 zł i plombę w zębie za tyle samo.
A w świadomości społecznej, jesteśmy zmuszani obowiązującymi procedurami i limitami do korzystania z prywatnych gabinetów.
Kto jest w stanie nerwowo wytrzymać w kilkugodzinnych kolejkach, na przysłowiowy zabieg dentystyczny czekać kilka miesięcy – na niskim poziomie i ze słabymi materiałami?
O bardziej specjalistycznych nie ma nawet co wspominać.
Kogo więc stać, zaciska zęby i leczy się prywatnie, choć płaci na państwową SZ . Płacimy więc nierzadko dwa razy.
Lekarz informuje pacjentów, iż limit przyjęć na dzisiejszy dzień się skończył, a tymczasem obsługiwani są dalej i korzystają z aparatury ci, którzy zapłacili. A przecież ta aparatura jest naszą własnością, zaś lekarze przez nas zatrudnieni nie otrzymują od nas wynagrodzenia za obsługę, w godzinach swej pracy, płacących gotówką pacjentów.
Postulowana przez lekarzy, w zamierzeniach, prywatyzacja SZ nie może się dokonać z dwu powodów :
Już dziś mamy do czynienia z ekonomiczną eutanazją najsłabszych finansowo i zdrowotnie emerytów i rencistów, których nie stać na wykupienie leków.
Wyobraźmy sobie jednak prywatyzację szpitali. Kto je będzie w stanie wykupić ? Spółki lekarskie ? Raczej nie. Jest to taki sam interes jak np. hutnictwo. W wyniku prywatyzacji ośrodki SZ zostałyby przejęte przez zagraniczne korporacje, czy też firmy gospodarcze nie mające z medycyną nic wspólnego.
A co w przypadku bankructw tak powstałych ośrodków, nastawionych przecież na zysk ? Można sobie wyobrazić chaos wywołany takimi bankructwami i skutki społeczne.
W biednym społeczeństwie podstawową opiekę medyczną, jak i specjalistyczne, a więc drogie, zabiegi medyczne może zagwarantować tylko państwo.
Z kolei po smutnych doświadczeniach prywatyzacyjnych w innych dziedzinach , społeczeństwo, jak i obecna władza, nie zaakceptuje ponownego uwłaszczenia się na majątku społecznym kolejnej grupy zawodowej.
ZNP LEPSZY TAKTYCZNIE
Nieco inaczej jest ze strajkiem nauczycielskim.
Przedstawiciele ZNP nie obrazili się na widok przedstawicieli nauczycielskiej „ Solidarności” zaproszonych na rozmowy. I choć wakacje blisko, taktycznie wystarczy obecnie zasygnalizowanie postulatów nauczycielskich.
Od września sytuacja może się diametralnie zmienić. Szkolnictwo ma tę przewagę nad służbą zdrowia, iż uczeń w przypadku strajku nie może iść do innej szkoły, jak pacjent do innej przychodni.
Strajk okupacyjny w szkołach, poprzez przełożenie na rodziców, może dotknąć jednorazowo większą ilość osób aniżeli strajki w służbie zdrowia. Poprzez swą permanentną uciążliwość dotyczy z kolei nie tylko oświaty, ale i innych dziedzin życia .
O ile w przypadku służby zdrowia trudno wyobrazić sobie pozostawienie pacjentów bez jakiejkolwiek opieki, o tyle uczniami strajkujących szkół zająć muszą się rodzice, najczęściej pracujący.
Nauczyciele mają więc realną możliwość drogą strajków wywalczyć sobie przyzwoitą pozycję społeczną, podobnie jak to zrobili w okresie międzywojennym.
Świadomość społeczna nauczycielskiej biedy jest powszechna, gorzej gdy idzie o środowisko lekarskie.
Ten brak wynika jednak z nieznajomości specyfiki pracy lekarskiej i ilości godzin przepracowywanych w tygodniu i to w systemie zmianowym - co sprawia, iz w rzeczywistości są biedniejsi od nauczycieli.
Stąd ich postulaty, by zarabiać przynajmniej tyle, co lekarze na Białorusi - 1000 dolarów miesięcznie.
Michał Ostrowiecki



Komentarze
Pokaż komentarze