W dyskusji o skutkach ewentualnego przyjęcia euro przez Polskę pojawia się również pytanie o to, czy niska inflacja eurolandu nie jest okupiona słabym tempem wzrostu PKB. W tym kontekście padają głosy mówiące, że gospodarki takie jak polska, czyli mające ambicje rozwijać się bardzo szybko i doganiać bogatszą część świata, mają niejako prawo do wyższej inflacji niż kraje dojrzałe.
Niektórzy obserwatorzy formułują analogiczną tezę w stosunku do problematyki budżetowej, twierdząc, że kraje, które chcą szybko nadrobić dystans dzielący je od gospodarek rozwiniętych, powinny prowadzić nieco bardziej ekspansywną i elastyczną politykę budżetową. Jeżeli przyjąć ten sposób myślenia, wówczas kryteria z Maastricht wyglądają – z punktu widzenia krajów rozwijających się – na zbyt restrykcyjne. Pogląd taki znajduje pewne poparcie w danych statystycznych. O ile bowiem trudno podważyć generalną zasadę, iż prowadzenie ostrożnej polityki budżetowej dobrze służy kondycji gospodarki, o tyle w pewnych okolicznościach jej rozluźnienie również wydaje się uzasadnione. Dowodem na to są liczne przykłady krajów OECD, których deficyt, przynajmniej raz w latach 1999-2006, przekroczył granicę 3% PKB, a które odnotowały w tym okresie wyższą dynamikę wzrostu gospodarczego niż strefa euro, gdzie wskaźnik ten wyniósł zaledwie 2,1% PKB. Do grupy tej należą m.in.: Hong Kong (5,3% PKB), Węgry (4,4% PKB), Słowacja (4,0% PKB), Tajwan (4,0% PKB), Polska (3,7% PKB), Cypr (3,7% PKB), Czechy (3,7% PKB), Izrael (3,3% PKB), USA (2,9% PKB), Wielka Brytania (2,7% PKB).
Wynika stąd, że prowadzenie w ciągu ostatnich kilku lat przez istotną część krajów suwerennych pod względem monetarnym nieco bardziej elastycznej polityki budżetowej niż ta, którą realizowano w eurolandzie jako całości, było decyzją słuszną. A zatem, nie przestrzeganie – w uzasadnionych przypadkach – budżetowego kryterium konwergencji z pewnością nie przeszkadza, a prawdopodobnie pomaga w osiąganiu wysokiego tempa wzrostu PKB. Zresztą, nawet jeśli założyć, że rygorystyczne przestrzeganie progów takich, jak te wyznaczone w TWE i PSiW, lub do nich zbliżonych, jest jednoznacznie korzystne dla gospodarki, to przy odpowiednich zapisach w prawie i odrobinie woli politycznej, można przestrzegać tej zasady, nie wyzbywając się waluty narodowej.
Podobnie rzecz wygląda z kwestią nakładów inwestycyjnych. Ich wysoka dynamika jest Polsce obecnie potrzebna do modernizacji jej gospodarki, a w rezultacie do podwyższenia poziomu tzw. potencjalnego wzrostu gospodarczego. Tymczasem, w latach 1999-2006 średnie tempo wzrostu nakładów inwestycyjnych w strefie euro było stosunkowo niskie – niższe na przykład niż w przypadku zdecydowanej większości tych krajów członkowskich OECD, które pozostają przy własnych walutach.
Warto pamiętać, że Polska, przyjmując euro w ciągu najbliższych kilku lat, dokona tego jako kraj rozwijający się, a zatem zdecydowanie uboższy od całej niemal strefy euro. Jeśli jednak nastąpi to znacznie później, wówczas Polska będzie miała szansę dołączenia do eurolandu już jako kraj dojrzały. Rozróżnienie to ma kluczowe znaczenie z punktu widzenia analizy badanej problematyki, ponieważ pozwala określić, z którymi z obecnych krajów obszaru euro należy porównywać Polskę w zależności od założonej perspektywy przyjęcia euro.
Innymi słowy, skoro Polska wciąż zalicza się do krajów wschodzących, to trzeba w pierwszej kolejności rozstrzygnąć, czy powinna ona przystąpić do strefy euro już w najbliższej przyszłości, czy raczej utrzymać suwerenność monetarną jeszcze przez pewien czas i przyjąć nową walutę dopiero jako kraj rozwinięty.
Obecnie, w związku z tym, że dominuje pogląd, iż Polska powinna wejść do strefy euro jak najszybciej, kluczowe znaczenie ma porównywanie jej sytuacji z sytuacją grupy G-3: Hiszpanią, Portugalią i Grecją, a więc krajami pod wieloma względami podobnymi do Polski. Dlatego poczynione wyżej zestawienia mogą świadczyć o tym, że przyjmować euro bardziej opłaca się będąc krajem rozwiniętym, a nie wschodzącym.
Rozważając kwestię potencjalnych kosztów, które Polska może być zmuszona ponieść w momencie przystąpienia do strefy euro, nie sposób nie poruszyć tematu utraty suwerenności monetarnej. Suwerenność ta definiowana jest jako prawo do prowadzenia własnej polityki pieniężnej i posiada ważne zalety. Przede wszystkim, to dzięki niej możliwe jest określanie formalnych i faktycznych celów działania krajowego banku centralnego. Już tego argumentu nie sposób przecenić, zważywszy na fakt, że decyzje banku centralnego wywierają poważny wpływ nie tylko na przebieg procesów inflacyjnych, ale także na poziom aktywności gospodarczej, a nawet, według niektórych opinii, na sytuację rynku pracy oraz – w ograniczonym rzecz jasna stopniu – na zmiany cen akcji i innych aktywów. Dla przykładu, zgodnie z nurtem tzw. nowej syntezy neoklasycznej, zarówno polityka budżetowa, jak i polityka pieniężna mają istotne przełożenie na przebieg cyklu koniunkturalnego.
Kolejna immanentna cecha tego rodzaju suwerenności to prawo do określania instrumentów realizacji polityki pieniężnej oraz związana z tym możliwość swobodnego określania tzw. reżimu kursowego, czyli podejmowania decyzji o tym, jaki rodzaj kursu złotego do danej waluty obowiązuje – płynny, stały, czy też może pośredni pomiędzy tymi dwoma.
Inną zaletą suwerenności monetarnej jest prawo do określania miejsca banku centralnego w strukturze organów władzy państwowej. W Polsce na przykład, członkowie Rady Polityki Pieniężnej wybierani są przez obie izby parlamentu oraz prezydenta, a prezes NBP (powoływany przez sejm na wniosek prezydenta) składa coroczne sprawozdanie przed sejmem, a w wyjątkowych sytuacjach może być nawet pociągnięty do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu. NBP jest więc również z prawnego punktu widzenia niezwykle ważnym organem państwa polskiego.
Należy również wspomnieć, że kryteria konwergencji, które Polska stara się obecnie spełnić, dążąc do członkostwa w strefie euro, mają charakter arbitralny. Teoria nie daje bowiem jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o nieprzekraczalny – z punktu widzenia długofalowego, zrównoważonego rozwoju gospodarczego ani nawet z punktu widzenia stabilności cen – dopuszczalny poziom deficytu. Dlaczego więc ma to być 3%, a nie np. 3,5% lub 4% PKB? Skąd pewność, że powyżej tego progu zaczyna się zagrożenie zbyt wysoką inflacją? Tak naprawdę wszystko przecież zależy od bieżącej sytuacji gospodarczej konkretnego kraju. Istnieją badania, które w ogóle nie potwierdzają związku pomiędzy deficytem budżetowym a inflacją w państwach utrzymujących równowagę finansową.
Nie brakuje więc głosów, które twierdzą, że kryteria konwergencji są zbyt rygorystyczne i nie przystają do obecnej rzeczywistości. Wielu obserwatorów podkreśla, że Traktat z Maastricht pochodzi z początku lat 90., kiedy tempo wzrostu PKB Unii Europejskiej było bardzo wysokie, a bezrobocie niskie. Aktywna polityka fiskalna wydawała się niepotrzebna. W ciągu kilkunastu lat sytuacja zmieniła się jednak na tyle istotnie, że fiskalne kryteria konwergencji mogą utrudniać wprowadzanie pewnych elementów stymulujących ożywienie gospodarcze.
Niepokój części obserwatorów budzi również fakt, że instytucje unijne wykorzystują zapisy Traktatu z Maastricht oraz Paktu Stabilności i Wzrostu częściej, bardziej zdecydowanie i bardziej konsekwentnie w stosunku do mniejszych krajów członkowskich obszaru euro, niż większych i silniejszych. Wystarczy wspomnieć przypadki znacznego przekroczenia dopuszczalnych granic deficytu publicznego przez Niemcy i Francję w latach 2003-2005, za co obu krajów nie spotkały żadne sankcje finansowe. Tymczasem mniejsze państwa, zarówno członkowskie, jak i dopiero kandydujące do członkostwa w strefie euro, poddawane są w zakresie polityki budżetowej nieustannym naciskom.
W tym kontekście pojawia się wątpliwość, jak zareagowałaby Komisja Europejska np. gdyby Polska zdecydowała się podjąć jednorazowy wysiłek sfinansowania ze środków publicznych modernizacji i rozbudowy swojej infrastruktury gospodarczo-technicznej, w szczególności drogowej. Powstałaby wówczas sytuacja, w której deficyt przekroczyłby co prawda próg 3% PKB, ale dzięki temu spełniony zostałby wreszcie warunek niezbędny do zdynamizowania napływu zagranicznych inwestycji bezpośrednich do Polski, bez czego różnice społeczno-gospodarcze pomiędzy „starą” Unią Europejską a Polską prawdopodobnie nigdy by nie zaniknęły. Komisja Europejska i Rada UE miałyby wówczas prawo zastosować wobec Polski – już jako kraju członkowskiego strefy euro – kary przewidziane w PSiW za przekroczenie dopuszczalnego limitu deficytu budżetowego. A warto pamiętać, że same sankcje pieniężne mogłyby w takim przypadku sięgnąć nawet 0,5% polskiego PKB. Przy czym za to samo przewinienie kraj członkowski UE, ale spoza eurolandu, obawiać mógłby się co najwyżej odcięcia od dostępu do niektórych wspólnotowych programów pomocowych.
Ponadto, wydaje się, że w fazie recesji, która prędzej czy później nastąpi, prowadzenie nieco bardziej ekspansywnej polityki budżetowej, takiej, która spowodowałaby chwilowy wzrost deficytu powyżej 3% PKB, mogłoby być uzasadnione i nie musiałoby wywołać wysokiej inflacji. Szczególnie, gdyby zwiększone wydatki publiczne przeznaczono na inwestycje. Prywatne przedsiębiorstwa – z różnych względów – nie zawsze są skłonne inwestować np. w budowę dróg, ujęć wodnych czy kanalizację. Tymczasem rozwój tego rodzaju infrastruktury jest konieczny nie tylko do pozyskania zagranicznych inwestycji bezpośrednich, ale również do wykorzystania środków pomocowych UE, a wreszcie do rozwoju samego sektora prywatnego. Nie należy również zapominać, że pobudzenie gospodarki za pomocą nieco wyższego niż 3% PKB, ale kontrolowanego deficytu, może już w średniej perspektywie spowodować wzrost dochodów publicznych pochodzących z podatków.
Istotną konsekwencją dostosowywania polskich finansów publicznych do wymogów konwergencji – szczególnie jeżeli przyjmie się założenie jak najszybszego ich spełnienia – byłby również zdecydowany spadek wydatków na takie cele, jak ochrona zdrowia, nauka i edukacja, opieka społeczna, system ubezpieczeń społecznych itd., które, mimo że procentowo zajmują poważną pozycję w budżecie państwa, to nominalnie, w porównaniu z innymi krajami UE, są już dzisiaj na bardzo niskim poziomie. Mogłoby się zatem okazać, że bolesne koszty polityki szybkiego dążenia do sprostania fiskalnym kryteriom zbieżności poniosłyby najuboższe warstwy polskiego społeczeństwa. Dlatego wielu obserwatorów podkreśla, że w interesie Polski leży opóźnianie procesów integracyjnych ze strefą euro, które umożliwiłoby przynajmniej rozłożenie cięć wydatków w czasie, a więc de facto złagodzenie ich społecznych konsekwencji.
Są to zaledwie niektóre ze spodziewanych kosztów, jakie może ponieść Polska w wyniku dążenia i ewentualnego członkostwa w strefie euro. Już one same dowodzą jednak niezbicie, że z ekonomicznego punktu widzenia zamiana waluty nam się po prostu nie opłaca.
Marian Szołucha


Komentarze
Pokaż komentarze (2)