Czy rynek idei jest w Polsce ubogi? Oczywiście, że nie. Tworzone są interesujące koncepcje, trwa bogata debata, wydawane są publikacje, półki uginają się od ideowych, twórczych czasopism, w których nierzadko goszczą międzynarodowe sławy tej branży. Rolą polityka nie jest tworzyć idee, znać się na wszystkim sprawach, jego rolą jest czerpać z projektów ideowych, napędzać nim swoje środowisko polityczne i wdrażać je zmieniając rzeczywistość. Skoro więc z poziomem koncepcji politycznych jest wszystko w porządku, to dlaczego polska polityka w ogóle z nich nie czerpie, udaje, że nie dostrzega, lekceważy, zapełniając treść rzeczywistości politycznej medialną papką, czyli nieskończonym wymienianiem opinii przez polityków wszystkich partii w rozważaniu nad problemem w stylu : czy prezydent jest chamem, czy też chamem jest Janusz Palikot.
Dlaczego politycy nie czerpią z rynku idei? Bo nie muszą. Jest to swego rodzaju zmowa konkurencyjna – mówiąc językiem prawa gospodarczego, żaden z członków tej zmowy nie chce ponad przyjętą umowę podwyższać standardu swojego produktu. Nie chodzi mi wcale o jakiś tajemny układ. Jest to zwykły interes klasy politycznej, podobny np. do interesu prawników, który w ławach sejmowych połączył mecenasów Romana Giertycha i Ryszarda Kalisza.
Opieranie swoich działań na nowoczesnych koncepcjach intelektualnych to kosztowna sprawa, wymagająca wysiłku, a przecież wielu polityków wcale nie poszło do parlamentu, aby pracować. Przyszli pokazać się w telewizorze, udzielić wywiadu do gazety, rozdać autografy gimnazjalistom, ale nie pracować. Z resztą, wykonywanie działań w myśl rozbudowanych koncepcji, musiałoby zmienić całkowicie strukturę ich partii politycznych. W grupie ludzi intelektualnie nieszkodliwych musiałoby się znaleźć miejsce dla ludzi intelektualnie trzeźwych, a to - jak wiadomo - jest element niebezpieczny i niepożądany.
Oczywiście Sejm pełen jest polityków „z automatycznym systemem sterowania” – głosują na rozkaz, myślą na rozkaz, wystarczy ich tylko wcześniej zaprogramować – piarowymi instrukcjami. Bez nich nie potrafią sklecić dwóch zdań. To jednak nie są politycy, są to kukły leżące w ławach sejmowych w razie głosowanie zmuszone do naciśnięcia przycisku o wskazanym kolorze. Są jednak w Sejmie także i politycy prawdziwi, ale nawet i oni nie realizują polityki w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie potrafią? Potrafią, ale nie są zmuszeni do wydobycia tych umiejętności z zakamarków umysłu. Skoro więc nie ma konieczności, to po co się przemęczać, a jeszcze szef partii mógłby pomyśleć, że taki delikwent jest nie daj Boże inteligentem. Ten jak wiadomo jest w partii szkodnikiem numer jeden.
Przykładem polityka, który potrafił zdefiniować jaką chce uprawiać politykę, jakie cele, jakie projekty chce realizować był Jan Rokita. Ktoś powie, że był przykładem dla polityków. Był jak najbardziej, tyle że przykładem na to, jak zbytnie „filozofowanie” może się do członka partii skończyć. Rokita zawsze utrzymywał określony poziom, ale teraz – mówię to bez cienia ironii – jest chyba w życiowej formie. Nic dziwnego, polityka sprawia, że człowiek doznaje intelektualnej erozji, a przy oddaleniu od niej następuje odbudowanie umysłowej kondycji człowieka. Co najbardziej interesujące - po to ów polityk odbudowuje kondycję, by móc z powrotem do polityki powrócić. Wtedy z reguły jest już mądrzejszy...nie filozofuje.
Kiedy polityk zostaje postawiony poza nawias swojej partii ma sporo czasu, aby przemyśleć jakby tu z powrotem stać się atrakcyjnym dla rodzimego stronnictwa ( albo dla innego – wszystko jedno). Inni – ci, którzy pozostali w grze, dalej się nie rozwijają, udzielają opinii w telewizorze itd. Pytanie jakie stawia sobie polityk wyautowany jest proste: czego chce elektorat, a czego nie dają jemu inni politycy? Odpowiedzi padają różne. Wielu polityków zmienia wizerunek, inni wchodzą w nowinki komunikacji z ludźmi ( mamy przecież blogera, który przez swój internetowy dziennik dostał się do dużej partii – czytaj zostanie posłem – mowa o Ryszardzie Czarneckim. W te klimaty udał się również Rokita, ale mimo dobrego startu – z kiepskim skutkiem).
Jeszcze inni zaczynają snuć wielkie intelektualne projektu polityczne. Jeśli są w tym dobrzy, wiarygodni szybko stają się nadzieją elit, środowisk opiniotwórczych, mediów na to, że to oni nadadzą miałkiej polskiej polityce wymiar merytoryczny i ideowy. Udzielają więc wywiadów, piszą do poważnych pism, stają się popularni. Partie lubią ludzi popularnych, cenionych przez media. Jeśli więc cała operacja jest dokonana umiejętnie banita powraca do polityki. Doskonałym przykładem odrodzenia jest co ciekawe „Żelazny” Ludwik Dorn. Wielu komentatorów kręciło głową z niedowierzaniem, co też się stało temu człowiekowi, jak wielką przeszedł metamorfozę. Wydawało się, że odmieniony Dorn wróci do kierownictwa rodzimej partii…Niestety PiS przeżywa gorący okres betonizacji. Tam nie zdobywa się pozycji intelektem, wręcz odwrotnie przez intelektualizm pozycję można tylko stracić, króluje betonowe trwanie w stylu Gosiewskiego czy Suskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze