Prezydent Egiptu Hosni Mubarak rządzi swoim krajem nieprzerwanie od 1981 r. Cały świat ma świadomość, że jest to doskonały przykład autokracji, jakich z resztą przecież wiele. O demokracji, wolnych wyborach, opozycji nie ma mowy. Mimo to Zachód, a konkretnie Stany Zjednoczone nie tylko nie próbują pozbawić władzy sędziwego prezydenta, ale nawet uważają go za bardzo istotnego sojusznika. Rzeczywiście, strategiczna rola Egiptu w świecie arabskim sprawia, że Kair jest od lat bardzo cennym partnerem na wschodzie. Mubarak ma tego pełną świadomość. Wie też, że jest to doskonała gwarancja jego władzy – autokratycznej władzy.
Bardzo podobną rolę może pełnić dla Zachodu Aleksandr Łukaszenka. Wschodnioeuropejski autokrata dziś zdaje sobie sprawę, podobnie jak większość państw regionu, że czas wakacji od Rosji, czas wielkiej smuty na Kremlu właśnie dobiegł końca. Oznacza to, że Moskwa przystąpi do geopolitycznej kontrofensywy, próbując odzyskać utracone wpływy. Łukaszenka ma świadomość, że mimo tego iż był dość posłusznym sojusznikiem Moskwy, to bywało i tak, że próbował z nią grać, wystawiać na próbę. Jeśli dodamy do tego fakt, że prezydent Białorusi nie ma sojuszników w świecie i nikt nie upomniałby się o niego, gdyby Kreml wysłał do Mińska alternatywnego kandydata, dojdziemy do wniosku, że dyktator ma się czego bać.
Rosyjska interwencja w Osetii Południowej wstrząsnęła całym regionem. Jej echa dotarły nawet na Białoruś. Skoro bowiem Kreml podniósł rękę na Gruzja, państwo blisko związane ( zwłaszcza energetycznie ) z polityką Zachodu, to czy zawahałby się, by podnieść rękę na Mińsk? Z pewnością nie.
Łukaszenka może okazać się europejskim Mubarakiem. Wie doskonale, że wśród państw autorytarnych nie może czuć się bezpiecznie, więc korzystając ze strategicznego położenia ( u podnóża samej Rosji) może dalej dzierżyć władzę. Oczywiście władza ta, dla spokoju sumienia Zachodu, winna być nieco zliberalizowana. Co do jednak jej trwania na dziś dzień nie ma wątpliwości.
Polscy politycy, głównie z kręgów Prawa i Sprawiedliwości, są przepełnieni naiwnością. Czy ktokolwiek miał prawo liczyć, że nadchodzące wybory będą przełomem, że nagle staną się zupełnie demokratyczne? Nie było po temu najmniejszych podstaw. Nie po to Łukaszenka naciskany przez Moskwę zwraca się ku Zachodowi, by oddać władzę. Jakby do tego zmierzał, mógłby się skierować z powrotem ku Rosji.
Zachód ( w tym również Polska) musi więc odpowiedzieć na pytanie: albo Białoruś autokratyczna i zachodnia, albo Białoruś autokratyczna ( choć może bez Łukaszenki) i rosyjska? Na dzień dzisiejszy nie ma szans na demokracją za Bugiem. Opozycja jest zbyt słaba i podzielona, nie ma choćby cienia świadomości obywatelskiej. Co więcej, trzeba zdać sobie sprawę, że Białoruś jest pod względem narodowym tworem nieco sztucznym, który nie ma tak silnej tożsamości, by zainicjować pozytywne zmiany, zbudować silne państwo. Z tego powodu Białorusini dużo bardziej przypominają narody byłego ZSRR z Azji Środkowej niż z Europy Wschodniej. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że azjatycka dyktatura Łukaszenki jest czynnikiem stabilizującym państwo białoruskie, a to dla Zachodu jest niezwykle istotna sprawa.
Wydaje się, że Zachód ma świadomość tego, że na dzień dzisiejszy sam zwrot Białorusi ku niemu jest dużym krokiem naprzód. W Polsce zdania są podzielone. Rząd w osobie ministra Sikorskiego przychyla się do tej opinii. Z drugiej strony mamy bardzo schematycznie podchodzące do tej kwestii stanowisko Prawa i Sprawiedliwości. Jest to obrona z góry postawionej tezy, że wszystko co rosyjskie ( a według tego reżim Łukaszenki jest de facto rosyjski) jest złe z samej tylko przyczyny, że…jest to rosyjskie. W interesie Polski leży to, aby Białoruś nie była rosyjską kolonią, bazą wypadową na Zachód, a po Osetii Południowej wszystko może do tego prowadzić.
Bartek Królikowski


Komentarze
Pokaż komentarze