Druga doba po nieudanym zabiegu a pierwsza mojej jakiej takiej przytomności bogata była w wizyty lekarzy. Każdy – z wyjątkiem mojej lekarki prowadzącej – informował mnie, że mam „nietypową krtań” i bym „na przyszłość uprzedzała o tym fakcie lekarzy”. Od lekarza prowadzącego dowiedziałam się, że nie było sensu dalej mnie męczyć na stole operacyjnym, ponieważ przy dostępnym sprzęcie i metodach na niewiele się to zdawało, a na mnie po prostu nie podziałały z zakładanym skutkiem leki zwiotczające mięśnie. Akurat o dziwnej odporności na ból i leki przeciwbólowe informowałam przed operacją. Fakt, uczyniłam to bez przekonania, ponieważ sama nie wiązałam tego z potencjalnym problemem operacyjnym.
Cierpliwości i wyrozumiałości dla zawodowej solidarności lekarzy wystarczyło mi do następnego poranka. I kiedy kolejny chirurg obejmujący dyżur zaczął rozmowę od sugestii na temat mojej „winy” w postaci nietypowej krtani, warknęłam – o ile mi wiadomo, miarą fachowości w wielu zawodach, w tym w zawodzie anastezjologa, jest umiejętność przewidywania odstępstw od najbardziej typowych przypadków i bycie gotowym do szybkiego na nie reagowania. Poskutkowało – zaprzestano mi uświadamiać „winę”.
Prowadząca mnie lekarka, jednocześnie główny operator, już w trakcie problemu z intubacją wymyśliła inny jej rodzaj przy użyciu innego sprzętu, ale pech chciał, że biegłej w tym zakresie lekarki w szpitalu nie było. „Wydzwoniona” gdzieś tam wyraziła zgodę na współuczestniczenie w drugim podejściu za kilka dni.
Zyskałam zatem kilka dni pobytu więcej, o ile to w ogóle można nazwać zyskiem. W przeddzień kolejnego terminu operacji przyszła do mnie pani doktor od metody dla „nietypowych” i w bardzo rzeczowej rozmowie objaśniła, co zrobi i dlaczego ważna jest dla niej moja świadoma współpraca. Bardzo mi się to podobało. Pięć minut rozmowy dało z mojej strony sto procent zaufania do jej fachowości.
Śpiąc całą noc niczym suseł bez jakichkolwiek prochów oszałamiających przed kolejnym operacyjnym podejściem, obudziłam się rześka o poranku i poszłam na własnych nogach pod eskortą pielęgniarki na blok operacyjny. Wrażenie pierwsze – nieprawdopodobne zimno. Przesterowana klimatyzacja dosłownie wymroziła przez noc salę. Otulona kocami ciekawie rozglądałam się wokół, ale czasu na to wścibstwo z mojej strony zbyt wiele mi nie dano, bo dosłownie w trzy minuty zrobiło się wokół mnie tłumnie, a wszyscy byli dosłownie przemili. I kiedy już miałam zamiar rzucić wymyślonym na poczekaniu dowcipem o „zgrabiałych z zimna palcach chirurga”, pojawiła się przede mną pani anastezjolog od przypadków nietypowych z bronchoskopem i przy moim świadomym współdziałaniu, które sprowadzało się do oddychania, zaintubowała mnie w ciągu chyba dwudziestu sekund. Narkoza została podana, moja świadomość i czucie wyłączone.
Na sali pooperacyjnej tym razem obudziłam się przed południem tego samego dnia. Leżałam pod trzema wełnianymi kocami z odczuciem lekkiego zimna, co kazało mi przypuszczać, że zamrożenie sali operacyjnej trwało i prawdopodobnie determinacja całego zespołu lekarzy i pielęgniarek, by w końcu zabieg przeprowadzić, była tak wielka, że operowali w warunkach dla siebie również ekstremalnych. Jestem im za to naprawdę wdzięczna.
cdn



Komentarze
Pokaż komentarze (3)