Większego podziału na "my i oni" nie pamiętam od czasu rozpadu POPiS-u. Zawodowi dziennikarze, którzy do tradycyjnych mediów dostali się drzwiami bądź oknem, kontra blogerzy, którzy do internetu dostali się przez dwukrotne kliknięcie przycisku przeglądarki.
Każdy, choćby najmocniej osadzony na ziemi tudzież we własnym narcyzmie publicysta, otrzymujący za swą pracę wynagrodzenie, przez moment zastanawia się, czy nie uczestniczy w początku końca tego, co przez ostatnie dziesięciolecia stanowiło czwartą władzę i w pewnym sensie emanację vox populi. Duszę internetu rozumieją jedynie niektórzy z nich. Obawa przed nieznanym jutrem jest naturalna. Większość dziennikarzy, nawet jeżeli śledzi wydarzenia w sieci, pochłonięta zawodowymi obowiązkami nie ma czasu na wtopienie się w wirtualną społeczność, gdyż to wymaga kolejnej dawki mentalnego zaangażowania, której zlasowany mózg może nie przyjąć. Tak jak telewizja nie zabiła radia, jak e-booki nie zabiją książek, tak i internet nie zabije prasowych dziennikarzy, aczkolwiek na pewno wymusi adaptację tytułów do zmieniających się warunków. Gdy film niemy został zastąpiony obrazem z dźwiękiem, część aktorów odeszła wraz z nim. Na firmamencie zajaśniały natomiast nowe gwiazdy.
Każdy szanujący się tytuł bądź telewizja posiada swoją internetową witrynę. Jest to forma otwarcia się na ludzi oraz związania ich ze sobą przez utworzenie forów, ewentualnie opcji dodawania komentarzy. Kolejny krok to cytowanie społecznych publicystów we własnych tekstach, wraz z uwzględnieniem ich często przezabawnych nicków. Powoływanie się na opinię osoby z sieci jest równoważne z potraktowaniem jej jako "jednego z nas". Poziom niektórych artykułów powstałych w internecie jedynie z potrzeby serca jest wysoki, a ich autorzy stają się opiniotwórczy w oczach mającej dostęp do sieci części społeczeństwa. Szanowani społeczni publicyści - blogerzy często ukończyli takie same studia, co ich prasowi "koledzy". Bywa, że mają na koncie nawet dwa fakultety, doktoraty, pracę w organizacjach uznawanych za prestiżowe. Ich odbiorcy to nierzadko również ludzie wykształceni, potrafiący więcej niż spojrzeć na zdjęcie gwiazdeczki i policzyć do dwóch (liczba pośladków, liczba piersi... skojarzenie z zespołem pana Kukiza przypadkowe). Teoretycznie - grupa targetowa, którą chce mieć po swojej stronie każda gazeta, niezależnie jak bardzo brukowa by ona nie była, ponieważ wszystko przekłada się na reklamodawców.
Stąd blisko od zaproszenia niektórych blogerów do współpracy - w mediach papierowych bądź elektronicznych. A co oni na to? Łatwo dywagować, gdy konkretnej propozycji się nie otrzymało. Sprawa pani Kataryny nie daje nam odpowiedzi, gdyż po pierwsze, dotyczy pojedynczego przypadku, a po drugie, została totalnie położona przez oferenta w fazie negocjacji. Część osób blogujących pracę ma, a część nie. Możliwość docierania do znacznie większej ilości odbiorców i otrzymywanie za to gratyfikacji finansowej musi podziałać na ego każdej osoby, która poważnie traktuje swoją internetową działalność. Jednocześnie wiadomo, że oznacza to koniec niezależności. Jeżeli zależny jest radca prawny w firmie, jeżeli zależny był Wolter u Fryderyka Wielkiego, to czemu bloger w gazecie ma mieć możliwość zachowania stuprocentowego obiektywizmu? Kto płaci, ten wymaga - choćby tylko częściowo. A jednak nie wątpię, że niejedna osoba chętnie przystałaby na propozycję tego w mniemaniu większości, "społecznego awansu". Pomijając kwestie finansowe - świadomość docierania do prawdziwych mas, akredytacje prasowe oraz prawdziwe wywiady muszą być atrakcyjne dla wielu. Kazik Staszewski pytał w jednej ze swych mądrych piosenek, jak bardzo ktoś musi się sk... by sprzedać swą muzykę. Pytanie jest aktualne także dla dziennikarzy w meandrach wytycznych zgodnych z linią programową. Coś za coś. Ale czy to pierwsze coś nie jest jednak bardzo atrakcyjne?


Komentarze
Pokaż komentarze (8)