Nathii M. Nathii M.
179
BLOG

Bajka o koteczce Dolly - cz. 1

Nathii M. Nathii M. Rozmaitości Obserwuj notkę 5

Po całym dniu pełnym napięć zapraszam na coś odprężającego. Bajka jest w mniejszym stopniu dla dzieci, w większym dla wszystkich innych. Bohaterką jest koteczka Dolly, która, jak to nastolatki mają w zwyczaju, jest bardzo dokładnie poinformowana w niektórych kwestiach, a w niektórych dziecięco naiwna. Tekst powstał w języku angielskim, bo chciałam sobie poćwiczyć składnię w tzw. "creative writing". Tego wieczora zamiast się uczyć do egzaminów, zaczęłam to tłumaczyć na polski. Oczywiście, część żartów z oryginału nie miałaby sensu w przekładzie, więc starałam się jakoś to zastąpić. Pozdrawiam!

----------------------


Kocham mojego Pana. Czasem mnie z lekka nadepnie, ale i tak jest fajny. Nauczyłam się rozpoznawać jego nastrój przez nasłuchiwanie kroków. To jest całkiem proste - kiedy podłoga skrzeczy, to znaczy że Pan coś schrzanił i właśnie się piekli. Kiedy podłoga popiskuje, to znaczy, że jest szczęśliwy bo wpadł na jakiś pomysł. Gdy panele się rozpryskują na kawałki, to oznacza, że pomysł okazał się do kitu jak program Moniki Olejnik. Znienawidzony przeze mnie nastrój mojego Pana to opcja "żyję w innym świecie". Ku mojemu rozczarowaniu wielkości dziury budżetowej, Pan rzadko odwiedza "ten" świat dzisiejszymi czasy. I częściej też na mnie wchodzi.

Mój Pan jest pisarzem. Czasem wkradam się w nocy do jego gabinetu by uronić łezkę nad tymi przekrwionymi oczami przed komputerem. Martwi mnie też fakt, że jego skóra szarzeje. Obawiam się negatywnego wpływu papierosów na cerę. Wprawdzie Pan nazywa je "swoim tlenem", ale jak coś, co tak śmierdzi, może komukolwiek robić dobrze? Ludzie są czasem strasznymi hipokrytami. Przecież jeszcze niedawno, gdy uczył mnie korzystać z kuwety, mówił, żebym się pilnowała, bo on sobie nie życzy w domu smrodu rodem jak z redakcji jakiegoś dziennika, a tak w ogóle to muszę pilnować swojej de, bo być może ktoś kiedyś będzie musiał mnie w nią pocałować.

Słyszałam, że poród jest dla kobiety bardzo bolesny, lecz skończenie tej konkretnej powieści sprawia mojemu Panu jeszcze więcej bólu. Biedak odchodzi od zmysłów. Popularność w gronie londyńskiej śmietanki towarzyskiej jest nożem z obustronnym ostrzem: przyjemnie łechta ego, lecz i stawia wysokie wymagania. Trzeba utrzymać odpowiednią "cytowalność".

Kocham moją Panią. Gdy nadchodzi, podłoga zmienia się w łąkę pełną kwiatów. Mruczę, gdy jej delikatna rączka przesuwa się po moim włochatym czółku. Czuję się przy niej naprawdę ważna. Moja Pani nigdy mnie nie skrzywdzi, bo jestem jej jedyną przyjaciółką. Czasem urządzamy sobie babskie wieczory. Ona pije kawę z mlekiem, ja wybieram jedynie mleko. Kiedy Pani jest smutna, płacze przy mnie i mówi do mnie po ukraińsku. Niestety, zdarza się to ostatnio dość często. I ja jej nigdy nie opuszczę - jesteśmy jak Bonnie i Clyde. A raczej, Bonnie i Bonnie.

Moja Pani mogłaby również być pisarką. Jej praca z zakresu porównawczej analizy poezji wygrała konkurs maturzystów w Kijowie. Ale kiedy pensje rodziców mojej Pani przez parę miesięcy nie nadchodziły, nikt jej nie pytał o zdolności literackie. Musiała wyjechać do Polski i sprzedawać na targu spod koca czasopisma i kasety video dla najmłodszych. Świerszczyki. Przynajmniej jej mama miała ułatwiony dostęp do akcesoriów wychowawczych, gdy wraz ze swoim doktoratem z matematyki została w Warszawie opiekunką do dzieci. Tatuś, muzyk operowy, nie ruszył się z domu i żył z przyzwyczajenia. Z pieniędzmi było u niego krucho. Po odliczeniu niezbędnych wydatków na alkohol i papierosy nie stać go było nawet na czynsz. Dlatego moja Pani ruszyła dalej, do Londynu, i znalazła pracę w kawiarni.

Siebie też kocham. Jestem białym, długowłosym kociątkiem. Mam na imię Dolly i możecie sobie wyobrazić z jakim niesmakiem się zjeżyłam słysząc o istnieniu zespołu Pussycat Dolls. Mój Pan nie lubi wyświechtanych ścieżek w życiu, jednak zwracanie się do mnie per "Pussycat Dolly" jak również wręczenie mi czerwonego kordonka do zabawy jest z lekka żenujące. Próbowałam protestować, ale Pan powiedział, że jak dalej będę tak drzeć pyszczek to pojadę do Stoczni na koncert zamiast Kylie Minogue. Więc się zajęłam kordonkiem.

Pan lubi, gdy podrzucam kłębek i staram się go złapać. Wtedy się uśmiecha pokazując wszystkie swoje zęby. Musi być z nich strasznie dumny. Na mnie mówi "dziewczyna bez zębów na przedzie". Zapewniam jednak, że jak każdy kot, potrafię skutecznie ugryźć tymi zębami, które mam. Za to mam lepszy zestaw do manicure niż moja Pani. Ona ma jakiś drobny pilniczek, a ja mam cały fotel, szafę, kanapę, łóżko... Mój Pan mówi, że znajdę pracę w polskim Radiu Maryja, bo nawet najtwardszy materiał umiem przerobić na moher.


Dziwi mnie, że moja Pani i mój Pan po trzech latach małżeństwa dogadują się gorzej niż red. Michalski z Galopującym Majorem po dwudziestu minutach znajomości.

- Byłam dzisiaj w pralni - mówi Pani.
- Nie wiem, jaką śmiercią ma zginąć mój bohater - odpowiada Pan.
- Pani Bloomfield przyszła z wnuczkiem i przysięgam, że pierwszą rzeczą, jaką on zrobił było wpakowanie truskawkowego loda do pralki.
- Biegunka brzmi zabawnie, ale czytelnicy mogą nie odebrać tego poczucia humoru.
- Byłoby mi wszystko jedno z tym lodem, gdyby nie fakt, że chłopiec wrzucił go do mojej pralki z naszymi ubraniami.
- Zawał serca jest naturalny i wiarygodny. Ale taki oklepany. Nie sądzisz? - Pan kontynuował swój własny wątek.
- Właściwie on to zrobił, jak pranie było już skończone. Musiałam zapłacić za drugą rundę.
- Zaczekaj no momencik - Pan zaczął przetwarzać myśli. - Sugerujesz, że powinienem mojego bohatera dusić lodem truskawkowym tak długo, aż się utopi w pralce? Czy to ma sens?
- Mówię o wnuku pani Bloomfield! - krzyczała Pani. - Jebany gówniarz ukradł jedną z twoich skarpetek! Tę czarną w różowe kropki!
- Sama idea nie jest zła, pasuje do mojego poczucia groteski. Tylko czy ludzie to kupią?

Podałam przykład rozmowy, ale najgorsze jest to, że w ogóle rzadko rozmawiają. Kiedyś przecież było tak pięknie. Pani opowiadała mi o ich pierwszym spotkaniu. Wielu klientów zawsze prawiło komplementy o jej blond warkoczach i o spojrzeniu, które stawiało frappe w ogniu. Ale Pan powiedział coś więcej: "Jesteś genialna". Chodziło oczywiście o konstruktywną opinię o pomyśle na jedną z książek. Od tego czasu Pani była jego najlepszym krytykiem, muzą i w końcu została też żoną. Całkowicie zrezygnowała z własnych ambicji, poświęcając się domowi. Nie ulegało wątpliwości, która z tych dwóch utalentowanych osób lepiej posługiwała się językiem angielskim, a która, zwłaszcza w momentach stresu, miała zwyczaj wplatania słowiańszczyzny. Dwójka autorów w jednym domu umarłaby z głodu. Nie dlatego, że brakłoby im pieniędzy. Dlatego, że za bardzo by byli zajęci własnymi pomysłami by pomyśleć o tak trywialnej rzeczy jak pokarm.

Minęły trzy tygodnie i sytuacja osiągnęła mało satysfakcjonujący poziom kreta na Żuławach. Mój Pan wciąż pracował na pewne miejsce w szpitalu psychiatrycznym, a Pani zamierzała go zdradzić. To był jeden z tych dni, kiedy w Londynie spadł centymetr śniegu i sparaliżował cały system komunikacji w mieście. Pani wróciła bardzo późno z zakupami. Pan zapomniał zjeść w tym czasie śniadanie oraz lunch. Zgłodniał w porze obiadokolacji. Ponieważ miał takie pojęcie o topografii kuchni jak minister Czuma o wymiarze sprawiedliwości, finał polowania na żywność wzbudził moją zgrozę. Usiadłam na środku i czekałam na rozwój sytuacji. Przyszła Pani.

- Chyba zmienię wydawcę. Robert to fajny koleś, ale niedzisiejszy. Boi się e-booków - Pan podsumował wszystkie myśli dnia.
- Zrób co uważasz za stosowne - odpowiedziała Pani wyjątkowo trzęsącym się głosem.

Wtedy coś się wydarzyło. Pan zauważył *mnie*.

- Dlaczego ten kot się tak dziwnie na mnie patrzy?

Pani odwróciła się od kredensu, spojrzała na mnie, spojrzała na pana i odrzekła:

- Ona tak zawsze, gdy ktoś je z jej miseczki.

Nathii M.
O mnie Nathii M.

C'est moi.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Rozmaitości