Znowu dużo emocji w dniu dzisiejszym. Bajka na dobranoc, a Nathii robi sobie przerwę w zadymianiu online, bo sobie nie poradzi na uczelni. Pozdrawiam ;)
-----
Tej nocy pani płakała jak nigdy dotąd. Ryczała, wyła, biła piąstkami w poduszkę. Pomogła mi też uzupełnić znajomość ukraińskiego o kilka interesujących przekleństw (nie zacytuję, bo wylecę tą ścieżką co smootny clown). Najbardziej przestraszyłam się, gdy wyjąkała, że ma dosyć bycia służącą, że pójdzie na studia i będzie czytać w oryginale Jamesa Joyce'a. Kto to jest James Joyce? Czy mojej Pani nie wystarczy już czytanie książek mojego Pana i musi to robić z obcym mężczyzną? Małżeństwo się rozpadało i nikt nie mógł temu zapobiec! Na pewno nie sąsiedzi, którzy choć żyjący w luksusowej dzielnicy, nazywali Panią na zmianę "ta Ruska" i "ta Polka". A może rodzinne negocjacje? Z domem moja Pani nie utrzymywała nadmiernych kontaktów - odpada. Rodzice Pana żyją o kilka kilometrów stąd, ale osobiście nie umiem zaufać nikomu, kto sypia pod ziemią i się przykrywa kamieniem. U nich na domu są świeczuszki, co niby ma robić atmosferę, ale jak na mój gust ona jest gęsta jak na Zakaukaziu. Odpada. Zostałam ja, i co gorsza, miałam plan. Musiałam wyruszyć na wyprawę do miejsca znanego z telewizji. Nigdy nie byłam na zewnątrz dalej niż w ogródku... bałam się przeokropnie. "Miej jaja!" - zachęcałam się w myśli. Po chwili refleksji, dokonałam samokorekty: "Miej jajniki!"
Słyszałam, że w Londynie często pada, ale nie miałam okazji przekonać się o tym na moim własnym futerku. Niestety, szybko całe się posklejało tworząc brzydkie strąki. Ktoś krzyknął:
- Hej, zobacz, ta Kotka ma futro zrobione na Cugier!
Nie przejmowałam się tym. Miałam do wykonania misję specjalną uratowania małżeństwa osób, które tak bardzo kochałam. Wyobrażacie sobie wyrok sądu w sprawie rozwodowej? Poniedziałki, wtorki i środy Dolly mieszka z Panem, w czwartki, piątki i soboty mieszka z Panią, a w niedzielę łowi myszy w sądzie! Odciski na łapkach bolały niepomiernie. Nic to, cel podróży dodawał mi paliwa. Niedaleko bramy mojego miejsca przeznaczenia usłyszałam przeciągły skowyt, który na pewno pochodził od kocura. Starałam się go zignorować i jeszcze bardziej przyspieszyłam. Tyle się mówi o pedofilii i innych powodach, dla których nie wolno rozmawiać z obcymi. Niestety, tamten kot był o wiele większy i szybszy ode mnie.
- Hej, kociaku, chcesz się zabawić? - przysięgam, że prawie zaszczekał kiedy zagrodził mi drogę.
- Nie chcę żadnej zabawy! A już na pewno nie z tobą! - gniewnie zamiauczałam.
- Nie udawaj takiej pruderyjnej, Lolitko! Posuń ten śliczny ogonek...
- Kulaj się stąd... bufonie! - krzyknęłam najordynarniej jak moje dobre wychowanie mi pozwoliło.
Drapieżny kocur przysuwał się coraz bliżej. Mogłam poczuć paskudny smród tysiąca piwnic.
- Odejdź stąd, nie słyszysz?
W ciemności pojawiła się nowa para żółto-pomarańczowych oczu. Ludzie mówią, że w nocy wszystkie koty są czarne. To zupełna nieprawda, ale tamten kot naprawdę miał kolor węgla.
- Jeśli dotkniesz nieletnią, wpakują cię do schroniska dla zwierząt. A wiesz, co tam się robi z takimi jak ty? Nie wiesz? Na pewno wiesz. Ale ja ci to powiem. Tam się ich KASTRUJE!
- Przepraszam, szefie... Chciałem tylko zagadać... A ona prawie mnie podrapała... - mój prześladowca się wycofywał, aż przygrzmocił zadem w śmietnik.
Czarny, przystojny właściciel tych hipnotyzujących oczu przysunął się do mnie bliżej, czarując:
- Co taka śliczna, mała koteczka robi o tej porze sama w podejrzanej dzielnicy?
- Idę do sierocińca. Muszę zrobić coś, żeby moi Państwo się nie rozwiedli!
- Nie boisz się? - zamiauczał z rosyjskim akcentem.
- Jasne, że się boję... Ale muszę zaryzykować!
- Pozwolisz, że będę ci asystował. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci się stało. Poza tym, nie przedstawiłem się. Mam na imię Lew i trzymam wszystkie londyńskie kocie gangi w mojej łapce. Próbowałem działać trochę w biznesie medialnym, ale z niewiadomych przyczyn, zaczęli nasyłać na mnie jakieś komisje śledcze. Dlatego teraz zainwestuję w linie lotnicze. Nazwę je Lew AiR. Zresztą nie sądzę, żeby ktoś tu naprawdę chciał zadzierać z moim Panem.
- Kim jest twój Pan? Mój nazywa się Gavin Richards, być może o nim słyszałeś?
- Och, jestem fanem jego powieści. Mój niestety nie jest tak utalentowany, ale za to ma jeden z klubów piłkarskich w mieście.
- Jesteś z Rosji? - nie mogłam powstrzymać ciekawości.
- Tak, młoda damo. Reprezentuję rasę "rosyjski czarny kot". Ty również wyglądasz mi na arystokratkę.
- Aww, co za wtopa! Nawet się nie przedstawiłam! Mam na imię Dolly i jestem z rodziny amerykańskich kotów długowłosych... ale moi rodzice mają brytyjskie obywatelstwo. Moja Pani jest z Ukrainy i umiem miauczeć po ukraińsku - oznajmiłam z dumą.
- Wyrośniesz kiedyś na ponętną kotkę ze wschodnioeuropejską duszą. Pamiętaj, że tutaj jest to w cenie. Doprawdy, Persów i Syjamczyków już tu więcej nie potrzebują.
Spiekłam buraka. Dobrze, że przez futerko nie było widać.
Po chwili doszliśmy na miejsce. Czułam się niezręcznie powiedzieć, tak po prostu, "do svidanya". Po raz pierwszy byłam zakochana i od razu w niewłaściwym kocurze. Mój Pan nie powinien mi nic czytać na głos, bo zaczynam powielać patologiczne wzorce.
- Czy możemy się jeszcze kiedyś spotkać? - zapytał Lew, a w głosie jego czuć taką nieśmiałość, jakby próbował mnie przekupić.
- Proszę, tylko obiecaj, że nie będziemy się widywać w świetle kamer, nawet tych hotelowych! Serce pokaże ci drogę! - pomachałam ogonkiem na do widzenia.
Wkradłam się do środka budynku sierocińca. Trudno to sobie wyobrazić, ale wewnątrz było jeszcze ciemniej, niż na ulicy. Czy wiedzieliście, że koty widzą w ciemności tylko wtedy, gdy jest choć minimalna ilość światła, żeby je skupić w soczewce? Ja nie wiedziałam - aż do wtedy. Podążałam za intuicją aż dotarłam do półotwartych drzwi. Wskoczyłam na jedyne puste łóżko. Po może pięciu minutach usłyszałam ludzkie kroki i głosy na korytarzu:
- Skończyć pisać jutro, Fatimo. Grzeczne dziewczynki o tej porze już śpią.
- Wolę być niegrzeczna i pisać w nocy, panno Swanson.
- Któregoś dnia może zostaniesz sławną dziewczynką. Ale jak już to się stanie, obiecaj mi, że zamiast iść na imprezę z Kate Moss i Amy Winehouse pójdziesz do łóżka i będziesz spała tyle, ile trzeba.
Panna Swanson włączyła światło w "moim" pokoju. Krzyknęła. Mogłam nie być tym czymś, co spodziewała się zobaczyć. Ale Fatimie to nie przeszkadzało. Podbiegła do mnie i się uśmiechnęła. Z zadowoleniem zauważyłam, że ona też nie ma przednich zębów. Wiedziałam, że u dzieci to przejściowe, ale od razu poczułam z nią bliską więź - właśnie z tego powodu. Chciałam, by była moją Panienką. Zakochać się dwa razy w ciągu jednego wieczoru... zostajesz szmatą, Dolly.
Fatima odwzajemniła moje uczucie. Delikatnie zaniosła mnie na rękach do panny Swanson, szepcząc "kici kici kicia". Po aspirującej adeptce literatury mogłabym się spodziewać czegoś bardziej przemyślanego, ale przynajmniej wiem, że ona nigdy nie zje z mojego talerza. Panna Swanson pozwoliła zostać mi na noc i obiecała, że ustali rano do kogo należę.
Tamtej nocy miałam dziwny sen. Co ciekawe, moja Pani później opowiedziała mi o prawdziwych wydarzeniach w nocy, które się pokrywały z jego treścią. No cóż, jako kot mam dziewięć żyć, więc chyba czas zacząć się przyzwyczajać do zjawisk paranormalnych dotyczących mojej osoby. W każdym razie, oto opowieść:
Róża musiała pokonać wewnętrzny opór, zanim wreszcie zdecydowała się zapukać do gabinetu Gavina. Nie szła do męża, tylko do wyobcowanego dziwaka. Gdyby chociaż Dolly była w pobliżu... Cały ambaras polegał na tym, że jej jednak nie było.
- Gav, Dolly zniknęła - wyszeptała Róża stojąc w przejściu z filiżanką kawy w dłoni.
Gavin zgasił czterdziestego papierosa. "Prawie skończyłem" - chciał zareagować na pisk uchylanych drzwi. Wtem spojrzał na żonę. Wyglądała na tak bardzo zaniepokojoną... Gdzie miejsce na pasję i wspólny sens życia, który kiedyś ich połączył? I do diaska, gdzie poszła Dolly? Gavin wstał i skierował się w stronę Róży. Ona podświadomie zrobiła krok do tyłu.
- Dobry Boże... - zamruczał Gav, który, jak większość pisarzy, był ateistą. Nagle został wyrwany z własnego świata durnych postaci, skomplikowanych fikcyjnych intryg, biegunek po lodach truskawkowych i zawałów serca nad talerzem kota. W jego świecie powietrze było tak gęste od papierosów, że można swobodnie powiesić siekierę. Nagle znalazł się w świecie pełnym realnych ludzi, w którym jego piękna żona cofała się przed kimś, kto przeistoczył się z kreatora w kreaturę. Róża przyjaźniła się bardziej z kotem niż z własnym mężem.
- Znajdziemy ją, nie martw się - przesuwał się do przodu z pewnością początkującego pływaka wchodzącego na głęboką wodę. - Daj mi swoją rękę, Rosie.
Róża nie chciała dalej się cofać, ale nie zyskiwała na pewności. Drżała.
- Ooo..okno było otwarte przez cały dzień. Nie ma jej w ogródku. Mogła wymknąć się na ulicę, albo... ktoś ją ukradł...
Mąż znalazł w sobie na tyle odwagi, by podejść bliżej i przytulić swą kochaną. Róża załkała w ramionach, w których znalazła się pierwszy raz od kilku miesięcy. Ale uczucia są jak jazda rowerem czy afera "łowców skór"; ich się nie zapomina.
O ile mi wiadomo, Pani i Panu udało się obrócić tę źle zaczętą noc w całkiem interesująco zakończoną.
***
Słyszałam pannę Swanson rozmawiającą z moim Panem przez telefon. Numer podano w porannym radiowym programie. W ciągu dziesięciu minut cały Londyn wiedział, że Gavin Richards odwiedzi sierociniec by odebrać stamtąd... kota. I to własnego. Niektórzy fani próbowali zablokować wejście do budynku, ale moja Pani przedarła się przez zapaleńców i pobiegła na górę. Wyglądała piękniej niż zwykle. Z radości chciałam skoczyć jej na bluzkę. Ale wycieczka nauczyła mnie odpowiedzialności. Wiedziałam, że mogę podrapać łapiąc balans. A poza tym, moje miejsce było na kolanach Fatimy. Kiedy Pan zapytał dziewczynkę jaką nagrodę chciałaby dostać za opiekę nade mną, ona wręczyła mu swój zeszyt z opowiadankami i poprosiła o komentarz.
- Uhmm, muszę to raczej przekazać mojej żonie. Ona jest najlepszym krytykiem i cały mój sukces zawdzięczam jej - zmieszał się Pan. - Zresztą uważam, że powinna się zająć krytyką literacką na poważnie.
- Dziękuję! - zaśmiała się Pani i klepnęła Pana po plecach. - Wydaje mi się jednak, że przede mną sporo czytania i dyskusji z autorką, więc może wszyscy pójdziemy do domu?
I wszyscy poszliśmy.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)