- Po co tu tylu ludzi dzisiaj? - kelner z mojej ulubionej chińskiej knajpy podzielił się entuzjazmem z kolegą.
- Dzień dziecka. Jak by nie mogli iść do Mc Donalda albo KFC - ten odrzekł równie radośnie.
Barwne komentarze na temat napiwków, wyglądu zewnętrznego klientów oraz białych myszek dosiadających różowych słoni po ostatniej nocy można usłyszeć pod ścianą przy barze. "STOP chamstwu na zmywaku" - chciałoby się powiedzieć, ale czar osobisty jednego dżentelmena z drugim w momencie obsługi każe im wiele wybaczyć. Dziesięciu klienta wita i dziesięciu żegna, a że później po cichu nazwą go gnojem, bo nie zostawił nawet złotówki, to jego wina. Trzeba było zostawić.
Panienka z kawiarni jest miła i uśmiechnięta. Dwuznaczności zostawiając na boku, zachęca do konsumpcji. Aż mi żal, że naprawdę nie potrzebuję bitej śmietany, syropu ani dodatkowego espresso. Mam drobne. Zamiast do kasy fiskalnej właściciela kawiarni za bitą śmietanę, wrzucam baristce do skarbonki za uśmiech.
W odzieżowych jest gorzej. Z rzadka ktoś się pofatyguje zapytać: "Czy w czymś pani pomóc?" jeżeli przyjdę do pobliskiego pasażu handlowego prosto ze spaceru nad Odrą - w bojówkach, T-shircie, trampkach i bez makijażu. No, chyba że przyjedzie z wizytą Mama, która tradycyjnie chodzi odstrzelona jak modelka Vogue'a i to już po korekcie Photoshopem. Wtedy trzy sprzedające rzucają wszystko i przynoszą Mamie pod nos każdy możliwy ciuch, żebym ja mierzyła, bo przecież dla nich jest jasne, że dzieciak bez makijażu który do tego nie zakrochmala w szpilkach po tej nierównej wrocławskiej kostce nie ma prawa dysponować żadnym własnym funduszem.
I tak nie jest źle. Wrocławscy sprzedawcy z tak zwanych galerii to głównie studiująca młodzież po dokładnej selekcji w procesie rekrutacji. Przy naborze muszą odgrywać scenki albo przekonać rekrutującego do kupna, dajmy na to, długopisu. Atutem jest wcześniejsza praca na zbliżonym stanowisku, wiedza o modzie bądź o kuchni oraz znajomość języków obcych. Kto się nie sprawdza w pracy, musi zwolnić miejsce następnemu. 1267 zł dla studenta piechotą nie chodzi, więc doginają wszyscy.
Jesteśmy teraz w innym miejscu na Dolnym Śląsku, w biurze u Taty, i właśnie Tacie wpadł jakiś grosz. Tata nie odkłada grosza do banku żeby było na ZUS, tylko myśli, myśli i wymyśla:
- Nie będę przez dziesięć lat chodził w tym garniturze.
- Toż to jawny bunt, co na to Mama? - wyraziłam zaniepokojenie. Mama u nas w domu ma monopol na zakupy co dwa tygodnie. Jako jedyna nie pracuje w wolnym zawodzie.
- Może jej się spodoba, że nie będzie miała obdartego męża? - zaciekawił się Tata.
Mama wpada do biura. Tata ogłasza jej swoją decyzję. Mama przez chwilę się zastanawia i widać z jej agresywnej miny, że zamierza odparować: "A kto zapłaci ratę, a z czego na gaz, a z czego kupić psu żreć, a będziesz miał na ZUS?" ale potem mina się tonuje, bo Mama zapewne myśli: "Będą mi wypominać torbę z zeszłego tygodnia", aż wreszcie na twarzy mej Rodzicielki gości uśmiech i zadowolona oznajmia:
- Jedziemy do Wrocławia!
W domyśle: ty sobie będziesz mierzył garnitury, ja zobaczę tę nową galerię, Nathii, otworzyli już nową galerię? Jak tam jest, jakie tam są sklepy? Podobno jakieś całkiem nowe. Zmienił się Wrocław przez miesiąc? Chciałabym zobaczyć, jak wygląda po odmalowaniu mój dawny akademik - możemy od razu odwieźć Nathii, zapakuję jej całą wielką torbę jedzenia, itp.
- Po co do Wrocławia? Tu kupię - Tata śmiał bezczelnie przerwać Maminy myślotok.
- Co tu chcesz kupić? Przecież tu nic nie ma - Mama wydęła usta w konsternacji.
Faktycznie, u nas w mieście największym powodzeniem cieszą się "Biedronka" i sklepy z serii "wszystko po 3 zł" (bo te "wszystko po 5 zł" już splajtowały). Odzieżowe oferują produkty szmatławe jak zawartość "Faktu" a sprzedają je bardziej na wagę niż na sztuki. W tym miejscu internauci się oburzą, bo nikt mi nie dał prawa do naigrywania się z ludzi, których na inne produkty nie stać, tylko dlatego, że jak mi wpadnie grosz, to mnie czasem stać. Otóż tysiąckroć bardziej ogarnia mnie zgroza niż poczucie wyższości. Tak czy inaczej, panie mogą sobie coś wybrać w dwóch markowych butikach, panowie - nie bardzo. Niezrażony tym faktem Tata, który jak już wiadomo, na zakupy chadza rzadziej niż sporadycznie, odwiedził jeden ze sklepów, w którym jest taki "ruch", że przy znajomości wysokości czynszu można się poważnie zastanawiać czy nie działa on w innym celu niż sprzedaż ubrań. Mama omiotła okiem znawczyni wieszaki i doszła do przekonania, że towaru nie zmieniali tam od trzech lat. Nie zmieniali, bo nie schodzi. Czekają, aż wszystko się sprzeda, a nie sprzedaje się nieomal nic. "Nie opłaca się sprowadzać nowych, bo nie wiadomo, czy ktoś będzie chciał kupić nowe, skoro nikt nie chce kupić starych" - wyjaśnia znudzona Pani Zza Lady, której ośmieliliśmy przerwać czytanie kolorowego czasopisma.
- Widzisz? Mówiłam ci! Jedziemy do Wrocławia póki jeszcze sklepy są otwarte! - zasyczała Mama.
- Ciiiiicho. Naprawdę musisz ciągle stękać? - skrzywił się Tata, a po jego wyrazie twarzy było widać, że znowu myśli. - Jedziemy do hipermarketu.
Hipermarket w mieście jest jeden i więcej w nim z marketu niż z hiper, ale istotnie udało się w bólach kupić garnitur. Dlatego w bólach, że strasznie zmęczonej ekspedience gotówkę należało niemal wciskać do ręki. No tak, ona ma prawo być zdegustowana - przecież za godzinę zamyka, a tu jacyś ludzie przyszli. Nie ruszyła się ze stołka, żeby cokolwiek podać. Zapytana, czy ma jakąś odpowiednią kolorystycznie koszulę, mówi, że nie wie, ale że "tam wiszą".
Na tle nowego garnituru okazało się, że buty są stare. Weszliśmy zatem do pobliskiej sieciówki, gdzie o dziwo jedna z par była bardzo ładna i bardzo tania, ale nie umieliśmy znaleźć odpowiedniego numeru.
- Może by pani tak łaskawie do nas przyszła? - Mama krzyknęła do ekspedientki obserwującej nas zza kasy. Byliśmy jedynymi ludźmi w sklepie oprócz jeszcze jednej ekspedientki, która jednak była zajęta spożywaniem jakiegoś butelkowanego napoju.
- Tak?
- Czy jest numer 41 tego buta?
Pani przebiegła wzrokiem przez wyłożone kartony i rzekła:
- Nie ma. Może jest na zapleczu, ale to bym musiała sprawdzić.
- No to niech pani sprawdzi - zirytowała się Mama. Tata uważał, żeby się głośno nie roześmiać. Ja nie uważałam i wybuchnęłam śmiechem, co bynajmniej nie wybiło z równowagi ekspedientki. Tym bardziej, że jej koleżanka krzyknęła:
- Darek do ciebie dzwoni!
W te pędy obsługująca nas Dama w tył zwrot i biegiem do kasy nie po to, żeby nabić jakiś rachunek, tylko by odebrać prywatną rozmowę.
Nikt z nas nie miał specjalnie ochoty komentować. W efekcie wylądowaliśmy w dawnym mieście wojewódzkim, które obecnie straszy (i to paradoksalnie bardziej w dzień niż w nocy), ale udało się znaleźć w innym hipermarkecie sklepik na franczyzie, gdzie właścicielka opchnęła Tacie dwa garnitury, dwie koszule, krawat, dwie pary butów i jako bonus dodała trzy pary skarpetek. Wychodziliśmy pół godziny po czasie, w którym sklep mógłby być zamknięty.
Morałami z tej historii mogłyby być wyłącznie truizmy, więc dopowie je sobie każdy sam. Ze swojej strony zakończę dowcipem.
Młody agronom przyjeżdża na wieś i pyta rolnika:
- Ugór tu, panie? Nic nie rośnie?
- Nic - odpowiada rolnik.
- Nie chce?
- Nie chce.
- No, a jak by tak zasiać kukurydzę, to może by urosła? - zachęca młody.
- Aaa, jak by zasiać, to by urosła.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)