Do Wrocławia przyjeżdżają niemieckie wycieczki. Nie po to żeby się oflagowywać pod kamienicami w których się urodzili, tylko by zwiedzać, kupować przewodniki i pożywiać się w stołówce na moim wydziale. Standardową grupę turystów zza zachodniej granicy nazywamy między sobą "geriatrykiem", ponieważ przeciętny wiek takiego globetrottera oscyluje na oko wokół siedemdziesiątki - osiemdziesiątki. Ubiór: jakieś dresy, czapeczki, buty ortopedyczne. Ciekawe, czy to z myślą o nich podczas pokazu fontanny za 20 milionów złotych w kulminacyjnym momencie gra "Walkiria". Fontanna stoi naprzeciwko Hali Stulecia. Niedawno wycofano z użycia nazwę "Hala Ludowa" i powrócono do oryginalnej, niemieckiej "Hali Stulecia". Chodzi o stulecie bitwy pod Lipskiem gdzie nasi walczący u boku Napoleona dostali w tyłek, a marszałek Józef Poniatowski utonął w Elsterze. W każdym razie, publiczność zgromadzona pod Halą Stulecia i obserwująca pokaz, nad fragmentem dzieła Wagnera przechodzi do porządku dziennego, zaś entuzjastyczne "ooo" słychać dopiero przy "Black or White" Michaela Jacksona.
Tamci turyści. To jest to pokolenie. Wychowane w tamtych czasach i według tamtejkindersztuby. Dryl, porządek i posłuszeństwo. I indoktrynacja za dziecka.
Stoi sobie grupa na przejściu dla pieszych pomiędzy biblioteką na Szajnochy i kinem "Helios". Nieważne, z którego przybytku kultury właśnie wychodziłam. Ważne, że stałam na tych samych światłach. Jest to przejście dość charakterystyczne: czerwone pali się przez wieki zarówno dla pieszych, jak i dla pojazdów. Tubylcy o tym wiedzą, więc tłumnie wbijają na pasy tak szybko jak się da. Turyści patrzą ze zgorszeniem i niepokojem. Na czerwonym przechodzą kolejni Polacy. Wpatruję się w twarz sędziwej Niemki i widzę wewnętrzną walkę. Reguła stanowi: stój, masz czekać na zielone. Ekonomia rozsądku kusi: samochody stanęły, zielone się długo nie włącza choć powinno, Polacy się nie boją. Stopa w ortopedycznym bucie wychyla się poza krawężnik. Wykonuje krok. Krok, tak naprawdę, ku wolności. Ku odrzuceniu zezwolenia na myślenie w granicach od jednej klapki do drugiej. Siwa głowa w kwadratowych okularach obraca się szukając wzrokiem męża. Uśmiecha się jak nastolatka pijąca pierwszy raz wino owocowe znalezione w piwnicy. Mąż karci ją wzrokiem, czerwienieje na twarzy. Jest już czerwony jak sylwetka na słupie sygnalizacyjnym. Na zebrę wkraczają kolejne panie. Wszystkie dumnie obracają się do swoich mężów i chichoczą między sobą. Zielone od minuty się nie włącza. Na jezdnię wchodzą panowie.
Wycieczka zdążyła udać się dawno na ulicę Czterech Wyznań po drugiej stronie, a ja dopiero zaczęłam przechodzić. I myślałam o tym, że ci ludzie złamali w sobie bariery. I że kto raz zakosztuje mentalnej wolności, już nigdy nie wróci w ryzy obliczania kąta krzywizny ogórka.
84
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (86)