Wakacje miały być boskie, bo od roku planowane. Tym razem żadnych sołdatów z karabinami, bomb w muzeach, nocy na ulicach, łuków brwiowych rozwalonych żeliwnymi huśtawkami... Aha, no i żadnych problemów z akredytacją prasową na turniej tenisowy US Open.
Właściwie, to tylko formalność. W ciągu ostatnich pięciu lat pracowałam w biurach prasowych challengerów w Szczecinie, Wrocławiu i Akwizgranie, przygotowywałam materiały prasowe dla Pucharu Davisa, czy chociażby ostatniego turnieju pań w Warszawie, a przede wszystkim - jako jedyna osoba na rynku - pisałam do czterech ukazujących się w tym okresie tenisowych miesięczników! Właśnie zamierzałam wystąpić z postawą roszczeniową względem Naczelnego pisma "Tenis Gem Set Mecz", żeby wreszcie ruszył swój Szanowny Redaktorski Tyłek i załatwił mi plakietkę, a tu zwierzchnik wyprzedził mój ruch telefonem z informacją, że "Murator", wydawca, zamurował nam gazetę. I z wyjazdu nici. Może inaczej: mam wszystko, co potrzeba, oprócz wizy i akredytacji.
- Spróbuj w "Rzepie" - radzi mi Szef.
Ale ja się wstydzę. Istnieją ludzie, którzy przy zamkniętych drzwiach i oknach będą włazić rurą od kibla, tylko że ja do nich nie należę. Miałam opór zwłaszcza przed wtrynianiem się z buciorami w wierszówkę Autora, którego znam i cenię. W końcu mnie przekonano, że taka korespondencja leży w interesie wszystkich. "Nathii M. z Nowego Jorku" brzmi lepiej niż "Autor znad biurka w Warszawie". Po kilku tygodniach dostałam cynk, że spokojnie mogę się kontaktować z Szefem Działu Sportowego.
Szefa Działu Sportowego "Rzepy" miałam przyjemność poznać i zapadł on w damską pamięć ciągłymi komplementami pod adresem moich fryzur.
Tym razem nie było tak ciekawie.
- Szanowna Pani, obawiam się, że jesteśmy już po herbacie. Termin zgłaszania podań zapewne upłynął.
"Co mnie tu szef działu ogólnopolskiego dziennika będzie uczył o terminach akredytowania na turnieje tenisowe" - żachnęłam się w myśli. Zawsze te sprawy załatwiałam bez niczyjej pomocy i cóż - wystarczyło tego dokonać na miesiąc przed rozpoczęciem imprezy. Większy turniej, ostrzejsze kryteria - rozumiem. Ale i tak mieliśmy jeszcze trzy i pół miesiąca!
Panika z mojej strony, oficjalna witryna nie ma odnośników dla mediów! Dzięki pomocy koleżanki będącej członkinią amerykańskiej federacji tenisowej udało mi się ustalić, że formularz akredytacyjny znajduje się pod zupełnie innym adresem www. Jak wyszło na jaw później, również podano tam nieprawidłowy adres e-mail, gdyż korespondencję w tej konkretnej sprawie odczytywano wyłącznie z innej skrzynki. Nieujawnionej publicznie.
Termin składania podań upływał za trzy dni. Przemowa do czytelnika strony w sieci zaczynała się słowami: "Aby uprościć państwu życie, w tym roku proces rekrutacji w całości odbędzie się drogą elektroniczną". Tymczasem elektroniczny był tylko formularz wysyłany przez redakcję, zaś w ciągu tych trzech dni mieli otrzymać w Stanach mój własnoręczny podpis pod specjalną deklaracją. I powinni dostać jeszcze od redakcji list uwierzytelniający - na firmowym papierze.
Na rano umówiłam kuriera. Kurza morda, najpierw w drukarce zabrakło tuszu, a potem się okazało, że w tej mojej pipidówie coś wydrukować w kolorze to mistrzostwo świata. Tłukę ja się ze spotkania z kurierem we Wrocławiu już z powrotem do pipidówy ("kurier dalej nie dojeżdża, tylko podwykonawca, żeby podwykonawca przyjął pani przesyłkę, musi pani..."), aż tu autobus się psuje w Tyńcu Małym. Stoimy w polu na słońcu przez dwie godziny i w tych okolicznościach przyrody dzwoni do mnie Zastępca Szefa Działu Sportowego:
- Wie pani, jak wypełnić ten formularz? Wpisuję nazwę redakcji i jest napisane, że dostanę linka, który skieruje mnie do kroku numer dwa. Ale tu nic nie przychodzi.
Po przyjeździe do domu, z językiem na wierzchu, ustaliłam numer telefonu do szefowej biura prasowego i do niej zatelefonowałam. Pani mówi, że wysłała linka z potwierdzeniem, i na naszą prośbę wysłała go ponownie, jednak nic takiego nie docierało do redakcji. Trzy dni telekonferencji prowadzonych przeze mnie także spod ławki w czasie wykładu nie dały rezultatu, link nie przychodził - procesu nie można było skończyć. Zastępca Szefa Działu Sportowego się spieszył przed wyjazdem na finał Ligi Mistrzów, więc wysłał wszelkie moje dane mailem. Szefowa biura w Nowym Jorku potwierdziła ich otrzymanie, dostała mój podpis i nie robiła żadnych problemów w związku z lekkim poślizgiem listu uwierzytelniającego. Decyzje o przyznaniu bądź odrzuceniu podania i tak miały być rozpatrywane kilka tygodni później.
I co? I jajco. Odwalili naszą prośbę, motywując to brakiem wolnych miejsc. Zaleciało cieciem spod klubu mówiącego "impreza zamknięta" niemodnie ubranym gościom. Na pocieszenie zostają mi w uszach rozpaczliwe dźwięki wydawane z siebie przez interlokutorkę z USA wypowiadającą słowo "Rzeczpospolita".
Tata mówi, żeby się niczym nie przejmować i włazić przez płot.


Komentarze
Pokaż komentarze (64)