Nathii M. Nathii M.
97
BLOG

Modern Love Story - opowieści wakacyjne cz. 6

Nathii M. Nathii M. Rozmaitości Obserwuj notkę 35

Ubiegłego lata odwiedziłam Londyn z akredytacją prasową na prestiżowy męski turniej tenisowy na kortach Queens Clubu. Miałam otrzymać jeszcze akredytację na kobiecą imprezę w Eastbourne, ale poczta polska zawiodła na całej linii kisząc mój formularz przez miesiąc w swych przepastnych zbiorach. Eastbourne wygrała Agnieszka Radwańska, a mi przepadły wywiady, pieniądze i autopromocja. Ale za to zostałam o tydzień dłużej w stolicy Wielkiej Brytanii na kwalifikacjach do Wimbledonu. Zresztą - w Londynie było wówczas bardzo ciekawie.

Ograniczanie kosztów podróży jest dla każdego dziennikarza sprawą naturalną, toteż uradowałam się zaproszeniem otrzymanym od kolegi z liceum. Kolega od kilku lat mieszka w "Lądku", gdzie jest barmanem w centrum i nieźle mu się powodzi. Nie lubię się nikomu wciskać na siłę do domu, więc pytałam tysiąc razy, czy na pewno nie będę przeszkadzać. Na pewno nie będę. No to jesteśmy dogadani. Biorę ze sobą 200 funtów. Na metro, fryzjera, kartki, znaczki i kawiarnie. Żywność w biurze prasowym jest darmowa.

Zaczęło się źle, bo już pierwszego dnia pobytu ktoś gwizdnął mi komórkę. Tak czy inaczej, zostawiłam swoją 20-kilogramową torbę w mieszkaniu i poszłam do pracy, umawiając się z powrotem na konkretną godzinę. Nie dostałam zapasowego klucza. Był upał, więc zmęczona wrażeniami czułam się coraz gorzej (prasę smażono na najbardziej nasłonecznionej trybunie). Postanowiłam wrócić do domu wcześniej, ale oczywiście nie mogłam się dostać do środka, więc pojechałam do tego pubu prosić o klucz. Opieprz z góry na dół że śmiem przeszkadzać wielce zajętej osobie w pracy. Zdziwiłam się tą zmianą stosunku do mnie, bo raz, że ta osoba w Polsce taka nie była, a dwa, że nie po to się kogoś zaprasza, żeby potem w ten sposób traktować. Intuicja podpowiadała dalszy ciąg problemów. Rzecz jasna - słusznie. Wieczór w Chelsea upłynął mi jednak wyjątkowo sympatycznie. Łaziłam w tę i we wtę, oglądałam ciuchy, w końcu poszłam do kina na "Seks w Wielkim Mieście" bo nic innego nie grali. Pozżymałam się na pustostan myślowy zaprezentowanych w obrazie kobiet i nie zgodziłam się z poglądem, jakoby takiego mężczyznę jak męża głównej bohaterki można było po prostu poznać na ulicy. Bajka i tyle.

Pierwsza noc w mieszkaniu minęła spokojnie, ale już na drugi dzień po meczu Euro 2008 pomiędzy Hiszpanią a Rosją doszło do sytuacji mało codziennej. Otóż gospodarz zażądał ode mnie usług natury cielesnej.

- No chyba nie myślisz, że sobie tu przyjechałaś mieszkać za darmo?

Byłam już emocjonalnie przygotowana na taki obrót sprawy. Nie miałam kasy ani telefonu, ale wiedziałam, co chcę odpowiedzieć:

- Wolę siedzieć dwa tygodnie na ulicy z tą torbą niż w tym domu z tobą.

Zawinęłam się i wyszłam. Już po drodze do stacji metra torba okazała się cięższa, niż przypuszczałam. Niestety, nosiło się ją na ramieniu. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po powrocie do Polski, był zakup takiej na kółkach i z rączką. Faktycznie zamierzałam spędzić kilka nocy na ulicy. Wyspać mogłam się przez dzień w Queens Clubie. Tamtejsze kabiny toaletowe były obszerne i wyściełane puchatym dywanem. Zresztą - przez te dwa dni już się skumplowałam z obsługą turnieju, która mnie wpuszczała do pokoju VIP, gdzie były np. kanapy. Tylko, że nie wypadało na nich perfidnie zasnąć na oczach londyńskiego "society". Kwestię higieny również można było bezboleśnie rozwiązać na kortach. W drugim tygodniu zamierzałam brać hostel raz na dwie noce. Najtańsze znalezione przez mnie miejsca noclegowe dostępne w tamtych dniach kosztowały ok. 15 funtów. Za depozyt torby na dworcu kolejowym Victoria płaciłam 6 funtów na dobę. Cała ta szopka z liczeniem każdego centa by nie miała miejsca, gdybym zadzwoniła do domu i powiedziała, co się stało. Tylko, że wtedy szopka w wykonaniu Rodziców byłaby jeszcze większa.

Zwiedziłam sobie Londyn nocą. Rano ciuchy na zmianę i make-up na dworcu. I pogawędka z nowymi znajomymi - pracownikami depozytu. Dzień na kortach - byłam półprzytomna, a z drugiej strony nie mogłam zasnąć nawet na chwilę - z nerwów. I ten okropny ból głowy. Dobrze, że miałam zapas polskich tabletek. Moje plany na wieczór były równie fascynujące co dnia ubiegłego, ale życie podesłało mi towarzysza nocnych eskapad. Albańczyka. Faceta z gatunku tych, którzy mają prawo chodzić po ulicach tylko w filmach.

Do charakterystyki wielkich miast należy, że co piętnaście minut ktoś cię zaczepia i albo żebrze, albo chce ci zaproponować randkę. Czasem nie jest to złe - na stacji Hammersmith wdając się w rozmowę ze sprzedawcą kosmetyków dla pań dostałam za darmo zabieg manicure. Na ogół jednak staram się jak najszybciej spławiać natrętów. Grzeczne "nie, dziękuję" czy nawet "mam chłopaka" nie zawsze przynosi pożądany efekt. Podczas mojej wizyty w Londynie kilka miesięcy wcześniej wymyśliłam patent, który początkowo miał być zgrywą, a okazał się niezwykle skuteczny.

- My boyfriend is an Albanian; he'll kill you if you touch me.

Nie wzięłam tego znikąd. Moje serduszko jest do dziś uwięzione w piwnicy pewnego pana doktora z Tirany, którego poznałam przed kilkoma laty. Pamiętam, jak się przestraszyłam dowiadując się o kraju jego pochodzenia. Tyle się słyszy złego o Albanii. A tam, jak wszędzie, są ludzie i "ludzie".

Tamtego wieczoru siedziałam pod pomnikiem na Piccadilly Circus. Nosiłam szerokie, białe spodnie z lnu i czarną, obcisłą bluzkę z dekoltem. Miałam też wyprostowane włosy, lekko już falujące na końcach. No i oczywiście przewieszony na szyi szalik "Polska". Czekałam na mecz naszych pseudo-orłów, który zamierzałam obejrzeć w jakimś pubie. W pewnym momencie zagadał do mnie przystojniak z niebieskimi oczami:

- Are you from Poland? Do you like football?

- Yeah, I am Polish, but my boyfriend is an Albanian and he... - i tutaj dokończyłam co to niby ma zrobić mój pokojowo nastawiony do świata najlepszy przyjaciel, który swoją drogą na dniach brał ślub na podstawie rodzinnego kontraktu.

- I'm not afraid. I'm also Albanian, and I'd certainly kill anyone who'd dare to touch you - odpowiedział Niebieskooki.

Rozbroiło mnie. Zaśmiałam się. Chyba w każdej kobiecie by się obudziły głębokie pokłady damskiej próżności. Do tego ze zmęczenia czułam się pijana bez wypicia jakiegokolwiek trunku, więc nie miałam ochoty się opierać adoratorowi. Mecz, jaki był, każdy widział. Po jego zakończeniu kręciliśmy się po pubach bodajże do trzeciej nad ranem. Niebieskooki chyba w średnim stopniu uwierzył w mój brak noclegu i brak komórki, zwłaszcza że to ostatnie to często ściema kiedy się nie chce podać swojego numeru telefonu. W końcu powiedział:

- No, a teraz na serio, gdzie mam cię podwieźć?

- Najlepiej na cmentarz, bo tamtejsze towarzystwo powinno się zachowywać spokojnie i dać mi się wyspać - przewróciłam oczami z rozżaleniem.

Powiedział, że weźmie mnie na noc do domu. Będę mogła spać w osobnym pokoju. I tutaj lekki szok. W zasadzie przez cały czas gadaliśmy o sporcie, i nawet nie chciałam pytać czym się ów koleś w Londynie zajmuje, żeby nie zburzyć miłego wieczoru informacją, że np. przyjechał na fałszywych włoskich papierach i z zawodu rozwozi pizzę. Na parkingu zatrzymaliśmy się przy srebrnym porsche. Wyraziłam powątpiewanie:

- Is that really yours? (wolne tłumaczenie: "Będziemy się włamywać?")

Okazało się, że mój nowy znajomy przyjechał do Anglii studiować architekturę, a że od razu po studiach znalazł dobrą pracę, to już został. Miał 28 lat. Podobno porsche nie kupuje się przed trzydziestką i ja się pod tym podpisuję rękami i nogami. Jechaliśmy ze zdecydowanie za dużą szybkością, gwałtownie hamując przed fotoradarami. Ale mniej podobał mi się samochód, a bardziej to, co w środku. Odtwarzacz CD a w nim moja ulubiona płyta mojego ukochanego System of a Down! Przez chwilę byłam automatem, do którego wrzucono pieniążek i w którego oczach wyskoczyły dwa serduszka.

W domu gadaliśmy do piątej. O tym, dlaczego jesteśmy ateistami. Potem wanna, wygodne łóżko. O siódmej rano cholerny budzik. Pobudka jak na kacu - wszystko w dolby surround. Ale mimo to, ten dzień w pracy był tak cudowny, że raz jedyny nie skrytykowałam im tego angielskiego żarcia. A nawet dałam się skusić na ich przysmak w postaci piwa z cytryną.

Po dwóch dniach Niebieskooki i ja czytaliśmy sobie w myślach. Kiedy robiliśmy w domu imprezę, jego znajomi pytali ile miesięcy jesteśmy razem i dlaczego nigdy nie mówił, że ma w Polsce dziewczynę. Pogoda w Londynie była piękna, a my jeździliśmy za miasto, albo włóczyliśmy się po West Endach czy Portobellach. Wieczorem obowiązkowo Euro 2008, a potem "Family Guy" na BBC. Z własnej i nieprzymuszonej woli zrywałam się rano, żeby zrobić kawę i śniadanie, chociaż mój tenis zaczynał się koło południa. Bo przecież Niebieskooki zaczynał pracę wcześnie. On z kolei rewanżował się sprawdzaniem moich opowiadań pisanych po angielsku (m.in. oryginał "Bajki o Koteczce Dolly"). Kiedyś zapytał mnie, jakie książki będę pisać w przyszłości.

- Komedie romantyczne. Ale takie, które da się wytrzymać w drugiej połowie. Bez happy endu. W życiu nie masz happy endów.

Popatrzyliśmy na siebie i znów zrozumieliśmy się bez słów.

Ten wyjazd kojarzy mi się z piosenką Kid Rocka "All Summer Long" którą wówczas piłowano w radio. Bardzo słodkie pożegnanie na autobusowym dworcu Victoria było naszym ostatnim kontaktem. Czy na niego w Albanii też czekała jakaś wynaleziona przez rodzinę narzeczona - tego nie wiem.

Gdyby moja "Modern Love Story" była filmowym scenariuszem, miałaby piękne zakończenie. A w życiu - wyszło jak zwykle.

Nathii M.
O mnie Nathii M.

C'est moi.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (35)

Inne tematy w dziale Rozmaitości