Nathii M. Nathii M.
214
BLOG

Kocham Cię, kochanie moje

Nathii M. Nathii M. Rozmaitości Obserwuj notkę 55

Miłość Mojego Życia i ja poznaliśmy się w Sztokholmie, i praktycznie od pierwszego wejrzenia połączyła nas pasja do tenisa. On - brunet, zielone oczy, pan doktor. W ciągu jednego wieczora przepiliśmy jego miesięczną pensję ze szpitala w Tiranie. Ja swoją kasę puściłam już dawno w obieg, bo oczywiście chciałam sprawdzić jak się pomieszkuje w pięciogwiazdkowym Grand Hotelu. Od początku było jasne, że romans zmierza z pełną prędkością w kierunku muru, bo on musiał się ożenić z inną, w ramach tamtejszych uwarunkowań kulturowych. Ale ludzie są młodzi, głupi i hedonistyczni. No, ale dzisiaj nie o tym.

Oboje pisaliśmy na dużym forum tenisowym, do tego przez dwadzieścia godzin dziennie rozmawialiśmy przez MSN i cztery godziny przez telefon, odliczając minuty do kolejnego możliwego spotkania. Słowem - heroina. Kiedy przyjeżdżała do niego narzeczona z innego miasta z wizytą lub gdy on wyjeżdżał do niej (w większości rodzin w Albanii młodzi mogą zamieszkać ze sobą dopiero po ślubie), nieomal skakałam z żalu przez okno, a już na pewno wolny czas poświęcałam w pełni na ryczenie w ubikacji. I teraz już przechodzimy powoli do sedna.

Robiłam sceny. Takie konkretne, z premedytacją. Miało boleć. Umawiałam się z innymi. Nie po cichu, tylko tak, żeby on wiedział. Urządzałam ciche dni. Odchodziłam z forum tenisowego, by nigdy więcej już na nim nic nie napisać. Trzeba było zerwać toksyczny związek, ale jednak chciałam, żeby Beau mnie błagał na kolanach o powrót. I faktycznie - zawsze tak było. Pytał tylko, czy jestem zdrowa i bezpieczna. A ja się rozczulałam i wracaliśmy do tego samego klinczu. Na ogół na drugi dzień już się z powrotem ze sobą kontaktowaliśmy, jak by tych negatywnych emocji nigdy nie było i istnieliśmy ponownie tylko dla siebie. Dla mnie każda decyzja o rozstaniu była dramatyczna. Tę pierwszą okupiłam milionem łez, bo bolała najbardziej, ale każda kolejna wstrząsała mną równie mocno. Notowałam godziny, które udało mi się wytrzymać bez rozmowy z nim. Słowem - heroina i polski kompot.

Pewnego razu do mnie nie napisał. Pierwszy dzień, drugi dzień, trzeci, czwarty. Potłukłam już wszystkie szklanki w swoim pokoju w akademiku i w końcu się przemogłam, produkując genialnego w swej wymowie esemesa: "Dlaczego nie prosisz mnie o znak życia?". Doczekałam się odpowiedzi: "Nie wiem, dlaczego tym razem się do mnie nie odzywasz, ale cię wygooglowałem na writing.com i stąd wiem na bieżąco, jak ci się powodzi".

Kiedy udało nam się wydorośleć, spoważnieć i całkiem na serio zaprzyjaźnić, zapytałam go, na jak długo potrafił się na mnie obrazić za moje sceny.

"Pięć minut, nigdy dłużej".

Kiedy patrzę sobie na blogi znikające i powracające, na komentarze publikowane po spektakularnych odejściach, wielokrotne zarzucanie bloga przez Azraela i Jego Cień a potem momentalne lądowanie na czubie s24, to się zastanawiam, kurka, po co to komu. Ja przynajmniej miałam wtedy 21 lat, Beau niewiele więcej. Ale jak dorośli ludzie urządzają podobne swym poziomem przedstawienia, to chyba wolno mi się z nich śmiać? Jednocześnie całym sercem łączę się w bólu, który rani serce z każdą minutą niezamieszczenia notki na s24, a już szczególnie, kiedy nikt nie błaga o powrót! Wiem, to potrafi rozerwać jak szrapnel! Najlepiej wtedy cichaczem po prostu przyjść z powrotem i się przytulić. Dłużej niż przez pięć minut Administracja się nie gniewa.

Love is in the air.

 

Nathii M.
O mnie Nathii M.

C'est moi.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (55)

Inne tematy w dziale Rozmaitości