Nie uwierzyłam, kiedy wczoraj otworzyłam s24 i, jeszcze na pasku bocznym, przeczytałam pierwszy tytuł. O zamachach w Moskwie. Przecież takie rzeczy dzieją się tylko wtedy i tylko tam, gdzie nie mieszka osoba, której serce bije dla ciebie. I nie ogarnia cię paraliżujący niepokój, czy ono jeszcze bije. Jedna z bomb wybuchła w okolicy Rosyjskiej Agencji Informacyjnej.
Kiedy się poznaliśmy, A. powiedział mi, że pracuje w "ministerstwie propagandy". Dla flirtu dodałam, że u nich same ministerstwa propagandy i niech mi powie konkretnie, w którym. A. jeździ metrem, żeby "być bliżej swoich ludzi".
Serce w gardle to klisza. Ale to się wtedy czuje. I kiedy telefon nie odpowiada, czuje to się jeszcze mocniej. Udało nam się porozmawiać przez kilka minut po południu, miał pilną robotę. I potwierdził, że znajdował się w okolicy wybuchu. Był przygaszony, nieco zdezorientowany. Kto by nie był.
- Kto stoi za zamachami? To znaczy... co żeście tam wykombinowali? - pytałam już w nocy.
- Czeczeni i głowy bez ciał. Terroryści podróżujący dookoła Moskwy, nie wiedzący dokąd dokładnie podążają, ale wiedzący w jakim celu.
- W razie wątpliwości, mówimy "Czeczeni"?
- A kto, kosmici? Trzy kilo trotylu, chaos i pośrodku tego wszystkiego głowy. Głowy, które sobie czekały spokojnie na to, aż ktoś je znajdzie. Obrazki nie są ładne, nie oglądaj ich.
- Skąd wiadomo, że te akurat te głowy należały do terrorystów?
- Miały na czole takie wielkie, świecące litery, żeby z daleka było widać. Daj spokój. Mieszkam w tym gównie od piętnastego roku życia.
- No to... uważaj na siebie - żegnałam się. - Pamiętaj, że litery zaczynają świecić dopiero po zamachu, a nie wtedy, kiedy przyglądasz się wszystkim współpasażerom.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)