ARNOLD PARSZAWIN ARNOLD PARSZAWIN
66
BLOG

NIEZNANE PRZYPADKI JACKA D. ( I )

ARNOLD PARSZAWIN ARNOLD PARSZAWIN Kultura Obserwuj notkę 0

 

      A więc, tak wyglądam z zewnątrz, z drugiej strony, by tak rzec. Możliwości, jakie daje mi moje aktualne położenie, to jednak coś zupełnie innego, niż obserwować siebie w lustrze, widzieć na zdjęciu czy filmie. I nawet nie w tym rzecz, że często nie przepadamy za swoim obiektywnym wizerunkiem, wydajemy się sobie dziwni, inni niż sądziliśmy, co wywołuje w nas zakłopotanie. A wtedy często mimowolnie gramy coś sami przed sobą i przez jakiś czas udajemy wyższych, lepiej zbudowanych, przybieramy inteligentniejszy, a jeżeli to niemożliwe, przynajmniej sympatyczniejszy, wyraz twarzy. Ale powtarzam, to nie mój problem – w każdym razie nie tu i nie teraz. Tak oto leżę uparcie bez ruchu na miękkiej wilgotnej ziemi w nieśmiałym, mdłym blasku wczesnowiosennego poranka. Wyprostowany, prawie „rozluźniony” z twarzą obojętną pozbawioną emocji, skierowaną do góry, ku zasnutym szczelną powłoką chmur przestworzom. Nade mną wciąż tylko niebo, ale nie czuję się ani oszukany, ani rozczarowany, tym bardziej, że otacza mnie muzyka – tak, jak w tych niezwykłych chwilach, gdy wymyślone kiedyś przez kogoś akordy oddają doskonale stan poruszenia głuchego na co dzień ducha. Żadnych nachalnych, nieważnych dźwięków, żadnych odgłosów przejeżdżających jeden za drugim samochodów. Szczerze mówiąc, wyglądam do bólu banalnie, wyglądam jak regulaminowo zrelaksowany przedstawiciel producenta napojów gazowanych na pięć minut przed przebudzeniem i startem do kolejnego wyścigu o zwiększenie sprzedaży i umocnienie pozycji firmy na rynku. Tylko to miejsce dziwne i cokolwiek niestosowne – zieleniąca się świeżymi źdźbłami łąka położona wzdłuż zapchanej wszelkimi pojazdami w godzinie porannego szczytu drogi. Można by pomyśleć, że tkwiąc tu w bezruchu, gdzieś na jakimś uboczu, ni to zamyślony, ni to zasłuchany, najzwyczajniej w świecie tracę czas, marnuję jakąś szansę na jakiś sukces. Ale to zbyt oczywiste przesłanie, to tylko ogląd z daleka.
 
     Czasem wystarczy odpowiednie przybliżenie obrazu, by odkryć diabła ukrytego w, na pozór co innego znaczących, szczegółach.
 
 
      Właśnie jakaś para młodych ludzi zmierza niepewnie w moim kierunku, z widocznąbezradnością, jakby pozostawiono ich gdzieś na polu minowym i kazano iść dalej pieszo.Ona, chyba odważniejsza, podeszła całkiem blisko, przykucnęła może o dwa metry ode mnie. Nie od rzeczy będzie się przyznać, że zawsze wzbudzałem w ludziach jakiś przesadny respekt. Młoda kobieta przyglądając mi się przez dłuższą chwilę, pełna najgorszych obaw, z niedowierzaniem przecząco pokręciła głową, po czym opadła na kolana i zakryła twarz dłońmi. Jej natarczywie histeryczne spojrzenie przypomniało mi sytuację sprzed wielu lat. To była dla mnie chwila też szczególna, ale w zupełnie innym znaczeniu, a poza tym mało chwalebna. Pierwszy powrót do domu w stanie upojenia alkoholowego. Miałem wtedy osiemnaście, może dziewiętnaście lat. Późny wieczór, po zmroku, tramwaj jadący z centrum Łodzi w stronę Radiostacji. Wagon na szczęście niebył przepełniony, a więc dość ograniczone grono przypadkowych świadków mojego chwilowego upadku - stoję niepewnie gdzieś z tyłu, podtrzymywany przez dwóch trzeźwiejszych ode mnie kolegów, którzy pierwsze doświadczenia z alkoholem mieli już za sobą. Do ciążącej jak ołów głowy wdzierają się tylko strzępy drażniących, migotliwych obrazów mijanych ulic i skrzyżowań aż do chwili, gdy, nie wiedzieć jakim zmysłem, wyczułem na sobie czyjś uparty, niemal piekący wzrok. To była jakaś nieznana mi dziewczyna, ani ładna, ani brzydka, ot jedna z wielu całkiem przeciętnych moich rówieśniczek. W jej spojrzeniu czułem zarazem jakieś natarczywe rozczarowanie moją osobą, ale i równie okrutne współczucie na wyrost. Jej bezradny smutek, mający najwyraźniej jakiś niejasny związek z moim stanem, czynił mnie bardziej bezbronnym, niż typowe dla ludzi w podobnym stanie zawroty głowy. Po wytrzeźwieniu, przez jakiś czas to dziwne spotkanie w tramwaju nie dawało mi spokoju. Nie wiedząc jednak nic o smutnej dziewczynie, całą sprawę uznałem w końcu za pijacki zwid, a samą dziewczynę za rodzaj urojonego, choć całkiem realnego wyrzutu sumienia.
 
     Tymczasem do klęczącej nade mną innej dziewczyny dołączył wreszcie podążający za nią mężczyzna. W jego ruchach dało się zauważyć jakąś rezerwę, co mogło świadczyć o tym, że w przeciwieństwie do swojej towarzyszki potrafił zachować zimną krew. Prawą dłonią objął mój lewy nadgarstek, potem również i on pochylił się nade mną tak, by móc przyłożyć ucho do mojej klatki piersiowej. Pozostając w kuckach wyprostował tułów i patrząc wprost w pytające oblicze swojej partnerki przecząco pokręcił głową. Następnie
powstał i ruszył, obchodząc mnie szerokim łukiem, ku oddalonemu o dobre dwadzieściametrów drzewu, przy którego dorodnym pniu tkwił wrak samochodu. Drzewo życia-drzewo śmierci. Jak to możliwe, że samochód zjechał z szosy, by przebrnąć szmat drogipo miękkim podłożu łąki i rozbić się z hukiem o jedyne w promieniu kilkuset metrów drzewo? Ta albo podobne myśli zajmowały mężczyznę, gdy zbliżał się do tak fatalnego dla mnie drzewa. Niewykluczone, iż jeszcze bardziej zastanowiło go to, co stało się zemną, jak to możliwe, że znalazłem się poza autem, czy wypadłem z niego przed zderzeniem? Czy być może dopiero w jego efekcie, a jeżeli tak, to, w jaki sposób moje zwłoki (nie bójmy się wreszcie nazwać rzeczy po imieniu) znalazły się tak daleko od zmiażdżonego samochodu i na dodatek bez jakichkolwiek widocznych ran i obrażeń? Rozwikłanie tej zagadki zostawmy jednak uprawnionym do tego osobom, które zgodnie zezwykłą procedurą zapewne wkrótce się tu pojawią, by podjąć stosowne w takich razachprofesjonalne czynności. Mężczyzna tymczasem stoi nieruchomo przed wrakiem pojazdu iwsłuchuje się w dźwięki, które towarzyszyły memu gwałtownemu zejściu, a być możetakże w jakimś sensie do niego się przyczyniły: „Once upon a time you dressed so fine...”.Okazuje się, że zarówno głośniki jak i odtwarzacz CD wraz z tkwiącą w nim płytąprzetrwały jakimś cudem miażdżący wstrząs zderzenia. Dlatego zaprogramowany przezemnie podczas jazdy na ciągłe odtwarzanie kawałek „Like a Rolling Stone” teraz, powszystkim, wciąż jeszcze się toczy, brzmiąc niczym niezniszczalny, niekończący sięhymn. Nie będę ukrywał, że od dawna miałem słabość do Dylana, ze szczególnym upodobaniem słuchałem go prowadząc samochód. Nie inaczej było tym ostatnim razem, gdy niczego nieświadomy gnałem ku drzewu mojego przeznaczenia. Zawsze najmocniej działało na mnie pierwsze elektryczne szarpnięcie poprzedzające „once upon a time...”.Obowiązkowo w tym momencie odkręcałem do samego oporu potencjometr głośności a zaraz potem w mojej pamięci powracało zdarzenie sprzed lat, na pozór bez istotnego znaczenia, czy nawet gorzej – bo zważywszy na historyczny czas i miejsce, bezceremonialnie ignorujące rzeczy powszechnie uznane za ważne i przełomowe. To obraz stolika przed toaletą przy wejściu do muzeum PERGAMONU w Berlinie. Na stoliku obok talerzyka z pieniążkami, zresztą przeważnie wschodnioniemieckimi markami, prymitywny, pochodzący zapewne jeszcze z wczesnych lat osiemdziesiątych odtwarzacz kasetowy. Za stolikiem siedzi pani w niebieskim drelichowym fartuchu, sympatyczna pulchna blondynka, uśmiechająca się do każdego, kto doceniając niewdzięczny trud jej pracy kładzie coś na talerzyk. Po luźnym, nieskrępowanym sposobie bycia kobiety widać było wyraźnie, że dobiegająca z magnetofonu dylanowska ballada była dla niej tu tak samo na miejscu, jak tkwiące niewzruszenie w muzealnych salach kamienne rzeźby i fragmenty antycznych budowli. Najwidoczniej za nic miała wszelkie konwencje: zarówno te spisane w formie prawa autorskiego, zakazującego nielicencjonowanych publicznych odtwarzań, jak i niepisaną, ale obowiązującą , zasadę, że każdy rodzaj sztuki ma sobie właściwy, zarezerwowany tylko dla niego, sposób wyrazu i istnienia. W tym przypadku wszystko jednak wydawało się przeczyć tej zasadzie, co skutkowało przedziwnym pomieszaniem z poplątaniem, czymś ze snu wariata. Z jednej strony, serwuje się w szalecie muzeum cokolwiek nachalnie i zbyt głośno nerwowe frazy hymnu pokolenia żyjącego, jak żadne przed nim, wyłącznie dniem dzisiejszym, wyśpiewane przez gościa, o którym przez ostatnie dziesięciolecia powiedziano wszystko dobre i złe – łącznie z tym, że zapewne oszalał, z drugiej strony, kamienna, niema powaga posągów sprzed tysiącleci, wyrażających wiarę w nieśmiertelność piękna, prawdy i ładu, autorstwa mistrzów rzadko kiedy znanych z imienia. Myślę, że coś podobnego mogło wydarzyć się w Berlinie tylko wtedy, gdy niecierpliwie odliczano ostatnie dni trwania NRD. Pamiętam doskonale nieoczekiwany jak objawienie zimny dreszcz, który przeszył mnie, kiedy mijając ów „zaczarowany” stolik prze toaletą, usłyszałem charakterystyczny głos Dylana śpiewającego swoją najbardziej znaną piosenkę. Zdecydowanie było to najsilniejsze moje przeżycie związane ze zwiedzaniem berlińskiego muzeum, i, prawdę mówiąc, o innych (jeżeli w ogóle były) niewiele miałbym do powiedzenia.
 
     Teraz, po wielu latach, prowadząc samochód odczułem dokładnie to samo, co wtedy, ten sam przejmujący zimny dreszcz. A za-raz potem przyszła myśl, że ten zwariowany Żyd jest naprawdę wielki..., zaiste, to jedyny żydowski geniusz...
       Nie wiem, czy zdążyłem przerazić się tą niewypowiedzianą na głos, ale jakże oczywistą herezją, czy zdążyłem jeszcze uświadomić sobie, że być może, ocieram się właśnie o coś brzydkiego, co ktoś na swój sposób czujny i wrażliwy mógłby nazwać paskudnym antysemityzmem. Nie wiem, bo to najgorsze wydarzyło się dokładnie w tym momencie. To stało się jakby na zawołanie, jakby za karę...? Tak naprawdę nigdy nie zastanawiałem się nad geniuszem Dylana w ten sposób. Moje dziwne i być może nieuprawnione odkrycie to był podszyty zachwytem nagły przebłysk, żadna tam analiza porównawcza „na poważnie”- w tych warunkach nie mogło być o tym mowy: nie było na to czasu, nie było takiej potrzeby, ot, całkiem niewinny, może nieco przesadzony wyraz uwielbienia dla wielkiego barda. Skoro jest już po wszystkim, skoro to najgorsze już za mną, nie muszę bać się żadnej prawdy, niczego ukrywać…  Na tych parę chwil od gwałtownego zjechania z drogi do uderzenia w pień drzewa w przedziwny sposób, nie tracąc świadomości, straciłem panowanie nad autem, stając się jedynie jego bezwolnym i bezradnym pasażerem, przeczuwającym, że całkiem nieoczekiwanie, absolutnie lekkomyślnie naraziłem się jakiejś potężnej bezlitosnej sile, co wystawiło mnie na nieuchronne, wręcz śmiertelne niebezpieczeństwo. To było tak, że w chwili przejścia nie czułem ani strachu, ani bólu, ani przerażenia. To, co czułem, to był skondensowany do ułamka sekundy rozpaczliwy żal. Nie chcę się skarżyć, ale odchodziłem w poczuciu jakiejś krzywdy i niesprawiedliwości, bo przecież nie dano mi żadnej szansy na obronę, na wytłumaczenie się, że to tylko taka sobie myśl, zwykła intuicja bez żadnych życiowo ważnych konsekwencji, nie mająca nic wspólnego z antysemityzmem – w końcu sam, uwielbiony przeze mnie, Dylan jest Żydem. Wszystko stało się tak nagle i nieodwracalnie. No i, co by nie myśleć, jakaż piramidalna niewspółmierność domniemanej kary do rzekomej winy. Bo gdyby od tak sobie uśmiercać każdego, komu przyjdzie do głowy coś głupiego, niesłusznego albo nieprawomyślnego, ludzkość wymarłaby jeszcze przed mamutami. Z drugiej strony nie można jednak wykluczyć, że był to wyrok opatrzności, że to Najwyższy uznał za stosowne, przywrócić światu ład moralny, karząc mnie natychmiast za popełnienie śmiertelnego grzechu antysemityzmu. Tego wciąż jeszcze nie wiem, wiem jednak, że według nowego, poprawionego jakiś czas temu na poprawny, dekalogu po pierwsze: „nie powiesz ani (jednego) słowa złego przeciw starszemu w wierze bratu twemu” – a to daje do myślenia. Jeszcze więcej do myślenia daje, że w moim przypadku wystarczyła jedna niewinna(?) myśl.
      No ale, z innej jeszcze strony, Wszechmogący ulegający zasadom politycznej poprawności? Czyż to nie sprzeczność sama w sobie? Czy aby nie wznieśliśmy się na szczyty absurdu? A cóż z innym sztandarowym przykazaniem poprawnego dekalogu, wykluczającym karę śmierci poza nawias cywilizowanego prawodawstwa. Wydaje się, że ktoś wyćwiczony w rozwiązywaniu podobnych umysłowych szarad wskazałby dwie możliwe odpowiedzi:... albo Wszechmogący ma problem z niektórymi najnowszymi trendami (znów ta niepokojąca sprzeczność), za co przyszło mi zapłacić tragiczną cenę, albo owszem kara śmierci również w planie boskim jest nieakceptowalna, ale w drodze absolutnego wyjątku, w przypadku naruszenia pierwszego przykazania nowego dekalogu, usprawiedliwiona, co byłoby koronnym dowodem na całkowity prymat przykazania nr 1 nad wszystkimi pozostałymi.
     Chwilowo wątpliwości się mnożą, ale jeszcze trochę i wszystko zapewne się wyjaśni.
 
      W pobliżu moich zwłok pojawiło się kilka nowych twarzy, tak że, można już nawet mówić o otaczającym mnie tłumie. Wśród zebranych szczególną ruchliwością, by nie rzec obrotnością, wyróżniał się chłopiec o bardzo jasnej czuprynie w wieku może dziesięciu lat. Zwinnie, bez przesadnego szacunku dla starszych przepchnął się do pierwszegoszeregu gapiów. Odważnie, choć już z mniejszą pewnością, wyciągnął rękę w moją stronę,z wyraźnym zamiarem czegoś, na co nikt inny z otaczających się nie ważył – chciał mnie dotknąć, chciał dotknąć nieboszczyka. I pewnie poczułby, jak to jest, mieć pod palcami czyjeś martwe ciało, gdyby nie zdecydowane pojawienie się tuż za nim kobiety, prawdopodobnie jego matki, która gwałtownym szarpnięciem za ramię postawiła jego niedużą sylwetkę do pionu a następnie równie bezceremonialnie odciągnęła go na bok. Chłopiec, w którego oczach pojawiły się łzy, głośno protestował. Delikatna, a przy tym pewna siebie i wyraźnie nieznosząca sprzeciwu, twarzyczka złością i nabzdyczeniem wyrażała bezkompromisowy bunt przeciwko arbitralnemu ograniczaniu przynależnego mu najświętszego prawa do nieskrępowanego rozwoju dziecięcej wrażliwości. Zarówno nienagannie ułożona, pomimo szarpaniny z matką, blond fryzura jak i, raczej niespotykana u dzieci, w przedziwny sposób jednocześnie czujna i zblazowana fizjonomia nieodparcie przypomniały mi znany ze zdjęciowych portretów charakterystyczny wyraz twarzy Andy Warhola.
 
       Wkrótce po pojawieniu się na miejscu wypadku dwóch umundurowanych funkcjonariuszy grupa skupionych wokół mnie ciekawskich rozpierzchła się. Niektórzy powrócili do pozostawionych przy drodze samochodów i odjechali, inni, ciągle głodni wrażeń wycofali się do tyłu, by z bezpiecznej odległości obserwować dalszy przebieg zdarzeń. Natomiast w minach obu przybyłych policjantów trudno byłoby doszukać się czegoś więcej niż zawodowej rutyny. Obaj wyglądali na ludzi pozbawionych nie tylko emocji, ale i wszelkich innych nieprofesjonalnych właściwości. Czynności, które podjęli były tak banalne, że im mniej słów im poświęcę, tym lepiej dla zachowania godności należnej mojemu położeniu. Dlatego, w momencie, gdy cierpliwie pukam do nieba bram, wydaje mi się na miejscu, by powrócić do przerwanego wątku „jedynego żydowskiego geniusza”. Dlaczego Dylan? Bo, poza tym, że tworzył świetne piosenki, to przy okazji stając się niekwestionowanym idolem zbuntowanego pokolenia, potrafił zbuntować się przeciwko roli, którą mu arbitralnie przypisano. On chciał tylko pisać i śpiewać, żyć i błądzić po swojemu, na swoją wyłączną odpowiedzialność. Nie widział natomiast powodu, by brać odpowiedzialność za pokolenie, które, jak się zresztą okazało, walczyło ostatecznie tylko o nieograniczone prawo do dobrej zabawy. Oparł się fali, jaka wyniosła go na sam szczyt, oferując mu wyjątkowo komfortową pozycję w społeczeństwie, które w całości poddało się fali. Dylan tej oferty nie przyjął – w tym jego wielkość i geniusz. A na drugim żydowskim biegunie np. taki Einstein, powszechnie uznawany za najgenialniejszy umysł naszych czasów, od siebie dodam: pierwsza i największa w dziejach medialna wydmuszka. Przypadek teorii Einsteina to według obowiązującej wykładni wyjście ludzkiego rozumu poza dotychczasowe granice poznania. I w istocie, jej akceptacja jako wiedzy słusznej i obowiązującej to prawdziwy przełom, tyle że o zupełnie innych konsekwencjach, oznaczających rezygnację w najbardziej z empirycznych nauk z racjonalnych, sprawdzalnych przez doświadczenie przesłanek na rzecz czysto teoretycznych spekulacji, wiodących do całkowicie wirtualnych wniosków. Magiczne einsteinowskie „e=mc2” ta mistyczna formuła, wyuczona na pamięć przez nieprzebrane rzesze ludzi, światłych i wykształconych, ale jednak maluczkich, pełni funkcję nieprzeniknionego naukowego zaklęcia, podanego bardziej do wierzenia niż zrozumienia, popartego autorytetem uniwersyteckiego sanhedrynu, złożonego z kolegów i uczniów uznanego za geniusza fizyka. Rzecz niesprawdzalna, bo póki co nikt jeszcze, poruszając się z prędkością światła, nie znalazł się na niebezpiecznym zakręcie zwanym zakrzywieniem czasoprzestrzeni. Fantazje nawiedzonego faceta o nieprzeciętnej inteligencji i bardzo oryginalnej fryzurze, dla odpowiedniego efektu ubrane w formę wielkiej syntezy, bo objawione światu w czasach, gdy nic nie miało takiej siły wyrazu, jak powszechnie niezrozumiałe naukowe teorie. Coś w stylu bajania o „wielości rzeczywistości”, czy „przestrzeni o nieograniczonej liczbie wymiarów. Na innym polu rzecz porównywalna z puszką zupy pomidorowej „namalowaną” z nieprzeciętnym talentem przez geniusza awangardowej autokreacji, Andy Warhola (co ja tu znów z tym Warholem? Chyba przesadzam – wygląda, jakbym się gościa czepiał, jakbym miał coś przeciw niemu, a to przecież też postać, co by nie myśleć, kultowa – gdyby nie to, że próg śmiertelności mam już za sobą, mógłbym popaść w nowe tarapaty). To i temu podobne kuglarskie wytwory tego sztukmistrza z Nowego Jorku zostały wyniesione do rangi arcydzieł przez grono bardzo kompetentnych a przede wszystkim bardzo wpływowych osobników pisujących w charakterze znawców do najbardziej opiniotwórczych amerykańskich gazet. Ci panowie, prywatnie bywalcy tych samych, co ich popartowskie bożyszcze, kultowych klubów, tak samo jak on gustowali w nie zawsze tylko „lekkich dragach”, a w końcu, co zapewne nie bez znaczenia, wielu z nich podzielało jego zatwardziałe, „czysto męskie” upodobania seksualne.
 
       Pora kończyć już wątek żydowskich geniuszy, i nie dlatego, że temat się wyczerpał, bo, jak wiadomo, ten temat nie ma początku, ani końca. Nie dlatego też, że za sprawą jednego z policjantów umilkł właśnie odtwarzacz we wraku samochodu, przerywając tym samymmoją ziemską przygodę z twórczością Dylana i jeśli będzie miała ona jeszcze jakiś ciąg dalszy, to już gdzieś na wysokościach, czy, jak to wyobrażają sobie inni, na kresach czasoprzestrzeni. Kończę, bo na miejscu wypadku pojawił się ambulans, z którego zaraz potem wyszło trzech mężczyzn. Jeden z nich w przeciwieństwie do dwóch pozostałych ubrany całkiem na biało pospiesznie skierował się ku moim zwłokom. Po szybkim sprawdzeniu pulsu a potem reakcji źrenic na światło wykonał jakiś gest ręką w stronę swoich towarzyszy w pomarańczowych skafandrach, którzy natychmiast oddalili się do ambulansu. On sam podszedł do stojącego tuż obok policjanta, by uzyskać informacje dotyczące tożsamości zmarłego i ze swojej strony oficjalnie potwierdzić jego zgon. Po chwili na miejsce mojego przejściowego spoczynku powrócili sanitariusze. Jeden z nich przyciągnął stalowy wózek na gumowych kółkach, drugi przyniósł ze sobą czarną zrolowaną folię, która po rozłożeniu okazała się zaopatrzonym w ekspres z suwakiem workiem na zwłoki. Mężczyźni, nie oglądając się na dalsze dyspozycje ze strony lekarza, sprawnie unieśli mnie do góry, by zaraz potem położyć tuż obok, ale już wewnątrz rozpiętego worka. Potem znów unieśli, ale tym razem dużo wyżej tak, by mogli ułożyć worek z ciałem na płaskiej powierzchni wózka. Pochylony nade mną sanitariusz z beznamiętnym wyrazem twarzy ujął suwak ekspresu i jednym zdecydowanym ruchem ręki zamknął mnie w czarnej foliowej czeluści. Znalazłem się w sytuacji niepozostawiającej żadnych złudzeń. Jeżeli, w co wierzę, coś kiedyś rozjaśni otaczający mnie teraz nieprzenikniony mrok, jeżeli kiedykolwiek na końcu tunelu pojawi się jakiś jasny punkt, to nie będzie to już światło, to na pewno będzie światłość.
 
 
 
 
 
 
 
 

znany z tego, że jest nieznany

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura