ARNOLD PARSZAWIN ARNOLD PARSZAWIN
59
BLOG

NIEZNANE PRZYPADKI JACKA D. ( III )

ARNOLD PARSZAWIN ARNOLD PARSZAWIN Kultura Obserwuj notkę 0

 

    Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, wiosna to najpiękniejszy czas w życiu człowieka. Dopóki potrafimy to odczuwać, dopóty tak naprawdę jesteśmy młodzi. Gdy już tylko to wiemy, bo jeszcze pamiętamy, ale już tego nie czujemy, niestety wszystko wskazuje na to, że ta prawdziwa wiosna już się dla nas skończyła. Czy ktoś potrafi bezbłędnie i ponad wszelką wątpliwość wskazać ten krytyczny moment, tę ostatnią prawdziwą wiosnę w swoim życiu? Sądzę, że to nie tylko kwestia pamięci, ale nade wszystko odwagi. Oczywiście, wiem, powinienem w pierwszym rzędzie zadać sobie samemu to pytanie.
 
     Cóż, pamiętam te wiosny, kiedy po zimie, zawsze, jak to wtedy bywało, zbyt długiej, srogiej i uciążliwej oddychało się wreszcie pełną piersią, gdy w nozdrza wreszcie uderzał zapach ziemi przesyconej wodą z topniejącego śniegu i lodu, gdy nie sposób było nie zmrużyć oczu po wyjściu z czterech ścian na otwartą przestrzeń w słoneczne marcowe czy kwietniowe południe, by potem przez chwilę po otwarciu powiek widzieć otaczający świat, po ludzku ułomny czy może nawet szkaradny, w lepszym - bo kryształowo przejrzystym świetle. No i to naiwne niewzruszone przekonanie, że właśnie zaczyna się jakiś lepszy czas ofiarowany nam przez naturę. I nawet jeżeli nie będzie trwał wiecznie, chociaż w tej chwili wiosennego oszołomienia gotowi jesteśmy w to wierzyć, to i tak naturalny porządek rzeczy przecież gwarantuje, że powtórzy się jeszcze w naszym życiu wiele razy a każdy następny raz zdaje się obiecywać coraz więcej, otwierać coraz większe możliwości. Możliwości czego? No właśnie, wydaje się, że wiara w nieograniczone, a przy tym całkowicie nieokreślone, możliwości to z kolei pełna definicja niedojrzałości.
     W tym miejscu przypomina mi się dawno temu czytane opowiadanie, w którym narrator jednym zdaniem tak oto charakteryzował swojego bohatera: „Adam był w wieku, w którym człowiekowi wydaje się jeszcze, że mógłby mieć wszystkie kobiety, w każdym razie wszystkie kobiety w mieście…”
 
     To była właśnie jedna z tych wiosen, może nawet ta najważniejsza. Popołudnie, jeden z ostatnich dni marca 1982 r.
     Jeśli w historii mojego pokolenia był czas, oceniany przez wszystkich tak samo źle, który, bez przesady, niemal każdemu dał odczuć, na czym polega smród życia, to bez
wątpienia był to właśnie ten moment. Apogeum jaruzelsko-peerelowskiego syfu – komunizm w końcowym stadium w swoich najpaskudniejszych przejawach: z przemocą, bezprawiem i kłamstwem ale i odorem taniej wódki na kartki, której smak mój kolega zwykł opisywać w niewyszukanych słowach „tfuu, ale nafta!”, z cuchnącymi spalinami z pojazdów samochodopodobnych napędzanych etyliną 86, zresztą też reglamentowaną. Co tu dużo mówić, przeżuwane zbiorowo przez kolejne pokolenie obywateli Polski Ludowej poczucie beznadziei z podobnymi perspektywami na następne dziesięciolecia.
 
    Z drugiej strony jest też jednak uroda życia, mimo wszystko. W tamtych warunkach,to mogła być tylko eksplozja wiosny, nagła jak cud, sensacyjnie powabna, dająca, jakżeby inaczej, chwilowe i oczywiście nieokreślone poczucie nieograniczonych możliwości. Odczuwana wszystkimi zmysłami w drżeniu ciągle jeszcze chłodnego, ale przesyconego słoneczną jaskrawością, powietrza.
 
      Po skończonym wykładzie z filozofii opuściliśmy bibliotekę uniwersytecką i ruszyliśmy ku najbliższemu przystankowi tramwajowemu w kierunku centrum. D. ku mojemu wdzięcznemu zaskoczeniu wystarał się o dwa karnety na „Przegląd Współczesnego Kina Amerykańskiego”. Szczerze powiedziawszy, to w ogóle nie podejrzewałem go o jakieś specjalne zainteresowanie sztuką filmową, współczesną, amerykańską, czy jakąkolwiek. Jednak po trwającym od ogłoszenia stanu wojennego, zarządzonym przez reżim, embargu na dzieła powstałe w lepszym, czy gorszym, ale wolnym świecie każdy kontakt z kulturą Zachodu, dającą wytchnienie od prymitywnej propagandy, był jak wyjście z dawno niewietrzonej ubikacji na świeże powietrze. Zapewne D., jak ja i chyba każdy wtedy, czuł i rozumiał, że należy skorzystać z pierwszej od kilku miesięcy nadarzającej się okazji. Miejsce, w którym odbywał się przegląd w żadnym razie nie było przypadkowe, można wręcz powiedzieć, że było symboliczne. To nieistniejące już dziś kino DKM. Nazwa niewinna, bo zapewne większości łodzian dziś już nic nie mówiąca, tymczasem DKM to Dom Kultury Milicjanta. Oczywiście w „normalnych” czasach PRL-u podobne, uchodzące za ambitne, imprezy kulturalne odbywały się zawsze w najbardziej prestiżowych kinach miasta, z reguły był to „BAŁTYK”. A że czas był wyjątkowy, można by rzec, czas mężów opatrznościowych w niebieskich i zielonych mundurach, to pionierskie zadanie przywracania Polakom dorobku cywilizowanego świata przypadło w udziale właśnie placówkom należącym do resortu bezpieczeństwa. Taki tam sposób na poprawienie sobie, jeżeli nie wizerunku, to przynajmniej humoru przez wojskowy reżim, a wszystko to z całkowitą gwarancją, że kulturowy „eksperyment” pozostanie pod pełną kontrolą i nie wydarzy się nic niepożądanego.
 
      Przejechaliśmy kilka przystanków pełnym pasażerów, jak zawsze w godzinach południowych, tramwajem, by wysiąść na skrzyżowaniu Narutowicza i Kilińskiego. Do przejścia pozostał nam odcinek do ulicy Sienkiewicza a potem jeszcze kilka dobrych przecznic w dół. Idąc jeden obok drugiego, bez pośpiechu, do rozpoczęcia projekcji mieliśmy jeszcze co najmniej pół godziny, poddani działaniu ostrego przedwiosennego światła i powietrza, mijaliśmy dobrze nam znane skwery, budynki, kamienice i skrzyżowania.
     Nasze twarze, chociaż przecież młode, to jednak przygaszone i spięte, odzwierciedlałyniewesołe doświadczenia ostatnich miesięcy. Marnym pocieszeniem, ale zawsze, było to, że właśnie kończyła się pierwsza zima stanu wojennego. Od niedawna uczelnie wznowiły zajęcia i mogło się wydawać, że najgorsze już za nami. Oczywiście najważniejszym tematem naszych studenckich rozmów była sytuacja w kraju pod żelaznymi rządami wojskowego reżimu, a zwłaszcza zmiany, wymuszone przez nią na naszym uniwersytecie. D., jak przystało na osobę dobrze poinformowaną, sypał nazwiskami nowych funkcjonariuszy delegowanych przez partię do zarządzania uczelnią, a co ciekawsze wymieniał także esbeckich tajniaków na wydziale filologicznym, o których wcześniej czy później mogliśmy się otrzeć jako studenci polonistyki.
     Dotarliśmy do kościoła vis a vis placu Komuny Paryskiej, co oznacza, że znaleźliśmy się w końcu na Sienkiewicza. Tyle już razy wcześniej zdarzało mi się tędy chodzić, nie przeczuwając, że stąpam ulicą swojego przeznaczenia.
 
      Dziś, gdy równie często przejeżdżam tą samą drogą samochodem, już tego nie czuję, ale ciągle doskonale pamiętam słodko-gorzki smak wciąż niespełnionych możliwości. Jakiś czas temu, dość dawno, gdy zdarzało mi się mieszkać daleko od swojego rodzinnego miasta, o czym długo marzyłem, zawsze wracałem tu szybciej niż powinienem, z ulgą, radością i z jedynym zyskiem – przekonaniem, że wracam do domu. Dziś, gdy nie ma już we mnie pędu do obcych miejsc i owszem czuję się tu jak najbardziej u siebie, dręczy mnie przygnębiająca pewność, że w mieście, w którym się urodziłem i mieszkam, żyję wśród ludzi wolnych od złudzeń co do świata, swojego w nim miejsca, co do bliźnich i siebie samych. Obawiam się, że ta wolność jest również moim udziałem, chociaż mimowszystko to raczej wynik upływu czasu, niż tamto naiwne poczucie beznadziejności z lat wiary w nieograniczone możliwości, kiedy to stercząc na przystankach w różnych miejscach Łodzi w oczekiwaniu na tramwaj czy autobus przyglądałem się odartym z godności ponurym kamienicom po drugiej stronie ulicy, myśląc, że ich rozpaczliwa dewastacja trwa już dziesięciolecia i zapewne trwać będzie do końca świata, w każdym razie, mojego świata.
 
     Minęło dwadzieścia pięć lat – jak się okazało, do końca świata zbyt mało, jeśli idzie o moje życie – wystarczająco dużo.
 
      Zaniedbane przedwojenne kamienice z ciemnymi odrapanymi klatkami schodowymi,mrocznymi, brudnymi bramami, za którymi kryją się ciasne, pokracznie obudowane drewnianymi komórkami podwórza ze wspólnymi wychodkami to jeden ze znaków firmowych mojego miasta. To także jeden z łódzkich motywów nawiedzających mnie od czasu do czasu w sennych koszmarach. Ich kulminację odczuwam zawsze jak paraliżujące przerażenie, gdy znajduję się na szczelnie zabudowanym kilkupiętrowymi budynkami podwórku i męczy mnie natrętne przeświadczenie, że z jakichś powodów skazany jestem na spędzenie w tym przytłaczającym otoczeniu reszty życia.
 
     Sen drugi, bardziej odrealniony, choć też koszmarny, to obraz monstrualnego wyludnionego miasta zamykającego z czterech stron kamiennymi schodami ogromny kwadratowy plac, położony głęboko w dole. Powyżej na poziomie ponad schodami wznoszą się potężne, ciężkie gmaszyska w stylu lodowatego hitlerowskiego pseudoklasycyzmu przyozdobione jakimiś roślinnymi ornamentami, ale także rzeźbami groźnych i dostojnych stworów, tyle że równie wyolbrzymionych i wynaturzonych, co architektoniczne pomysły rodem z III Rzeszy. Choć w realnej Łodzi, w przeciwieństwie do miasta z moich koszmarów, nie ma ani przepastnych pustych przestrzeni, ani przytłaczających zwalistych budowli, to jednak w żadnym razie nie można o niej powiedzieć, że jest przytulna czy urokliwa. Może nie jest to dryfujący okręt widmo, ale na pewno też nie wygodny jacht z pretensjami do luksusu, co najwyżej mocno nadwyrężona, pokryta glonami barka z nie zawsze trzeźwą załogą.
 
     Łódź narodziła się z grzechu, jak dziecko poczęte tylko z żądzy męża - to miasto zbudowano na samej żądzy zysku. Bez zauroczenia wysokim brzegiem rzeki, na którym rozczesywała swe bujne włosy pierwsza czy może ostatnia już dziewica, gdzie podczas polowania jakiś książe darował życie białemu jeleniowi o niespotykanie bogatym porożu. Tu po prostu było dość miejsca, czystej wody i rąk do pracy, by postawić jedną, dwie, dziesięć fabryk. A wszystko to w czasach maszyny parowej i telegrafu. Za późno na jakąkolwiek uświęcającą mitologię, tylko ciężka prymitywna praca dla chwały i bogactwa prostackiego kapitału. To miasto od zawsze było zbyt robotnicze. Było zbyt robotnicze nawet w czasach realnego socjalizmu dla rządzącej partii robotniczej. Poprzedni ustrój, jak wiadomo, był w stanie twórczo rozwinąć każdą patologię do stadium ostatecznego wynaturzenia. W przypadku Łodzi skutkowało to tym, że w ciągu dziesięcioleci z miasta tradycyjnie proletariackiego coraz bardziej stawała się lumpenproletariackim, czego paradoksalnie najłatwiej doświadczyć w samym centrum, gdzie nadreprezentacja ludzi z drewnianym wyrazem twarzy wydaje się być szczególnie niestosowna, a przez to szczególnie rzuca się w oczy. I żeby nie było wątpliwości, to nie jest opis stanu historycznego - chociaż dla niektórych to może być bardzo bolesne, ale tutaj czas teraźniejszy jest jak najbardziej na miejscu. Mam przykre wrażenie, graniczące z pewnością, że powrót do kapitalizmu jeszcze bardziej wyostrzył to wstydliwe oblicze Łodzi, bo usankcjonował ubóstwo i brzydotę jako coś normalnego, coś co w gruncie rzeczy nie trzeba traktować jako problem, co najwyżej koszt transformacji, który warto zapłacić za powrót do normalności. W poprzednim ustroju postawa życiowej bezradności, oczywiście wszechobecna, traktowana z powszechnym zrozumieniem i pobłażaniem, była raczej życiowym wyborem i nie powodowała dla dotkniętych nią automatycznie aż tak rozpaczliwych konsekwencji. Lump z czasów PRL-u był obibokiem unikającym jakiejkolwiek pracy. Jednak jego styl i materialny poziom bycia nie musiał wcale odbiegać od egzystencji szarego, ciężko i uczciwie pracującego, ale mniej zaradnego, przedstawiciela klasy robotniczej. Obaj ubierali się podobnie, obaj nie używali tych samych kosmetyków, obaj mieszkali w ciasnych, przepełnionych komunalnych mieszkaniach, nierzadko byli dla siebie nie tylko sąsiadami ale i kompanami do kieliszka. Dziś, o dziwo, jest normą, że ludzie wykonujący najcięższą, najbardziej niewdzięczną, ale bez wątpienia potrzebną pracę - wszelkiego rodzaju złomiarze i śmietnikowcy to zazwyczaj bezdomni, walczący o przeżycie każdego kolejnego dnia, ludzie odrzuceni, tzw. margines. Na moje społeczne wyczucie, nie mogę powołać się tu na żadne wiarygodne badania, bo takowe nie są mi znane i zapewne nie były i nie są prowadzone, ten łódzki margines to może być nawet jakieś 20% mieszkańców miasta. Dużo? Ot, taka miejscowa socjologiczna osobliwość. Ostatecznie jest wiele metropolii odróżniających się od pozostałych jakimś nietypowym składem społecznym. Dla przykładu można by wspomnieć choćby Berlin, gdzie połowa obywateli to ludzie Wschodu, a druga Zachodu. W Paryżu, jak wiadomo, co najmniej 99% mieszkańców przez całe życie pozostaje w stanie miłosnego zauroczenia, jeżeli nie jakąś drugą osobą, to przynajmniej samym sobą. Czy dajmy na to, takie San Francisco, gdzie, podobno, co piąty kocha inaczej. Znaleźć się w takim gronie to żadna ujma, choć trzeba przyznać, że konkurencja, w której Łódź wydaje się nie mieć sobie równych jest mało „trendy”. Znamienny jest brak zainteresownia tą łódzką specyfiką ze strony, by tak rzec, czynników oficjalnych: socjologów, lokalnych mediów, polityków, władz. Politycy przezornie nie biorą na swoje barki zobowiązań, o których z góry wiadomo, że są niewykonalne, poza tym odwiecznym zwyczajem są zainteresowani przedstawianiem świata pod swoimi rządami tylko w jego lepszych, jaśniejszych aspektach. By się przekonać, jak istotny i narzucający się to element wizerunku miasta, wystarczy zaprosić do Łodzi na kilka dni kogoś z zewnątrz – niewygodnych pytań nie da się uniknąć, wypłyną szybko i dość brutalnie, bo nie będzie to raczej konwencjonalna rozmowa o zabytkach, czy jakiś tam obojętnych ciekawostkach, ale o wciąż żyjących ludziach, tyle że otoczonych łatwo wyczuwalną aureolą śmierci. Temat, owszem, może literacko nośny, ale jakże trudny i niebezpieczny. Pewnie dlatego przemilczany i nieobecny. W łódzkich warunkach przerastający zarówno tytanów pracy organicznej jak i społecznie wrażliwych wizjonerów, cóż dopiero szarych mieszkańców szarego miasta.
      Jak nie pomylić szacunku dla wybranego przez kogoś sposobu na życie z obojętnością na ludzką bezradność, jak okazać współczucie czując strach i obrzydzenie, czy dając naprawdę pomagamy potrzebującym, czy tylko obłudnie uspokajamy swoje sumienie, czy możliwa jest skuteczna pomoc bliźniemu bez całkowitego poświęcenia się, bez dogłębnego wniknięcia w jego życie, czy ktoś ma prawo oczekiwać od kogoś aż takiego poświęcenia, czy aby pomoc socjalna w rzeczywistości nie demoralizuje, stając się łatwym łupem dla wykazujących się minimalną zaradnością cwaniaków? Być może tutejsza specyfika polega też na tym, że gdzie indziej ludzie nie mają podobnych dylematów, nie zaprzątając sobie głowy zbędnymi pytaniami całkiem praktycznie i naturalnie pomagają ludziom w potrzebie, wspierając na miarę swoich możliwości istniejące od pokoleń wyspecjalizowane w działaniach dobroczynnych organizacje.
 
     Klimat rodzinnego miasta, nie ten geograficzny, ten społeczny, międzyludzki odnalazłem jakiś czas temu w pewnym niewątpliwie ciekawym miejscu, daleko stąd. Neapol to bez dwóch zdań jedno z najbardziej śródziemnomorskich miast w Europie i już choćby z tego powodu wydaje się przynależeć do całkiem innego świata. Zbudowane przed wiekami, u zarania dziejów na pięknie położonej nadmorskiej skale tuż pod wulkanem i jeśli tylko wulkan milczy to mógłby to być raj na ziemi, miejsce obdarzone przez bogów mitologią a przez naturę egzotyką. Niewątpliwie mieszkańcy tej metropolii potrafią cieszyć się życiem, dostrzegają jego urodę, czerpią z niego garściami – może chętniej niż inni i z większym wdziękiem. A jednak gnębi ich w tym samym stopniu ta sama znana mi skądinąd przypadłość. Ze skalistych szczelin wydobywa się jak zapach siarkowodoru, nie dający się ani usunąć, ani zagłuszyć, smród życia. Pogodzeni i oswojeni, nauczyli się nim nie przejmować, przyjmują go jak zrządzenie losu, z którym się nie walczy, bo szkoda krótkiego życia, które i tak jest piękne. Każdy tu wie, że zdobycze wielowiekowej cywilizacji to powód do dumy i chwały, ale jednak życie rządzi się swoimi odwiecznymi wilczymi prawami. Co jest źródłem tego uciążliwego odoru? Mimo wszystko chyba to coś więcej niż bieda, której tu nie brak. Mimo wszystko to nie twarda walka o byt utrwaliła jakiś groźny grymas zacięcia na wielu twarzach a w spojrzeniu niejednego mieszkańca wyraz bezwzględnej hardości. Zdaje się, że to jakieś inne fatum, dziedziczone od pokoleń nieszczęście, o którym się raczej przesądnie i przezornie milczy, bo przecież ostatecznie da się z nim żyć, jeśli tylko się przestrzega surowych niepisanych, ale powszechnie znanych reguł. To, że nie przystają do spisanych paragrafów, to tak naprawdę problem innych, obcych arogantów z lepszego świata, usiłujących narzucić swoje, rzekomo wyższe i zdrowsze, normy i instytucje, które może sprawdziły się gdzieś tam, ale czy muszą tutaj? Tę neapolitańską przypadłość dobry Bóg w znacznym stopniu złagodził ciepłym słonecznym klimatem, wbrew wszystkiemu pogodnym i głodnym życia temperamentem mieszkańców no i w końcu tradycyjną śródziemnomorską kuchnią. Pomimo licznych wymienionych przewag życie tutaj w jednym zasadniczym punkcie przypomina mi to, czego doświadczam w rodzinnym mieście – obie metropolie borykają się ze swoim lokalnym fatum, które rozpaczliwie usiłują ignorować, przekonując, że są tak samo dobrymi i przyjaznymi miejscami do szczęśliwego, normalnego życia, jak każde inne na ziemi. Tymczasem ja wiem, że tak naprawdę są całkiem wyjątkowe. I gdyby tak ujrzeć Neapol w Łodzi, czy bardziej właściwym byłoby umrzeć z zachwytu, czy z przerażenia?
 
 
 
 
 
 
 

znany z tego, że jest nieznany

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura