Na blogu SALOON napisałem (18 sierpnia 2008) tekst o trollach. O kreaturach podłej wiary.
Tu, od razu, trzeba definicyjnie rozszerzyć pojęcie trolla. KMIOTA Z ZASADAMI. Jak rozumiem człowieka tak nazywanego. A trzeba rozszerzyć, ponieważ gdy mówię TROLL, to mam na myśli nie tylko jego bezczelną bufonadę i nonszalancję, ale przede wszystkim chodzi mi o jego celową, prowokacyjną, a w rezultacie - szkodliwą działalność komentatorską.
Wczoraj napisałem i był to tekst o perfidnym łamaniu ludzi. O SB, TW , o pogłoskach i domniemaniach, o spekulacjach i dowodach bez faktów. Był to tekst o makiawelicznych szantażach. O stawianiu werbowanych pod ścianą konieczności dokonywania ZŁEGO wyboru: albo będziesz TW, albo twój syn, córka, ojciec, nie będzie miał operacji i umrze bez naszej pomocy.
Po opublikowaniu tego posta pojawił się komentarz świadczący o tym, że jego autor nie zrozumiał, o czym napisałem. Przeciwnie, wygłówkował sobie, że jestem za gloryfikacją SB. Nie muszę mówić, że komentarz ten wkurzył mnie znacznie. Ale i rozbawił też.
Od paru lat bloguję. Podkreślam: bloguję, a nie - b l A g u j ę . Przedtem na Onecie, teraz tu.
Jakie są moje polityczne i literackie poglądy, wiedzą ci wszyscy, którzy mnie czytają. Od początku byłem zdania, że nasza NIEPODLEGŁOŚĆ, to złudzenie, że zmarnowaliśmy na nią szansę, że w dalszym ciągu pielęgnujemy w sobie P.R.L., że nadal jesteśmy niewolnikami socjalistycznych przekonań i lewicowej mentalności, że nie dokonujemy istotnych przemian ustrojowych, tylko zajmujemy się demagogicznym ględzeniem o nich.
Pisałem o agresji, znieczulicy, integracji. Od początku zajmowałem się absurdami naszej przerośniętej biurokracji, ustawowymi bublami, niedziałającą Służbą Zdrowia, rachitycznym wychowaniem, niedoinwestowaną nauką. Tym, co mamy do nadrobienia i tym, co nam przeszkadza wyjść z obecnego inkubatora.
Ale co z tego, skoro te teksty czytają komentatorzy podobni do wczorajszego, do trolla posądzającego mnie o wyrozumiałość dla ludzi honoru z SB?
Komentarze
Pokaż komentarze