Wielkiej niespodzianki nie było. Zgodnie z przewidywaniami pierwszym „prezydentem” Unii Europejskiej został były belgijski premier Herman van Rompuy, człowiek którego nazwiska większość Europejczyków będzie musiała dopiero się nauczyć.
Jego wybór mówi wiele o typowym dla unijnej polityki sposobie zawierania kompromisów. Mimo długich dywagacji o potrzebie znalezienia polityka wyrazistego, potrafiącego wykazać się charyzmą i zdolnościami przywódczymi ostateczna decyzja okazała się raczej wypadkową interesów największych graczy na unijnej scenie.
Polskiego postulatu, by dokonać przeglądu wszystkich kandydatów i dopiero na tej podstawie dokonać wyboru nie wzięto pod uwagę. Zamiast tego przed ostatecznym wyborem Fredrik Reifeldt, premier Szwecji sprawującej półroczne przewodnictwo Unii, ustalił wspólne stanowisko z przywódcami Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. To zaś z góry przesądziło o wyborze kandydata kompromisowego, który przede wszystkim gwarantuje równowagę interesów dużych państw unijnych.
>>> Catherine Ashton szefem dyplomacji UE, Herman Van Rompuy szefem Rady UE
Złośliwi twierdzą wręcz, że van Rompuy w swojej nowej roli będzie co najwyżej kimś w rodzaju sekretarza Komisji Europejskiej. Od początku sprawowania nowego urzędu będzie więc musiał przekonywać Europę, że bynajmniej nie jest statystą o niepozornej fizjonomii, za to z szacownym tytułem.
Także osadzenie stanowiska unijnego „ministra spraw zagranicznych” wydaje się wypadkową gry politycznej głównych unijnych stolic. Gdy delegacja brytyjska zgodziła się na rezygnację z obstawania przy kandydaturze Tony'ego Blaira mogła „przehandlować” swoje ustępstwo żądając stanowiska koordynatorki unijnej polityki zagranicznej dla baronesy Catherine Asthon. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z osobą doświadczoną na stanowisku komisarza Komisji Europejskiej ds. handlu, a więc obeznaną z mechanizmami międzynarodowych rokowań niezwykle istotnych dla pozycji Europy konkurującej dziś z Ameryką i Azją.
Ale i pani Ashton - osoba bez wielkiego doświadczenia politycznego - będzie miała co udowadniać. Choćby to, że powierzenie pieczy nad rodzącą się unijną dyplomacją przedstawicielce stojącej zwykle na europejskim poboczu Wielkiej Brytanii nie było taktyczną pomyłką.
Jarosław Giziński


Komentarze
Pokaż komentarze (4)