57 obserwujących
1394 notki
1385k odsłon
  152   0

Misja kapitana Myszkowskiego

"Misya Kapitana A. Myszkowskiego


Nawiązanie stosunków między Polską a Łotwą wyraziło się przedewszystkiem w sojuszu militarnym przeciw bolszewikom, na froncie Inflant Polskich (Latgalii). Zdobycie Dyneburga i opanowanie pojezierza na prawym brzegu Dźwiny środkowej było dziełem wojska polskiego. Łotysze po zdobyciu Rzeżycy osiągnęli łączność z Polakami w okolicy Lucyna wyciągając własny front na północ, w kierunku Pskowa. Naczelne dowództwo nad obiema armiami objął polski jenerał, Rydz-Śmigły, nadając jednolitość całej akcyi.
Wspólne, uwieńczone zupełnem powodzeniem operacye wojenne przyniosły Łotwie i Polsce korzyści militarne i polityczne. Przedewszystkiem Łotwie, gdyż pomoc polska przyszła w najkrytyczniejszym dla niej momencie, gdy równocześnie z naporem bolszewików od wschodu atakowały Rygę z południowego zachodu niemiecko-rosyjskie dywizye Bermonta. Polacy odciążyli front bolszewicki i przez to umożliwili Łotyszom wzmocnienie obrony swej stolicy.


image
Pawel Bermon(d)t-Awałow

"Został powołany do kierowania utworzoną przez Niemców zachodnią armią rosyjską, która miała walczyć z bolszewikami w rosyjskiej wojnie domowej, ale :-) wierząc, że komuniści zostaną pokonani bez jego pomocy, postanowił :-) zamiast tego uderzyć na nowo niepodległe narody Litwy i Łotwy. Jego „Korpus Specjalny Rosjan” liczył podobno około 50 000 ludzi. Był jednym z nielicznych generałów antykomunistycznych, którzy otwarcie promowali ideały monarchistyczne". (...) "Do początku października [1919] większość z 40 000 niemieckich ochotników weszła do Armii Bermonta, składającej się z około 10 000 Rosjan, głównie byłych jeńców wojennych zwolnionych z niemieckich obozów. Dzięki tej maskaradzie Niemcy starali się utrzymać swoje zaangażowanie w krajach bałtyckich".


Sojusz wojskowy skrzepił obydwie armie na wspomnianym odcinku, uniemożliwił zetknięcie się Bermonta z bolszewikami i ewentualne ich współdziałanie, odciął Niemców od Rosyi militarnie, a w następstwie utrudnił komunikowanie się pod względem politycznym. Baryera między Niemcami a Rosyą, ustawiona przez Polskę, przedłużyła się o kilkaset kilometrów, a przytem - rzecz dla nas dużej wagi - odcinała wrogą nam Litwę od Dźwiny, odseparowała ją od bolszewików i zamknęła usłużny korytarz państwa Taryby dla wszelkich intryg niemiecko-rosyjskich.

Dalszy ciąg stosunków polsko-łotewskich jest powszechnie znany. Od ich nawiązania minęło już pół roku, okres wystarczający, by można bez narażenia na szwank interesów militarnych i politycznych obu narodów uchylić rąbka zasłony z pierwszej, pierwiastkowej epoki ich porozumienia.
Zwłaszcza gdy towarzyszyły jej wypadki, nie tylko politycznie doniosłe, lecz zarazem o tak niezwykłem napięciu dramatycznem, że aż się proszą o literackie upamiętnienie.

Było to w r. 1919-ym, na jesieni. Bermont-Awałow udawał jeszcze przyjaciela Łotyszów i uczestniczył w ich naradach wojennych. Lecz bolszewicy atakowali już mocno od wschodu. A tymczasem w Warszawie dojrzewa plan sojuszu militarnego z Łotwą. Zapadło ostateczne postanowienie - odpowiednie propozycye ma zakomunikować w Rydze młody oficer sztabu generalnego, kapitan Aleksander Myszkowski...


[Wówczas kapitan, a w przyszłości pułkownik Aleksander Zygmunt Myszkowski (ur. 1892 w Myszkowicach - zm. 1956 w Mato Grosso, Brazylia) to potomek Zygmunta Myszkowskiego (Gonzaga), marszałka wielkiego koronnego, doradcy króla Zygmunta III Wazy, założyciela Ordynacji Myszkowskich, starosty wiślickiego (1600) i goszczyńskiego (1605), etc. etc.]

image

image

image


["Do końca lata 1919 przewodził Sekcji Wschód II Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Od września w Rydze jako specjalny delegat WP na Łotwie i w Estonii, przygotowywał militarne współdziałanie wojsk łotewskich i polskich przeciwko bolszewikom".]


...Jedyną możliwą drogą wobec przegradzającego frontu był przestwór powietrzny, jedynym środkiem komunikacyi - aeroplan. Kapitan Myszkowski wylatuje z Wilna i przebywa szęśliwie linię walk polsko-bolszewickich. Pilot skręca na zachód, lecz niebawem motor odmawia posłuszeństwa, zacina się, staje. Lotnicy nasi lądują na łące.

Zbiegli się chłopi z pól, otaczają ich gromadnie, zbliżają się nieśmiało do aparatu. Wyskakuje nasz kapitan, ubrany w upowszechniony we wszystkich armiach strój lotniczy w skórzanym kasku i płaszczu nieprzemakalnym, szczelnie zapiętym, bez oznak. Spogląda badawczo w oczy najbliżej stojącego chłopa - radby przeniknąć uczucie i myśl jego odgadnąć.
Chłop kłania się nisko i pozdrawia po rosyjsku. Wahanie trwa sekundę. Oficer uderza Białorusina łaskawie po ramieniu i rzuca wzorowym akcentem moskiewskim energiczne pytanie:
- Towarzyszu! Oto zdarzył się nam niemiły wypadek - zabrakło benzyny. Zdala lecimy, aż z Moskwy... Co u was nowego?
Chłop kłania się jeszcze niżej, zdjął czapkę:
- Niedobrze u nas... mówią ludzie, że "biali" wzięli Psków...
Słowa te wyjaśniły natychmiast sytuacyę. Od niepewności lepsza świadomość choćby największego niebezpieczeństwa. Kapitan zadaje drugie pytanie:
- A to miejsce, gdzie jesteśmy, jak się nazywa?
- Tu pole, ale ot tam, za lasem, Bałtynów - odpowiada chłop.
Nie było już żadnej wątpliwości. Lotnicy wylądowali w pobliżu frontu łotewskiego lecz po stronie bolszewickiej...

Pod strażą kilkudziesięciu badawczych i rozciekawionych oczu powstaje plan dalszego działania. Ani chwili zwłoki, wahania, namysłu. Kapitan zwraca się do kilku włościan i, pod grozą najsurowszej odpowiedzialności, rozkazuje im strzec aeroplanu. Dwóch innych wysyła po komisarza w Bałtynowie, aby jak najprędzej kazał dostawić benzynę, a temu, z którym rozmawiał, poleca się prowadzić, wraz z pilotem, do najbliższej chaty.
Stało się według planu i rozkazu. Za chwilę znaleźli się nasi podróżni w ciepłej izbie. Na kuchni warzy się mleko dla "letczyka", baba uwija się koło stołu i jadło szykuje. Chłop, który przyprowadził gości, siadł na ławie i milczy, lecz coraz z pode łba na kapitana spogląda. Aż, gdy baba wyszła do sieni, wstaje, chrząka, widać, że myśl waży. Wreszcie podchodzi: - Panie, darujcie śmiałość... ale tam na polu ludzie sobie szeptali, że wy coś podozritielnyj, że wy, może - biełyj...
Urwał i, spuszczając wzrok ku ziemi, miętosił czapkę w przykrem zakłopotaniu.
Kapitan zerwał się od stołu i, schwyciwszy chłopa za kożuch na piersi: - Jak śmiesz, jak śmiesz?... - dusił się od szalonego gniewu i zaczął go obrzucać stekiem najdosadniejszych, istinno-ruskich przekleństw, jakie tylko błyskawica rozpaczliwej woli zdoła wykrzesać z podnieconej pamięci.
- On, co walczył jak lew w pierwszym ogniu rewolucyi, on, najwierniejszy druh Trockiego, Lenina, bohaterów-marynarzy... on - podozritielnyj!
I w wściekłej pasyi trząsł przerażonym, oniemiałym chłopem, choć równocześnie podnosiło się w duszy pełną falą zwątpienie, czy cała ta komedya w stylu furioso nie jest naprzód - przeszarżowana, dalej - spóźniona, a wkońcu, czy może mieć jakikolwiekbądź wpływ na gromadkę podejrzyliwych chłopów, którzy jej ani nie widzą, ani nie słyszą.

Na domiar złego przypomina sobie, że w samolocie zostały ważne dokumenty i przedmioty, które należało za wszelką cenę jak najrychlej zabrać i zniszczyć. Więc znowu droga na pole, pod pręgierz chytrych, badawczych spojrzeń. Jakaś niby naturalna, lakoniczna wymówka i usprawiedliwienie; na pozór flegmatyczne, w istocie targające nerwami szperanie w łodzi lotniczej; na zewnątrz spokojnie, w każdem mgnieniu oka opanowane, odmierzone i obliczone ruchy, nie za szybkie, nie za powolne. A w skroniach bije krew, jak młotem... Tak mija kilka minut najsubtelniejszej gry aktorskiej. Gra - o życie.
I znowu ostry rozkaz i surowe napomnienie, a potem za chatą, obok stodoły, krótka narada z pilotem, zrywanie oznak ukrytego pod płaszczem munduru, niszczenie wszelkich śladów wojskowości polskiej i wogóle polskości. Wkońcu przykra refleksya, że właściwie i sam mundur należałoby zrzucić...
Za pięć minut obaj lotnicy byli już w krzakach za futorem, a za kwadrans w bagnistym, gęstym lesie. Dwie doby w najwyższem napięciu sił fizycznych, nerwów i ducha, głodni, bez mapy i przewodnika, błądząc całemi godzinami w kółko, kilka razy tuż obok posterunków nieprzyjacielskich, Dwie doby w ciągłem podnieceniu i strachu, że trzask zdeptanej gałązki może sprowadzić niechybną zgubę, wśród nawiedzeń bezsilnej apatyi, rezygnacyi i najszaleńszej lekkomyślności, co skusiła wypaść z zarośli i pytać przerażone dzieci, pasące bydło, lub wstąpić do pierwszej lepszej chaty pod lasem i pierwszemu życzliwemu spojrzeniu zawierzyć swój los i życie.
Po dwóch dobach tułaczki wstępują do chłopa. Poczciwina ulitował się i przeprowadził ich bagnem po pas, przez linię bojową, pod drutami kolczastymi - na stronę łotewską.
Za dwa dni byli w Rydze.

------

Po miesiącu sytuacya na Łotwie zmieniła się zasadniczo. Stała się niemal katastrofalna. Zdrajca Bermont atakował Rygę z lewego brzegu Dźwiny i wysłał ultimatum, że zburzy miasto, nie szczędząc świątyń i historycznych zabytków jeżeli Łotysze nie zgłoszą kapitulacyi.
W sztabie łotewskim trwały od rana do nocy narady. Położenie było nadzwyczaj trudne.

------

Wówczas to kapitan Myszkowski odbywał drugą swą podróż do Rygi.
Wyleciał z Wilna w fatalnych warunkach atmosferycznych. Komendant lotniska wskazywał niebezpieczeństwo i zastrzegł się, że wobec gwałtownego wiatru nie ma prawa wyznaczać pilota. Zdaniem jego było zaledwie 5 procent prawdopodobieństwa, że lot wypadnie pomyślnie.
Kapitan słuchał i pyta po chwili:
- A jutro, czy pogoda się zmieni?
- Nie wiem - brzmiała odpowiedź.
Zapadła decyzya: - Pięć procent, więc jadę!
Stali obok piloci - mały Francuz zgłosił się na ochotnika. Wsiadają, Kapitan Myszkowski sadowi się na blaszance z zapasową benzyną. Puszczono w ruch śmigło, samolot ruszył po ziemi, jeden skok, drugi - - wzbili się w górę. W tejże chwili silny podmuch wiatru uderza z boku.
- Schwyciłem się drutów - opowiadał mi kapitan - i w pozycyi prawie poziomej patrzyłem na grupę oficerów, którzy żegnali naz z dołu.

Zrazu szło wszystko niezgorzej. Znakomity pilot walczył zwycięsko z kapryśnym, zdradzieckim żywiołem. Gdy przelatywali nad frontem, ostrzeliwali ich bolszewicy; zdawało się na razie, że bezskutecznie. Lecz gdy zapędzeni wiatrem w okolice Wendenu, chcieli nawrócić ku Rydze, trzask maszyny zmienił nagle swe normalne tempo - motor stanął. Nie było rady - należało planować w najgorszej chwili, lecieli bowiem ponad rozległym gęstym lasem. Aeroplan opada serpentyną z coraz większą szybkością. Pilot wypatruje rozpaczliwie łąki, polanki, choćby bagna.
Wtem rysuje się dach domu, jakieś zabudowania, ogród... Była to leśniczówka. Samolot tuż nad nią, lecz lądować w tej ciasnocie nie podobna. W ostatniej chwili zabłysła za wysokim pasem drzew polanka. Jeden podrzut - sekunda, dwie... może przeskoczą... Lecz już za późno. Samolot uderza bokiem w kolumnadę sosen - skrzydło odpada.
- Uczułem nagłe, raptowne wstrząśnienie - opowiadał kapitan - i straciłem przytomność. Leśniczy, który był świadkiem katastrofy, dał znać do Wendenu. Tam mnie nieprzytomnego przywieziono. Gdym się ocknął, byłem częściowo sparaliżowany i straciłem pamięć. Wiedziałem, że jestem. Nie wiedziałem, że byłem. Wiedziałem nadto, że jestem oficerem polskim, ale skąd się tu wziąłem, po co, na co - to wszystko było przez kilka godzin poza mą świadomością. Potrochu jednak zaczęły wracać władze umysłu. Był przy mnie lekarz, była troskliwa opieka. Uśmiechali się do mnie jacyś wojskowi, których wziąłem w pierwszej chwili za bolszewików. Ruszałem już rękami i nogami, tylko kark był jeszcze sztywny. Powoli, tępo poczęły się wyłaniać z próżni naprzód jakieś mętne poczucia i przeczucia, potem obrazy, pasma myśli - wracała pamięć. Najsilniej zarysował się w przytomniejącym umyśle instrukcye, które miałem zakomunikować w Rydze. Powtarzałem je sobie setki razy z obawy, by znów nie zapomnieć. Wreszcie mózg mój doszedł do zupełnie normalnego stanu. Rozpamiętywałem już nasz upadek i jestem przekonany, iż tylko dzięki temu, żem siedział na benzynie, a nie głębiej w krzesełku - ocalałem. Pilot miał pozycye prawidłową, spadł z aparatem i srodze się pokaleczył. Dzięki Bogu - żyje i zdrów.-

Nazajutrz wieziono kapitana Myszkowskiego samochodem do Rygi, w chwili dla niej i całej republiki łotewskiej - najkrytyczniejszej. Do sztabu przybyli ministrowie, w konferencyi brali udział: prezydent Ulmanis, i wódz naczelny, jen. Ballodis. Wszyscy byli pod przygnębiającem wrażeniem groźby Bermonta. Jeszcze się trzymają Łotysze na brzegu ryskim, lecz nieprzyjaciel ma znaczną przewagę i działa bezwzględnie - ciężkie granaty rwą się w śródmieściu.

W takim momencie zjawia się wysłannik Polski. Prowadzą go oficerowie pod ręce. Kark jeszcze sztywny, głowa w bok przechylona. Staje kapitan Aleksander Myszkowski przed radą wojenną i niesie jej dobrą nowiną:
_ Polska ofiarowuje Łotwie natychmiastową pomoc na froncie bolszewickim. Bermont musi być za wszelką cenę powstrzymany i odparty.
Chwila ciszy. W oczach obecnych błysk nadziei, otuchy, lecz i niepewności...
Tak, niepewności. Łotysze korzystali już z pomocy Estonii i gorzko za nią płacili...
Wreszcie ktoś rzuca pytanie:
- Czego żąda Polska wzamian od Łotwy?
A na to kapitan Myszkowski krótko i dobitnie:
- Polska nie żąda wynagrodzenia. Polska pragnie tylko, by sąsiedzka i zaprzyjaźniona z nią Łotwa była państwem silnem, szczęśliwem i zabezpieczonem od swych najniebezpieczniejszych wrogów: Rosyi i Niemiec.

-----

Taka była geneza sojuszu polsko-łotewskiego. Taki był jej duch i gest". (1920).

***

Kapitan Aleksander Myszkowski "do końca lata 1919 przewodził Sekcji Wschód II Oddziału Sztabu Generalnego WP. Od września w Rydze jako specjalny delegat WP na Łotwie i w Estonii, przygotowywał militarne współdziałanie wojsk łotewskich i polskich przeciwko bolszewikom. Od grudnia 1919 był oficjalnie attaché wojskowym przy Poselstwie Polskim w Rydze. 30 grudnia podpisał w imieniu Rzeczypospolitej umowę wojskową z Łotwą, której jednym z efektów była polsko-łotewska operacja Zima skutkująca zajęciem Dyneburga".


image
(fot.1920)

"Służba oficera na Łotwie została wyróżniona rozkazem szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Władysława Sikorskiego: "Dzięki swoim zaletom wojskowym umiał mjr Myszkowski w trudnych niejednokrotnie warunkach przeprowadzić zbliżenie dwóch armii zaprzyjaźnionych. Wysłany dwukrotnie samolotem do Rygi z ważnymi rozkazami wywiązał się jak najlepiej ze swego zadania. Mjr Myszkowski opuszczając placówkę wojskową w Rydze, odznaczony został jako pierwszy cudzoziemiec łotewskim orderem "Lahtschplesis". Za ten okres pracy odpowiedzialnej i twórczej wyrażam mjr Myszkowskiemu w imieniu służby gorące uznanie".




Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale