nickto nickto
48
BLOG

Myśli nieskromne: pornografia (20/?)

nickto nickto Polityka Obserwuj notkę 0
Wtedy zaczęli się wszyscy jednomyślnie wymawiać (Łk 14,18)

Wtedy zaczęli się wszyscy jednomyślnie wymawiać (Łk 14,18)

Dla złapania oddechu odejdę trochę od głównego wątku myślenia o myśleniu – wrócę do niego jak tylko uda mi się uporządkować będące w nieładzie notatki. Na razie taka sobie dygresja, prawie.

Skoro przywołuję pojęcie nicości, nie mogę się wykręcać samym tylko podaniem linka do „antologii” na jej temat (https://kronos.org.pl/wp-content/uploads/Nicosc.pdf ). Jakoś przecież trzeba sobie wyobrażać coś czego nie można sobie w ogóle wyobrazić, nie można wyobrazić z tego powodu, że tego czegoś z definicji w ogóle nie ma – nie byłoby z tym żadnego problemu gdyby jednak nie istniało w ludzkim umyśle pojęcie tego nieistniejącego czegoś, a zwłaszcza gdybyśmy wszyscy nie pochodzili od tego czego nie ma i nigdy nie było i na dodatek nie upieralibyśmy się, że my sami jednak istniejemy „na bank”.

Cóż to zatem jest to co nie jest? Oto parę luźnych refleksji o nicości. Nicość to zapewne zawartość pustego naczynia. W naczyniu nic nie ma i owe nic to „jest” właśnie nicość. To naczynie może być dowolnie małe i to w dowolnej definicji zajmowanej przestrzeni – nic nie potrzebuje przecież dużo miejsca, dokładnie to w ogóle go nie potrzebuje. Owo dowolnie małe naczynie, w którym nic nie ma, samo jednak jest i nawet człowiek mógłby go dostrzec, a przynajmniej sobie wyobrazić, jako coś czemu jednak atrybut istnienia można by przypisać. Faktycznie to owe unikalne naczynie można uznać za jedyny desygnat pojęcia „nicości”, naczynie które swoim niewątpliwym istnieniem domyka, w tym przypadku pośrednio, logiczny związek pojęcie → desygnat. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby pomóc wyobraźni i owe naczynie wyobrazić sobie jako jakąś jamę potencjału (bez kota Schrödingera, który akurat gdzieś polazł), jamę do której jednak zajrzeć nie można z obawy przed podrapaniem przez kota, gdyby jednak tam był. Inna możliwość to wyobrażenie sobie nicości jako czegoś przed nastaniem ery Plancka, z tym zastrzeżeniem, że wyrażenie „przed nastaniem ery Plancka” nie ma żadnego sensu, przynajmniej w kontekście teorii Wielkiego Wybuchu. Te „pomoce dla wyobraźni” to mój ukłon w stronę wyznawców Materii, a jednocześnie ostrzeżenie dotyczące skali niebezpieczeństw na jakie musimy narazić swoją wyobraźnię przy rozważaniach o nicości.

Trywialną pomocą w tych rozważaniach może być zwykły kapelusz: można mianowicie wyobrazić sobie naczynie z nicością jako cylinder iluzjonisty, o którym dobrze wiemy, że nic w nim nie ma, wiemy, bo widzieliśmy to na własne oczy. I tu jesteśmy chyba bliżej problemu i w miejscu nieco bardziej „dydaktycznym”. Otóż tylko Bóg potrafi zaczerpnąć z naczynia, potrafi wyciągnąć dowolnego królika, choć żadnego tam naprawdę nie ma i nigdy nie było. Naczynie jest nieskończenie małe, człowiek „widzi” z niego jedynie pojęcie nicości, ale znikomość naczynia nikomu nie przeszkadza: w jednym takim naczyńku zmieści się nieskończenie dużo nicości, która przecież nie wymaga dużo miejsca – zmieści się tyle nicości, że Ten, który potrafi, zdoła z niej uczynić cały kosmos i sporo więcej. Jeżeli komuś to pomoże, to wolno mu sobie wyobrazić ów ekscytujący pokaz, nie iluzjonisty, ale realnej Wszechmocy, jako Wielki Wybuch, czyli sam początek Ery Plancka i napięcie na widowni jakie było chwilę „wcześniej”.

Przy okazji takie luźne skojarzenie: w dziejach filozofii, począwszy chyba od George’a Berkeleya, dość silnie reprezentowany był pogląd, że do istnienia czegokolwiek, przykładowo istnienia sławnego stołu, konieczne jest jego postrzeganie – czyli gdy patrzymy na stół w pokoju on jest, gdy wyjdziemy z pokoju i drzwi zamkniemy stół przestaje istnieć. Było wiele wariantów takiego spojrzenia na świat materialny i wiele sposobów rozwiązywania nasuwających się trudności – dziś gdy mamy do czynienia raczej z absolutyzacją materii, podejście Berkeleya mogłoby chyba wnieść świeży powiew do światka filozofów. To ostatnie stwierdzenie to tylko taka sobie hipoteza – w mojej wsi pamięć o Berkeleyu nie jest pieczołowicie kultywowana.

Wypada chyba zakończyć przywołaniem pojęcia, które zna każde świadome dziecko: „Stworzenie Świata”. Stworzenie z niczego, jak wiadomo, czyli z czegoś o czymś usiłowałem nieskromnie coś napisać. Stworzenie, czym było? Było na początku, ale jednak było poprzedzone Myślą, a było chwilą (już, bo chwile też powstały), gdy Ten, Który Jest, uczynił coś z czegoś czego nie ma (i nigdy nie było). Dzieło Stwórcy udało się, był z niego zadowolony, od razu je pokochał. My też mamy powody do zadowolenia, zrobiliśmy karierę: od niczego do człowieka, było nie było, lub odwrotnie.

-----

Ceterum censeo Carthaginem delendam esse

vel

Naród, który zabija własne dzieci skazany jest na zagładę

--------

Wyjaśnienie do stopki.

Od początku mojej pisaniny używam tego łacińskiego cytatu z zamierzchłych dziejów naszej cywilizacji, później dodałem adekwatne tłumaczenie (czyj oryginał i tłumaczenie łatwo sprawdzić). Teraz dodam jeszcze swoje wyjaśnienie.

Skąd tutaj Kartagina? Otóż Kartagina była ostatnim dużym organizmem państwowym z tej strony Atlantyku, który duchowych podstaw swojego istnienia upatrywał w publicznym składaniu ofiar z dzieci (aborcji jeszcze nie wynaleziono). Rzym, zanim stał się na długi czas niepokonany, widział swoje "być albo nie być" w całkowitym zniszczeniu Kartaginy, aż do gołej ziemi posypanej solą. Tak też się stało - 90% Kartagińczyków zabito, reszta "uratowała się" jako towar na targu niewolników.

Jak Ci się zdaje drogi czytelniku: jesteś Rzymianinem, czy Kartagińczykiem? A może Twoje istnienie nie potrzebuje duchowych podstaw, zaś ofiara z dzieci w aborcji jest konieczna, aby się dobrze (z)bawić?

nickto
O mnie nickto

Jestem pszczelarzem (coraz bardziej).

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka