Po tej wycieczce ku niczemu, czas wrócić myślą do meritum - czyli oto kolejna porcja myśli o myśli i myśleniu. Po co tyle myśleć o myśleniu, czy warto na myśl spojrzeć jeszcze z innej strony? Czy to nasze myślenie jest w o ogóle warte, aby o nim myśleć? Co my właściwie z tego myślenia mamy? Pies czy kot, przykładowo, nie myślą, a dobrze się mają – inni za nich i o nich myślą, ci co mogą, a nieraz wolą nawet myśleć o psie i kocie, naraz czy osobno, niż o sobie samym. A co nam daje myślenie, nawet niekoniecznie o sobie samym, czy w ogóle o czymś ważnym? Otóż głównym „produktem” myślenia, na który myśl ludzka ma ścisły monopol, jest WIARA. Nie ma myśli, nie ma wiary. Jest myśl, bywa wiara, czyli jest zawsze, ale niekoniecznie tam gdzie powinna być – niekoniecznie, to znaczy taka wiara, która istnieje też w myśli ludzkiej, czyli wiara uświadomiona. Tylko myśl „wie”, że nie jest ostateczną odpowiedzią, musi być uzupełniona wiarą, jeżeli „wie” inaczej nie jest prawdziwą myślą, jest głupotą. Główne uderzenie przeciw Bogu kierowane jest dziś przeciw ludzkiej myśli. Ogłupiając człowieka, gasząc jego myśl, pozbawiamy go możliwości zwrócenia się ku Bogu – przypominam obraz z jednego z poprzednich odcinków: dla Boga niebieskim firmamentem jest niebo podobne do naszego, na którym jednak zamiast gwiazd świecących fotonami, świecą ludzie swoimi myślami. Taka jest potęga myśli, daje się do tej potęgi wyprowadzić analogię jedynie do hiper-reaktora termojądrowego, jakim są święcące na naszym niebie gwiazdy. Analogię możemy owszem wyprowadzić, nic nas nie ogranicza, bo myśli mamy nieograniczone, ale do istoty gwiazdy, ani też myśli, nawet naszej własnej, zbliżyć się nie możemy. Dlatego właśnie, aby jakoś sobie przedstawić,wyobrazić to byłoby za dużo powiedziane, spróbujmy poszukać kolejnych obrazów pomocnych w myśleniu o myśleniu. Pamiętajmy jednak, że dla Boga naszego Stwórcy, gaszenie myślenia żywego i wolnego człowieka to cierpienie może większe nawet niż ludzka śmierć – zabicie myśli ludzkiej, zawsze przy jakiejś jego choćby częściowej aprobacie, wygasza stopniowo niebo Ojca Niebieskiego. Napisałem o Bogu, o Jego domniemanym cierpieniu, faktycznie jednak nie jestem do takiego stwierdzenia, ani upoważniony, ani jakkolwiek uzdolniony – nie mogę w sensie dosłownym, nawet tak pomyśleć, choć pomyśleć mogę wszystko. Naprawdę to stwierdzenie nie dotyczy Boga, ale Jego Obrazu, który w sobie za Jego zrządzeniem noszę. Obraz ów, choć jest On raczej na zewnątrz mnie samego, nie wewnątrz, bo raczej On mnie otacza, a ja sam jestem Jego nikłą reprodukcją, mogę Go jednak odczytywać i nad nim medytować, pamiętając wszakże o tym, że obraz jest odbiciem Nieogarnionego.
-----
Ceterum censeo Carthaginem delendam esse
vel
Naród, który zabija własne dzieci skazany jest na zagładę
--------
Wyjaśnienie do stopki.
Od początku mojej pisaniny używam tego łacińskiego cytatu z zamierzchłych dziejów naszej cywilizacji, później dodałem adekwatne tłumaczenie (czyj oryginał i tłumaczenie łatwo sprawdzić). Teraz dodam jeszcze swoje wyjaśnienie.
Skąd tutaj Kartagina? Otóż Kartagina była ostatnim dużym organizmem państwowym z tej strony Atlantyku, który duchowych podstaw swojego istnienia upatrywał w publicznym składaniu ofiar z dzieci (aborcji jeszcze nie wynaleziono). Rzym, zanim stał się na długi czas niepokonany, widział swoje "być albo nie być" w całkowitym zniszczeniu Kartaginy, aż do gołej ziemi posypanej solą. Tak też się stało - 90% Kartagińczyków zabito, reszta "uratowała się" jako towar na targu niewolników.
Jak Ci się zdaje drogi czytelniku: jesteś Rzymianinem, czy Kartagińczykiem? A może Twoje istnienie nie potrzebuje duchowych podstaw, zaś ofiara z dzieci w aborcji jest konieczna, aby się dobrze (z)bawić?


Komentarze
Pokaż komentarze