Gdyby ludzkości, pewnego dnia, udałoby się wynaleźć lek hamujący chorobę starzenia się?
Z punktu widzenia przeszłych pokoleń – to nie ma znaczenia. Myślę, że byłaby to katastrofa także dla pokolenia współczesnego.
Móc żyć wiecznie? Zatrzymać proces starzenia? Brzmi fascynująco. Jednak byłaby to nieśmiertelność pod pewnymi warunkami: że nikt mnie nie zabije lub nie spotka mnie jakiś wypadek. Wyobraźmy sobie, jak żyliby ci, których byłoby stać na odpowiednią kurację. Zapewne w zamknięciu przed innymi, w ciągłym strachu, że ktoś lub coś ich zabije.
Taka nieśmiertelność chyba nie miałaby sensu. Życie wieczne, ale w nieustannym lęku, że jednak się je utraci – czyli żadne życie. Jeszcze gorzej miałaby większość społeczeństwa, dla której kuracja przeciwko starzeniu byłaby zbyt droga (nieśmiertelność byłaby przecież bezcenna).
Czym to mogłoby skutkować?
Większość ludzi – 99% a raczej 99,9999% – skazana byłaby na śmierć, ze świadomością, że mają za mało pieniędzy, aby kupić sobie nieśmiertelność! To byłby czysty absurd i chyba także koniec ludzkości; „ludzie śmiertelni” postanowiliby zapewne zabić tych, których stać na nieśmiertelność – „ludzi nieśmiertelnych”, lub odwrotnie: ci drudzy uprzedziliby tych pierwszych. Jestem pewien, że gdyby wynaleziono taki lek, to
byłby trzymany w największej tajemnicy.
Czym byliby ci, których nie stać na nieśmiertelność?
Zapewne narzędziami, podludźmi – istniejącymi tylko w tym celu, aby umilić życie nieskończone, życie wybrańców. A co by zrobiono z nadmiarem ludzi śmiertelnych, którzy niepotrzebnie zaludniają ziemię, niszczą jej piękną przyrodę, zajmują przestrzeń dzikim zwierzętom, szczególnie wymierającym gatunkom?
Wyrżnięto by ich w pień – tym razem nie w imię Boga, ale w imię nadczłowieka.
Pozostałych przy życiu – w ściśle określonej liczbie – zapewne by wysterylizowano, a wybrańcom – śmiertelnym szczęśliwcom dano prawo do jednego dziecka. Przypuszczalnie jedyna moralność, jaka by istniała, to nieśmiertelność i przyjemności wybrańców.
Kto jest więc bardziej naiwny?
Czy ja, marzący o życiu wiecznym ofiarowanym mi przez Boga (być może nawet urojonego), czy miliarder, który za pieniądze pragnie dostać to samo, ale w „tym” świecie: zamraża się w nadziei, że za x lat zostanie wynaleziony cudowny lek, bądź przepisuje cały majątek hochsztaplerowi, który obiecuje, że zdradzi mu receptę na nieśmiertelność, albo też w wieku 60 lat łyka tabletki i robi wszystko, aby przeżyć jeszcze 10–15 lat w jak najlepszej kondycji, bo wierzy, że właśnie w tym czasie zostanie odkryty lek na śmiertelność?
Wydaje mi się, że także marzenie niektórych ateistów (być może szlachetne i szczere) o tym, aby wreszcie wszyscy uwierzyli w nieistnienie Boga, aby każdy człowiek zgodził się z „ich prawdą”, jest nie tylko niebezpieczne, ale też
nie mniej dziecinne niż wiara we wróżki i w krasnoludki.


Komentarze
Pokaż komentarze