Większość ateistów (a raczej wszyscy) jest przekonana, że ogromny wzrost popularności wyznawanego przez siebie światopoglądu ma podłoże czysto racjonalne: Wiemy więcej niż kiedykolwiek w przeszłości. Jesteśmy mądrzejsi jako ludzkość i tym samym dysponujemy mnóstwem dowodów na to, że Boga nie ma (niektórzy sądzą, że naukowcy wręcz udowodnili nieistnienie Stwórcy).
To uproszczone a przede wszystkim bardzo wygodne wytłumaczenie dokonanego wyboru.
Może być też inne – bazujące na teorii dysonansu poznawczego. Kiedy najczęściej zostaje się ateistą? W młodym wieku – około 20. roku życia.
Przypuśćmy, że twoi rodzice są osobami wierzącymi i zostałeś wychowany w wierze katolickiej. Dorastając, stopniowo dowiadujesz się o zakazach i nakazach, o tym, że jedni ludzie popełniają grzechy, a inni nie. I nagle, w pewnym momencie swojego życia, tę „teorię” – ten w dużej mierze wirtualny świat nakazów i zakazów konfrontujesz z rzeczywistością. Jaka jest rzeczywistość nastolatka? Jaki jest jego świat w porównaniu do świata nastolatka sprzed 200–300 lat? Zupełnie inny. Ten świat to przede wszystkim rówieśnicy: „twoja paczka”. To w ich oczach chcesz zyskać uznanie, a przynajmniej akceptację; wpływ środowiska – „naszej paczki” – na postępowanie człowieka jest zawsze największy właśnie w młodym wieku – gdy mamy -naście lat.
I co się nagle okazuje? Wirtualny świat nakazów i zakazów jest niezgodny z „wartościami”, z poglądami większości twoich kolegów i koleżanek. Zgodnie z teorią dysonansu poznawczego gdy dwa elementy poznawcze pokazują nam zupełnie co innego, musimy coś zmienić – w taki sposób, aby pozbyć się tego dysonansu, tej niezgodności. Doprecyzujmy, czym będą tutaj te dwa sprzeczne „elementy poznawcze”. Z jednej strony rodzice i ich wiara, a raczej „wirtualny” Bóg nie pozwala ci na seks przedmałżeński i straszy karą wiecznego potępienia, po przeciwnej stronie natomiast są oczekiwania i poglądy „twojej paczki”. Młody człowiek ma ogromny dylemat (jeżeli w ogóle ma): Czy postąpić zgodnie z tym, czego Bóg (wiara) ode mnie wymaga i tym samym narazić się na kpiny i wykluczenie z grona rówieśników, czy raczej starać się zdobyć uznanie lub akceptację „swojej paczki”, rozpoczynając inicjację seksualną możliwie przed innymi, a przynajmniej nie na samym końcu?
Spróbuj spojrzeć na powyższy dylemat nastolatka bardzo realistycznie. Czy pierwsze rozwiązanie wchodzi w ogóle w grę? Jeżeli nawet, to niezwykle rzadko. Wyobraź sobie bowiem, że jesteś członkiem przeciętnej grupy rówieśniczej w przeciętnym liceum w przeciętnym mieście i postanawiasz zrezygnować z seksu przedmałżeńskiego. Po pierwsze byłaby to bardzo trudna decyzja wynikająca z niezwykłej atrakcyjności i dostępności tej pokusy: Czy mam zrezygnować z takiej przyjemności, będącej na wyciągnięcie ręki, w imię wiary w Boga?! Tak, bo… Taka decyzja byłaby naprawdę wielkim wyczynem. Ale to zaledwie „mały pikuś” w porównaniu do o wiele większej przeszkody. Musiałbyś „się wytłumaczyć” przed rówieśnikami – wyjaśnić im, dlaczego postanowiłeś, że twoją „pierwszą kobietą” lub „pierwszym mężczyzną” będzie żona lub mąż. Nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, aby zdawać sobie sprawę, że taka deklaracja byłaby dla większości młodych osób równoznaczna z aktem „seppuku”. Nastolatek, decydując się na taki krok, musiałby mieć nieprawdopodobnie silną osobowość, a także bardzo wysoką samoocenę. A i tak zostałby zmuszony do zmiany środowiska rówieśników – na to, które wyznawałoby podobne wartości, co w dzisiejszej rzeczywistości nie byłoby łatwe.
Większość (zdecydowana) młodych osób korzysta z drugiego wariantu rozwiązania dysonansu poznawczego: podziela poglądy swojej rówieśniczej paczki i zaczyna inicjację seksualną „najwcześniej jak się da”, możliwie przed innymi. Jednak taka decyzja, ten wybór pozostaje w dysonansie z zakazami i nakazami wiary. Czy to oznacza, że skazujemy się na ciągłe wyrzuty sumienia? Być może czasowo, gdy jesteśmy bardzo młodzi – gdy w sumie nie mamy jeszcze większych wyrzutów sumienia. Zgodnie z teorią dysonansu poznawczego z czasem powinniśmy dążyć do pozbycia się tego dyskomfortu, tej niedogodności.
W jaki sposób? Najczęściej skorzystamy z rozwiązania dla nas najwygodniejszego: uspokoimy siebie, wierząc, że: Bóg mi wybaczy. Jednak coraz częściej wybieramy jeszcze inną opcję, dużo trudniejszą: uznajemy, że Boga po prostu nie ma, i dodatkowo wmawiamy sobie, że śmierć ostateczna nie jest nam straszna. Być może któregoś dnia sięgniemy po książkę Bóg urojony Richarda Dawkinsa i nasze samopoczucie całkowicie powróci do normy. Po lekturze „biblii” ateistów jest nam bardzo dobrze. A nawet czujemy powiew swobody: całkowitego wyzwolenia z objęć mściwego i niesprawiedliwego Boga. Jest nam tak przyjemnie w tej nowej rzeczywistości, że zaczynamy traktować siebie jako „ulepionych z lepszej gliny” (tak nam się wydaje). Tak przy okazji – jestem ciekaw, czy pan Dawkins zdaje sobie sprawę z tego, jak w rzeczywistości „zbawia” świat swoją książką, z tego, kto i w jakim celu korzysta z jego dowodów na nieistnienie Boga! W taki właśnie sposób zostaje się ateistą najczęściej – według mojej bardzo subiektywnej opinii.
Gdzie tutaj są racje? Nie ma ich wcale. Są tylko „czyste” emocje: nie tylko żądze, ale przede wszystkich strach przed wykluczeniem, obawy przed kpinami i śmiesznością w oczach rówieśników; w pewnym sensie tzw. zachodni styl życia (totalny, wszechobecny konsumpcjonizm) dokonuje „masowej zbrodni” na psychice (na niewinności) wielu młodych ludzi, którzy nie mają w sobie dość silnej woli, aby oprzeć się presji swojej rówieśniczej paczki (która z kolei zostaje zmanipulowana przez wpływowych „promotorów zachodniego stylu życia”, czyli osoby i podmioty czerpiące własne korzyści z naszej określonej postawy i wyznawanych przez nas wartości).
Na koniec możemy przejść do odpowiedzi na pytanie: Dlaczego w przeszłości młodzi ludzie nie wybierali ateistycznego światopoglądu (a nawet teraz – dlaczego ateizm nie robi kariery w państwach muzułmańskich)? Oczywiście nie dlatego, że nastolatki żyjący kilkaset lat wcześniej byli „głupsi” od dzisiejszych, że nie znali teorii ewolucji i mniej wiedzieli o początkach wszechświata.
Ateizmu nie było wcale, bo
taki światopogląd (ta ideologia) nie dawał dosłownie żadnych korzyści.
Ponadto nie istniała żadna presja rówieśniczej paczki na zachowania podobne do dzisiejszych, a wręcz przeciwnie.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)