Dzisiejsza „Rzeczpospolita” przynosi kolejny dramatyczny reportaż o tym, jak polska matka, po brutalnym odebraniu jej dziecka przez niemieckie sądy, szuka sprawiedliwości na własną rękę. To już druga rozpaczliwa decyzja, że jedynym ratunkiem dla polskiej matki i jej syna ze związku małżeńskiego z Niemcem jest porwanie własnego dziecka i zejście do podziemia.
Pokazuje to najdobitniej, jak działa demokracja europejska i jak traktowani są Polacy przez niemieckie urzędy. Pokazuje to również, że problem był latami w imię „polityki miłości” z Niemcami ignorowany przez polskie rządy. I nawet jeżeli pan minister Sikorski napomknął o tym coś panu ministrowi Steinmeierowi podczas jego sławnej wizyty w Chobielinie, to słowa polskiego ministra utonęły zapewne w dźwiękach muzyki organowej, która towarzyszyła wspólnemu spożywaniu cielęciny a la Marengo.
Czy jest szansa na zmianę poprzez interwencję Komisji Europejskiej i Trybunał w Strasburgu? Nie chcę przesądzać, ale nie wydaje mi się. Choćby tylko z tego względu , że obie te instytucje zdominowane są przez niemieckich urzędników, a co za tym idzie – ich silne poczucie narodowej lojalności.
Sprawy te jednak naocznie i boleśnie odsłaniają sposób funkcjonowania „Europy dwóch prędkości”: że są równi i równiejsi, A równiejsi, to ci więksi i mocniejsi.
Czy wygrają z nimi polskie matki?
"Rzeczpospolita"
13-11-2008
Beata Mosebach po porwaniu Jasia wysłała do męża SMS: „Jesteśmy bezpieczni, nie szukaj nas, odezwę się”. Telefon wrzuciła do Wisły
Od tego czasu – a minął już rok – ukrywa się. Przez pośredników wynajmuje mieszkania (właśnie przeprowadziła się z Jankiem do siódmego). Chodzi w peruce.– Żyję z oszczędności, dzięki Bogu i życzliwym ludziom jakoś to znoszę – mówi „Rz” Beata. Jej mąż Michael Mosebach wynajął do odnalezienia żony detektywów. Beaty poszukuje też policja. Od stycznia tego roku według niemieckiego sądu rodzinnego ojciec Janka jest jedynym pełnoprawnym opiekunem dziecka. Beata straciła prawa do syna zaocznie, na podstawie opinii psychologa wynajętego przez ojca i opinii Jugendamtu, niemieckiego urzędu ds. młodzieży. – Z moich wyjaśnień znalazły się tylko dwie linijki: że karmiłam syna piersią i ponad dwa lata byłam na urlopie macierzyńskim – wspomina.Janek właściwie nie istnieje. Wszystkie dokumenty potwierdzające jego tożsamość ma ojciec. Beacie został tylko paszport.Kilka tygodni temu wniosek sądu z Niemiec błyskawicznie rozpatrzył Sąd Rejonowy Kraków-Krowodrza. Wydał nakaz wydania dziecka. Beaty nie wezwano nawet na świadka. Trzy godziny zeznawał za to jej mąż. – Na rozprawie towarzyszyli mu przedstawiciele Jugendamtu i polskiego Ministerstwa Sprawiedliwości – mówi Kasia (imię zmienione), która pomaga prawnie Beacie. – Sąd z nonszalancją podszedł do sprawy. Nawet nie przesłał zawiadomienia na skrytkę kontaktową Beaty. – Zmienili sędzię, która nie dość szybko chciała zdecydować o wydaniu Jasia – dodaje Beata. – Dlaczego? Bo były naciski z Ministerstwa Sprawiedliwości, to w końcu sprawa z obywatelem Niemiec.Kobieta odwołała się do sądu okręgowego. – Mimo wszystko liczę na polskie sądy. Może w końcu zareaguje nasz rząd, bo niemiecki system to wielka dyskryminacja cudzoziemców – uważa Beata. Dziwi się, że musiało dojść do porwań dzieci, żeby problem wreszcie dostrzeżono.Beata pochodzi z Krakowa, skończyła studia w Berlinie. Tam poznała Michaela Mosebacha. Nadal są małżeństwem. Podobnie jak syn kobieta ma polskie i niemieckie obywatelstwo. – Mąż Beaty, teraz to widzimy, przygotował się do zabrania synka matce – mówi pani Maria, ciocia Beaty. – Poszedł na urlop tacierzyński, przekonywał, że teraz on będzie wychowywał syna. W tajemnicy wynajął drugie mieszkanie, zmienił dziecku przedszkole. I wszystko załatwił w niemieckim sądzie.17 października 2007 r. – w trzecie urodziny Jasia – gdy Beata wróciła z pracy, dom był ogołocony. A mąż już miał w ręku prawny argument: wywalczył w sądzie prawo do opieki. Kasia: – Beata wpadła w rozpacz. Wyła jak zwierzę. Dzień porwania – 27 października 2007 r. – nie był przypadkowy. W piątek, zgodnie z wyrokiem sądu, mogła po przedszkolu wziąć Jasia do siebie. W sobotę rano musiała oddać go mężowi. Poza tym w tygodniu miała dwa widzenia z synem, po trzy godziny. Nie mogła mówić przy nim po polsku. – Wywiozła dziecko, bo wiedziała, że nie wygra. Z Jugendamtem się nie wygrywa – stwierdza ciocia Beaty. Pół roku temu Michael Mosebach przyjechał do Polski. Z niemiecką telewizją, która w reportażu o zdesperowanym ojcu pokazała, jak ściga ulicami Krakowa żonę i syna. Niedawno przesłał jej kopię wniosku do policji i sądu, że wycofuje sprawę przeciwko niej. Kasia: – Tłumaczka zauważyła, że na dokumencie jest pieczęć od pięciu lat nieużywana przez policję. Dokument był sfałszowany. Zgłosiliśmy to niemieckiej policji.Michael Mosebach wczoraj nie chciał rozmawiać z „Rz” przez telefon. Pół roku temu „Dziennikowi Polskiemu” mówił: – Nie rozumiem, co się stało. Nigdy nie zrezygnuję z syna. Beata żyje w stresie. Boi się dzwonka do drzwi i ludzi na ulicy. Jankowi tłumaczy: – Jesteśmy na takich trochę wczasach.
Największym dowodem przeciw decyzji Jugendamtu, który zabrał jej syna, są kasety magnetofonowe. Na nagraniach Jaś krzyczy, płacząc: „Mamusiu, ja nie chcę do taty”.
Uprowadzenie Moritza
Trzy tygodnie temu inna Polka uprowadziła syna Moritza z Düsseldorfu. „Rz” opisała dramat kobiety, która zdecydowała się na porwanie, bo niemiecki sąd i Jugendamt uniemożliwiały jej kontakt z dzieckiem. Przez ostatnie dziesięć miesięcy widziała syna przez 27 godzin.– Porwanie to była jedyna szansa, żeby go zobaczyć– tłumaczyła kobieta, która cały czas się ukrywa.W ostatni piątek urzędnicy z kancelarii Lecha Kaczyńskiego obiecali wsparcie rodzicom, którym niemieckie urzędy odmawiają kontaktów z dziećmi.
http://www.rp.pl/artykul/2,218562_Kolejna_ucieczka_z_synem.html
Beata Pokrzeptowicz-Meyer (na pierwszym planie) walczyła o syna m.in. na forum Parlamentu Europejskiego (na zdjęciu posiedzenie Komisji Skarg i Wniosków PE, 22 listopada 2007)

Polscy europosłowie interweniują w sprawie Jugendamtu
13-11-2008


Komentarze
Pokaż komentarze (30)