Blog
Kondominium niemiecko-rosyjskie pod żydowskim nadzorem
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz quod verum est, meum est
55 obserwujących 317 notek 511432 odsłony
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz, 5 stycznia 2015 r.

Czy Radosław Sikorski potrafi napisać sobie przemówienie?

Na tytułowe pytanie odpowiedź może być tylko jedna: nie, nie potrafi. Ten wniosek nasuwa się jednoznacznie w oparciu o powierzchowną znajomość wypowiedzi tego notabla na Twitterze oraz cytaty pomieszczone w mediach. Stać go osobiście (a i to nie jest pewne, czy osobiście) na chamskie lub w najlepszym przypadku prostackie bon-moty. No, ale czy on jeden? Ludzie z tzw. świecznika, jak świat długi i szeroki muszą się wypowiadać w różnych ważnych i poważnych sytuacjach. Czasami, choć rzadko, zdarza się, że są to także ministrowie spraw zagranicznych. Jest sprawą oczywistą, że takie oficjalne wypowiedzi muszą być przygotowane, uzgodnione i zaakceptowane przez przełożonych. W przypadku Radosława Sikorskiego takim przełożonym był Donald Tusk, a czasem i on powinien był niektóre zagraniczne wystąpienia Radosława Sikorskiego uzgodnić najpierw z Sejmem. Z racji zawodowych nasłuchałam się w życiu tysięcy rozmaitych oficjalnych wystąpień. Dosłownie do znudzenia i mdłości. Rzadko zdarzało się, aby niosły w sobie jakieś pozostające na dłużej w uchu stwierdzenia czy choćby zgrabne figury retoryczne. Zawsze, podkreślam – ZAWSZE wystąpienia zagraniczne urzędników państwowych, nie wiedzieć czemu nazywanych potocznie politykami odbywały się i odbywają w języku macierzystym. Wszystkich – od najmniejszego płazu po najgrubsze ryby. Dlaczego? W tym miejscu, drogi Czytelniku, pomyśl przez chwilę sam. Od przekładania tych ważkich słów na inne języki są zaprzysiężeni i prześwietleni na wszystkie strony tłumacze przyboczni i kabinowi. Dlatego zdumiało mnie poczynione przeze mnie w grudniu 2011 roku odkrycie, że autorem oburzającego i podważającego suwerenność Polski oraz obecny układ sił w Europie przemówienia wygłoszonego przez Radosława Sikorskiego w Berlinie był były ambasador Wielkiej Brytanii – Charles Crawford. Nie mogłam i pomimo wszystkiego, co wiemy o tym rządzie do dziś nie mogę pojąć, jak mógł zaakceptować to wystąpienie polski premier, pryncypał Sikorskiego – Donald Tusk. Przy logicznym rozbiorze tej wypowiedzi odsłania się jasna jak tarcza księżyca w pełni – zdrada stanu. Ciekawe, że nie zauważył tego faktu w Polsce nieomal nikt z licznej rzeszy tzw.polityków, natomiast nie uszło to uwadze tzw. ludu bosego, który od tego momentu począł nazywać Radosława Sikorskiego zd-Radkiem. Osobna tajemnicza kwestia to ta, że wypowiedz ta miała miejsce w Berlinie nie w języku macierzystym naszego dyplomaty, także nie w języku gospodarzy, a po angielsku. Wówczas sądziłam, że chodzi wyłącznie o dwa powody takiego zachowania : po pierwsze - o kompleks parweniusza z prowincji, który chce dać świadectwo swojej światowości, co może być przydatne przy aspirowaniu do wysokich stołków Brukseli, po drugie – o ułatwienie pracy anglojęzycznym dziennikarzom, którzy powinni spijać z ust przemawiającego te rewolucyjne treści i cytować obficie i bez przekłamań. O sprawie autorstwa przemówienia Sikorskiego pisałam 1 grudnia 2011 r. tutaj: Czy_Charles_Crawford_napisal_Sikorskiemu_przemowienie Przy okazji przypomina mi się bolesna dla publiczności zarówno polskiej, jak i niemieckiej scena sprzed wielu lat, gdy polska ex-premier Hanna (dla niektórych Hajka) Suchocka uparła się, by na spotkaniu w Polskim Instytucie Kultury w Berlinie mówić w języku (jak jej się zdawało) niemieckim, podczas, gdy wychodziły jej z ust łamańce przeplatane (chyba) jidysz. Obok siedziała czerwona ze wstydu wynajęta, lecz bezrobotna i bezradna tłumaczka. ) Dziś, kiedy opinia publiczna w Polsce dowiedziała się, że tych przemówień Sikorskiego w pięknym języku Szekspira i New York Timesa wygłoszonych na międzynarodowych forach, za które polscy podatnicy zapłacili 266 tysięcy złotych czyli jakieś drobne 50 tysięcy funtów było na przestrzeni lat czternaście dochodzi jeszcze inny aspekt. Zupełnie banalny i jakby rodem z „Alicji w Krainie Czarów“. Otóż pan Charles Crawford nie mógł NIEPISAĆ Sikorskiemu przemówień w żadnym innym języku, a już na pewno nie po polsku, bo polskiego pan Crawford zwyczajnie nie zna. Potwierdziło to także oficjalne dementi MSZ: "Pan Charles Crawford nigdy ich nie pisał, a jedynie konsultowane były z nim wyłącznie anglojęzyczne wersje przemówień ówczesnego szefa MSZ. Zakres prac pana Charlesa Crawforda dotyczył poprawek o charakterze edytorskim jakie, jak zaznaczyliśmy powyżej, wynikały m.in. z tłumaczenia przemówień na język angielski. W latach 2010-2014 skonsultowanych zostało 14 wystąpień ministra Radosława Sikorskiego. Średni koszt konsultacji przemówienia wyniósł 19 tys. zł. Zamówienia konsultacji realizowane były zgodnie z obowiązującymi przepisami — czytamy w odpowiedzi Ministerstwa Spraw Zagranicznych przesłanej redakcji „Wprost”. Jeżeli mam uwierzyć w to dementi (a wierzę zawsze w informacje zdementowane), to chciałabym w takim razie przeczytać polskie oryginały tych wystąpień. Niestety, na stronie MSZ nie można ich znaleźć. Poza tym, nawet jak na londyńskie ceny, to „poprawki o charakterze edytorskim“ wypadły potwornie drogo. Ale wiadomo nie od dziś, że z publicznej kieszeni lubi pan Sikorski czerpać hojnie i obficie. Przy czym w swojej karierze ministra spraw zagranicznych z przyczyn oszczędnościowych (tzw."tanie państwo") zlikwidował nie tylko szereg polskich ambasad i konsulatów, ale nie zdołał zająć się bolesną sprawą stojącym (jeszcze za sprawą W. Bartoszewskiego) w ruinie budynku polskiej ambasady w Berlinie, sto metrów od Bramy Brandenburskiej. Nabył za to drogą kupna od Hilary Clinton posiadłość z basenem w pobliżu Białego Domu w Waszyngtonie, której renowacja pochłonęła majątek wystarczający na kupno jeszcze jednej posiadłości. Ma się ten rozmach. Osobna kwestia to ta, że pan Crawford przedstawiany jest błędnie w polskich mediach i to nawet tzw. opozycyjnych jako kolega pana Sikorskiego. Niby tytuły krzyczą „Kolega Sikorskiego dostał 266 tys. zł za konsultowanie przemówień!“, ale w gruncie rzeczy nie były to przysługi koleżeńskie, choćby nie wiem, jak słono opłacone, lecz oficjalne zamówienia, co potwierdza dementi MSZ-u : „Zamówienia konsultacji realizowane były zgodnie z obowiązującymi przepisami“ Charles Crawford jest bowiem zawodowym pisarzem przemówień. Posiada firmę do tych celów, nawet jeśli zarejestrowaną nie na siebie, a w niej zapewne – sądząc z zakresu usług – zapewne dwa tuziny podpisarczyków“. Informuje o tym oficjalnie tutaj: Charles_Crawford , a dokładniej tutaj:speaking_presenting_writing Oczywiście, linkowane treści są tylko dla anglojęzycznych, więc kto języka tego nie zna, skazany jest na automatycznego tłumacza googla, co może przynieść ciekawe efekty. A na deser jeszcze jeden link ze strony pana Crawforda na dowód jego długoletniej przyjaźni z polskimi notablami: polish_state_visit_2004 Wniosek? Nie ma w tym wszystkim żadnego wielkiego halo. Polska polityka tradycyjnie od stuleci tworzona jest w różnych biurach pisania przemówień od Londynu, Paryża, Berlina po Moskwę. A nasz nieszczęsny lud bosy płaci – jak nie w funtach i dolarach, to w rublach. Oraz potem i krwią. _____________________ PS: Zostałam tak porażona edytorską zgrzebnością tego portalu, że umknęła mi kwestia chyba najważniejsza, którą chcę tu dołożyć. Otóż chciałabym wiedzieć, jakie to ważkie dla polskiej racji stanu sytuacje na międzynarodowym najwyższym forum politycznym uzasadniały wydawanie przez rząd tak wielkich sum (bo są to nawet w Londynie super-wielkie sumy) na EDYTORSKIE POPRAWKI do wystąpień ministra spraw zagranicznych. Bo przecież błaganie Niemców o przejęcie politycznej hegemonii w Europie, zawarte w wystąpieniu z listopada 2011 r. w Berlinie takiego wydatku nie uzasadnia. hegemonia Niemców w Europie w żadnym wypadku nie jest tożsama z polską racją stanu. Twierdzę nawet, że wręcz przeciwnie. Jeżeli nie doczekam się żadnego sensownego wytłumaczenia ze strony MSZ, pozostanie mi uzasadnione podejrzenie, że w żadnym z 14 wypadków nie chodziło o polską rację stanu, a wyłącznie o PRYWATĘ, tzn. że z kieszeni polskich podatników płynęły wielkie pieniądze na opłacenie PR dla karierowicza i awanturnika Sikorskiego. I jeszcze jedno: czy "edytorskie poprawki" Charlesa Crawforda dla Sikorskiego to indywidualny przypadek, czy już może banalna codzienność w pracy naszego rządu? Czy Sikorski jest wyjątkiem, czy jego precedens otworzył pozostałym ministrom złotą furtkę do dalszej kariery? Co na to pan NIK?
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Komentarze niemerytoryczne są usuwane. Autorzy komentarzy obraźliwych są blokowani.

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • Panie Kolego, niestety, musiałam w tzw. międzyczasie wyjechać w pilnych sprawach rodzinnych....
  • I ja dziękuję za linka. Bardzo mi się przyda to sprawozdanie z konferencji.
  • Jak Pan zapewne pamięta, byłam po prof. Dakowskim pierwsza (i ostatnia), która upominała się...

Tematy w dziale