Kilka refleksji o sztuce teatralnej "Anioły w Ameryce" Toniego Kuschnera w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego (TR Warszawa).Jeden z głównych bohaterów sztuki (a też i serialu TV) to adwokat Roy Cohn, wpływowy prawicowy prawnik. Doprowadził m.in. do skazania na śmierć małżeństwa Rosenbergów, fałszywie oskarżonych o komunistyczny spisek przeciwko Ameryce, mniejsza zresztą, o co. Człowiek ten reprezentował to, co - według autora sztuki - najgorsze w prawicy amerykańskiej. Ciemnogród (ciemnostan? ciemnometropolis - z amerykańska mówiąc), łamanie sumień, antydemokratyzm, antyhumaniz, naginanie prawa do swojego światopoglądu i co najgorsze - hipokryzję. Tępiąc każdą odmienność - homoseksualistów, Afro-amerykanów, lewicowców itd. - sam był ukrytym gejem, który umarł na AIDS, do końca zaprzeczając swoim preferencjom erotycznym, i nie przyznając się do choroby (wmawiał ciekawskim, że chodzi o raka). Rzecz polega na tym, że skrajna represja własnego Ja, jego prawdziwej natury, doprowadziła Cohna do równie skrajnego cynizmu (traktował wartości interesownie).
Prawicowość stanowiłą dla Cohna swoisty egzorcyzm na własnej seksualność. Każdy akt potępienia Innego (pedała, komucha, czarnucha itp), budował w nim przekonanie o własnej męskości, twardości i zdecydowaniu. Wojna z wielokulturowym i seksualnie otwartym społeczeństwem była wojną z samym sobą. Zdawało mu się, że panując ideowo nad innymi panuje również nad sobą. Nie panował.
I odwrotnie, aby zatamować tsunami homoerotyzmu, stawał się coraz bardziej radykalny, aż sam zapewne nie już nie wierzył, że to on jest tym jebaką męskich prostytutek, skoro ma tak świątojebliwe poglądy. Jeśli czasem zdawał sobie sprawę, z tego co robił, prawdopodobnie wyłącznie na zasadzie: jeszcze jeden raz zagrałem społeczeństwu na nosie (czyli jeszcze więcej cynizmu, nadal zero prawdziwej świadomości).
Ciekawe zagadnienie - ile radykalizmy prawicowego jest wynikiem represji własnego ja.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)