Po latach znowu czytam "Alfabet" Kisiela. Zaskakująca lektura, z żartobliwych notek wynika co najmniej jedna niezbyt zabawna prawda: przekonania to rzecz bardzo umowna, precyzyjnie rzecz ujmując - to kwestia tego, gdzie znajdziesz swojego odbiorcę.
Przynajmniej w przypadku średniej klasy intelektualistów, ci najwięksi są być może bardziej "wierzący" w idee, reszta to oportuniści.
Zdumiewająca jest ilość ludzi opisanych przez Kisiela, którzy zaczynali w prasie nacjonalistycznej albo konserwatywno-katolickiej a kończyli po stronie komunistów. Kilka przykładów, które w tym momencie przychodzą mi do głowy: Jerzy Waldorff, Henryk Bereza, Jerzy Andrzejewski, K.I. Gałczyński, Bolesław Miciński (ten zmarł przed powstaniem PRL ale i on zlewicowiał nieco pod koniec życia, a przynajmniej stał się antytotalitarny). Każdy z tych autorów miał specyficzną drogę życiową, osobiste motywy itp. każdy z nich coś stracił, coś zyskał na wyborach, przypłacił je alkoholizmem albo otrzymał synekurę w ambasadzie na innym kontynencie.
Nie w tym rzecz, nie zamierzam ich oceniać, dawno już to zrobili inni. Interesuje mnie raczej coś innego.
Okazuje się, że w gruncie rzeczy intelektualiści szli tam, gdzie mogli liczyć na słuchaczy, na odbiór. Jeśli chciała ich prawicowa publiczność, szli w stronę prawicy, jeśli tubę propagandową trzymali w rękach czerwoni - szli do stalinowców. Byle być słyszalnymi. Byle być osobą publiczną, znanym intelektualistą, sławą artystycznych salonów.
Waldorf sam kiedyś przyznał: dlaczego drukowałem w "Prosto z mostu" (pismo literackie skrajnej prawicy)? Bo nie chciały mnie drukować "Wiadomośći Literackie" (pismo literackie lewicowej inteligencji)
Poglądy się nie liczyły, liczył się odbiór płodów umysłu intelektualisty.
Ciekawe jak jest teraz...


Komentarze
Pokaż komentarze (2)