Wyobraźmy sobie, że oglądamy sztukę teatralną. Powtarza się w niej następująca scena: jeden z bohaterów grający wysokiego, może Najwyższego Urzędnika w państwie ma tendencję do długich, monologów, nieokiełznanych żadną formą i graniczących z konfabulacją. Co więcej, podniecenony swoim talentem oratorskim, nie potrafi usiedzieć sekundy w jednym miejscu i biega stale po scenie. Słuchacze w milczeniu godzą się na ten rytuał, w końcu mają do czynienia z Najwyższym Urzędnikiem. Wszyscy z jednym wyjątkiem. Pewien Podwładny wstaje, za każdym razem, gdy wstaje również Najwyższy Urzędnik.
Wtedy, za każdym razem (powtarzalność buduje komizm), Najwyższy Urzędnik rzuca wściekle
"Proszę usiąść!".
"Nie mogę siedzieć, kiedy mój prezydent stoi" - odpowiada niezmiennie Podwładny.
Jako dramaturg uważam, ze powyższa scenka budziłaby mnóstwo śmiechu na sali. Pokazuje nadęcie urzędu, absurdalność zachowań polityków. Przy czym dostaje się każdemu, również Podwładnemu. Bo nawet jeśli wyśmiewa powagę, sam staje się nie mniej śmieszny, z racji uczestniczenia w tym rytuale oratorskim.
Nikt z widzów nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że tak naprawdę bohaterowie sztuki są kuracjuszami podrzędnego domu wariatów. Wręcz taka konstatacja dopełniałaby obraz, jaki właśnie stworzył się w umyśle odbiorców sztuki.
Oczywiście rozczarowuje trochę fakt, że podobne scenki dzieją się nie "w Polsce, czyli Nigdzie", ale w Polsce bardzo konkretnej - między Odrą a Bugiem, że spisali je dziennikarze "Dziennika". Rozczarowuje brak wyobraźni ewentualnego autora. Sztuka powinna wyprzedzać życie. Chociaż w przypadku, gdy analizuje się polską politykę warunek ten spełnić najtrudniej.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)