Od dwóch stuleci prawo zajmuje miejsce władcy absolutnego.
Prawo to dziwny sytem złożony z norm, luk, precedensów, możliwości, które produkuje nieobliczalna rzeczywistość, swoisty układ kanałów wodnych i wysepek połączonych mostami, legislacyjna Wenecja. Dokładniej mówiąc, raz Wenecja, innym razem Petersburg, a czasem zalane przez powódź Kłodzko. Nie zawsze łatwo i od razu można się połapać co właściwie powstaje w wyniku nawarstwiania się kolejnych kodeksów, ustaw, nowelizacji itd.
Polskie prawo to mieszanina legislacyjnych pozostałości po dwudziestuleciu międzywojennym, komunie, sugestii unii, inspiracji Stanami, przepychanek między lewicą a prawicą.
Czy powstaje z tego Frankenstein czy piękność po udanej i sensownej operacji plastycznej?
Niewidzialna siatka prawa przenika życie każdego. Z wizji jakiego człowieka, społeczeństwa i państwa powstaje polskie prawo? Jakiego człowieka chce formować, diabli wiedzą. Konstytucja coś tam sugeruje, co dokładnie, nie wiadomo.
A wypadałoby wiedzieć. Niestety taka refleksja jest nieobecna w polskiej myśłi prawnej, filozofii prawa. Jej brak maskują jakoby istotne, a w gruncie rzeczy personalne i partyjne przepychanki w ministerstwie sprawiedliwości, w prokuraturze krajowej, w sądzie najwyższym.


Komentarze
Pokaż komentarze