
W serii o muzyce jaką od pewnego czasu prowadzę piszę do bólu subiektywnie - przypominam płyty , które traktuję przede wszystkim jako wyjątkowe w kontekście całości polskiej muzyki ale także te do których mam stosunek emocjonalno - sentymentalny.
Nie ukrywam , iż "Legenda" jest dla mnie płytą jak to się mówi - "number one". Od pierwszego momentu kiedy ją poznałem , aż do dziś wywołuje u mnie silne emocje. Może nawet z wiekiem coraz bardziej ją rozumiem i czuję. Lata płyną a to dzieło stworzone u progu lat 90 tych nic nie traci ze swej siły i magii - brzmienie ani trochę nie trąci myszką. Jej piękno muzyczne i tekstowe jest na tyle uniwersalne , że jestem pewien , iż nasze wnuki będą się "Legendą " zachwycać
Nie będę tu pisał standardowej recenzji. Nie w przypadku tej płyty. Nazwiska, daty, miejsca - to każdy może sobie sprawdzić na wikipedii..
Muzyka z Legendy nie wiedzieć czemu kojarzy mi się z zimą. Kiedy ją słyszę za każdym razem widzę zimę i nocny spacer po chrupiącym śniegu w lesie. Dzwięki z "Legendy" to przełożona na muzykę mistyczna opowieść. Jest niczym soundtrack do duchowych rozmyślań. Jest jednocześnie pełna siły i witalności -ach ta waltornia zgrywająca się z riffami Brylewskiego jak dżin z tonikiem - ale jednocześnie podszyta jakimś jedynym w swoim rodzaju niepokojem , zamyśleniem by na koniec wybuchnąć potężną pigułą nadziei w postaci "Niezwyciężonego".
Nic tu nie jest powiedziane wprost. Wszystko można interpretować do woli ponieważ teksty Budzyńskiego na tej płycie to wg mnie najwyższej próby poezja. Wszystko jest niezwykle oryginalne - brzmienie, teksty, wokal , waltornia a połaćzone w całość. Dość pisania - zapraszam na podróż po "Legendzie":




Komentarze
Pokaż komentarze (5)