Nie lubię strasznie pytań typu: jaki/a jest Twój/a ulubiony/a artystka/a, potrawa, samochód, typ kobiety, miasto. Ogrom różnorodności jaki niesie ze soba świat i jego wytwory sprowadzają takie pytanie do banału. Bo coż odpowiedzieć na tak postawione pytanie skoro wszystko zależy od nastroju, pogody i stanu emocjonalnego danego dnia. Jednego dnia podoba nam się Cameron Diaz a innego pani z kasy biletowej. Naprawdę, zawsze mam potworny zgryz z wyborem czegoś co w moim mniemaniu góruje ponad resztą.
Jeśli chodzi o muzykę to miałbym z tym najmniejszy problem. Bez przyłozonego nawet pistoletu do głowy śmiem twierdzić, że najgenialniejszą postacią muzyki jest Jimi Hendrix.
Największym przestepstwem jakie zostało popełnionego wobec tego Artysty było ustawienie go na nietykalnym postumencie Sławy Wszelakiej. W jego przypadku najdobitniej pokazuje nam to jak tego typu zabiegi Wychwalające spłaszczają i utrudniają prawidłowa ocenę. Zapytajmy przeciętnego zjadacza chleba o Hendrixa. Co usłyszymy? Slogany typu - najlepszy gitarzysta w historii, geniusz i inne bla bla bla. Koniec, kropka. Postument, pomnik. Prawda o Hendrixie jednak leży zupełnie gdzie indziej.
Postawię tezę kontrowersyjną. Hendrixa tak naprawdę moga poczuć tylko i wyłącznie ci którzy kiedykolwiek mieli styczność z gitarą. Nie mówię tu o osobach które opanowały cztery podstawowe akordy umożliwiające granie przy ognisku. Mówię o zatwardzialcach którym udało się ten wspaniały instrument ujarzmić na tyle aby zagrac cokolwiek ponad wspomniane ognisko. Gdy już udało nam się wytrząsnąć z gitary jakiekolwiek składne dźwięki wtedy z pewnością zrozumiemy fenomen Hendrixa.
Hendrix nie był gitarowym wywijaczem w stylu Vaia czy Malmsteena. Z pewnością wielu gitarzystów biegało palcami po gryfie szybciej niż Jimi. Obalmy bezlitośnie mit o techniczej genialności Jimiego. Grał on często niechlujnie i w sposób jaki "zawodowcy" nigdy by nie zniżyli się aby zagrać. To okropny mit i legenda która zamazuje to co u Mistrza było najwazniejsze.
Umieścmy naszego bohatera w odpowiednim kontekście historycznym. W czasie gdy On rozpoczynał karierę gitara była mało poważnym instrumentem służącym jedynie do wygrywania rytmicznych grubo ciosanych akordów w czasie akompaniowania big beatowym zaspiewajłom. Hendrix jako pierwsza osoba w kosmosie pokazała inne zastosowanie tego kawałka drewna ze strunami. On był człowiekiem-muzyką a gitara była jedynie przedłużeniem jego muzyczej wrażliwości. Wygrywał na niej swoje uczucia, zmuszał ją wręcz do wyspiewywania każdego najmniejszego drgania duszy. Jego Fender wraz z włascicielem jęczał, łkał, spiewał falsetem lub po prostu szeptał.
Hendrix wielu kojarzy się z gitarowym onanizmem. Rzępolenie - często słyszałem takie opinie od ludzi którzy twórczość Jimiego zna z piątej ręki. Podczas gdy Jimi tworzył PRZEDE WSZYSTKIM piekne kompozycje. Gitarowy śpiew uzupełniał własnym. Bardzo wstydził się śpiewać bo uważał że nie umie tego robić. Jednak jego głos doskonale zespajał się z dzikością dzwięków wydawanych z gitary. Łagodził je wokalnie niczym sok malinowy łagodzi goryczke piwa.
Gitara Hendrixa - te wszystkie "szklanki" gitarowe, przebiegi, charakterystyczne mostki to po prostu rzecz jedyna w swoim rodzaju. Każdego grającego na gitarze nie może ominąć katorga próby zagrania intra do "Little wing". Każdego grającego na gitarze nie może nie zafascynować to jak można strunami opisać emocje. Nawet jak się tą "szklankę" uda w końcu sensownie zagrac to wtedy zrozumie się tak naprawdę że i tak nie da się tego zagrać jak Jimi. Po prostu się nie da. Wstepem do "Little wing" fascynowano się tak mocno że niektórym rzuciło się to na własne kompozycje - wystarczy posłuchać wstepu do "Under the bridge" Red Hotów.
No cóż. Kończąc zostawiam Was z najpiekniejszym wg mnie utworem świata , którego mogę słuchac w nieskończoność. Kwintesencja muzyki Hendrixa - czyli "Little Wing"




Komentarze
Pokaż komentarze (20)