Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
410
BLOG

Winda do nieba, z szyną do nikąd..

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 11

Lata temu – pod koniec lat 90-tych - podjąłem swoją pierwszą, nazwijmy to poważną posadę. Czas był to dzikien niezwykle, polski kapitalizm sięgnął dna bezeceństwa, a bezrobocie wśród młodych było przeogromne. Mnie udało się w końcu zahaczyć w pewnym „szacownym” przedsiębiorstwie – nazwijmy je dla porządku powiedzmy „Windy i Oszustwa”. Trudniła się ta firma (oprócz podstawowej działalności, która to polegała na wykańczaniu swoich pracowników na najróżniejsze wymyślne w swym okrucieństwie sposoby) podejrzanymi interesami polegającymi na projektowaniu urządzeń dźwigowych oraz ich szemranym wykonawstwem.

O firmie tej długo by opowiadać. Z pewnością kiedyś uczynię szerszy wpis na jej temat, gdyż koniecznie należy ocalić ją od zapomnienia. Dziś jednak chciałbym poświęcić notkę jednemu z epizodów, który mi się przypomniał – a który to epizod miał miejsce tuż na początku mojej przygody zarówno z pracą na stałe, jak i z ową firmą „WiO”

Szefem tejże firmy był niejaki R. Okropna i wręcz komiksowa postać, żywcem niemal wyjęta z rozkładówki Der Stũrmera. Rodzący się nowy typ polskiego biznesmena – pretensjonalny, żenujący i głupi. Wielki, świński blondyn z non stop podniesionym na sztorc kołnierzem marynarki garnituru, oraz z wetkniętą w ucho słuchawką ( wchodzącego wtedy w ogóle na rynek jako bajer ) zestawu głośnomówiącego.

Jeden z pierwszych moich dni w tej utylizatorni pracowników. Otwierają się drzwi, i do środka wchodzi R. z miną Reinharda Heydricha, a tuż za nim podąża łańcuszek przydupasów – asystentów. Tuż za R. szedł, choć lepiej byłoby użyć słowa pełzł, jego najobrzydliwszy i najgłupszy jednocześnie z przydupasów. Prawa ręka R. - niejaki J. Małe świńskie oczka zatopione w pokrzywionej głowie, okulary typu denka od butelek, pod pachą kołonotatnik i jednocześnie pełna gotowość do służalczego zapisywania złotych myśli swego ukochanego szefa.

Kanalia ta była zdolna do wykonywania najgorszych i najbardziej ohydnych poleceń swojego pryncypała.

Weszli wszyscy i coś żywo dyskutują. Pracownicy siedzą przy swoich stanowiskach, i na wszelki wypadek unikają wzroku dowódcy obozu pracy. Nagle słyszę – „Ty, chodź no tu”. Głowę mam opuszczoną jak inni, ale czuję że to polecenie skierowane jest do mnie. No i nie jest inaczej. Ledwo ciepły podchodzę do Himmlera i do jego pomagierów. J. wyciąga zza pazuchy skserowaną stronę z tablic zawierających wykaz profili stalowych. Jego serdelek palca wskazuje jakiś tam typ szyny stalowej – znajdź nam taki profil na warsztacie, potrzebny jest – pada bezwzględny rozkaz. Robię się nieco blady.

Pytam nieśmiało – a gdzie go mogę znaleźć? No jak to gdzie, na złomie, za magazynem – pada rzeczowa odpowiedź. Masz 15 minut na to – dodaje ze spokojem ten wieprz.

Wybiegam pędem z biura. Firma wynajmowała piętro w jakichś starych budynkach fabrycznych na Woli. Wszędzie wysokie pomieszczenia, cegła, i nie kończące się korytarze. Labirynt korytarzy.

Biegnę na dół, wpadam na warsztaty. Chcę wybiec stamtąd wprost na ten magazyn który jest gdzieś na zewnątrz. Przebiegam przez jakieś pomieszczenia niby fabryczne, gdzie rozmaici robotnicy coś z mozołem spawają, tudzież wycinają ze stali na potężnych, huczących maszynach. Przeskakuję niczym cyrkowiec przez jakiś potężny snop iskier który buchnął nagle spod jakiejś obrabiarki wprost na mnie.

Sprawy miały się jednak źle. Za kolejnymi drzwiami był kolejny warsztat, albo kolejny korytarz z kolejną setką drzwi do otworzenia.

Nagle cud. Wybiegam na podwórze. Stoję przed owym magazynem. Czuję iż leje z nieba zimny marcowy deszcz. Przede mną piętrzą się hałdy zardzewiałej stali w postaci różnych profili, płaskowników lub prętów. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko rzucić się w to morze pordzewiałego złomu, i spróbować dokonać czegoś czego nie da się dokonać. Czyli odnaleźć w tym morzu konkretną zardzewiałą igłę. I to w 15 minut.

Mała dygresja jeszcze – ten magazyn pamiętam z jeszcze innego powodu – kiedyś, jakiś czas spory później tworząc zestawienie stali do któregoś z projektów, błędnie zarachowałem konieczną ilość potrzebnej doń stali. Byłem młody, sporo imprezowałem i często różne rzeczy dwoiły mi się w oczach. Wtedy rozdwoiło mi się zero, i zamiast 60 kg wpisałem tych kilogramów równo 600. Nikt tam nie wchodził w niuanse – wpisaną sumę sumiennie zamówiono i dostarczono. Niepotrzebne nikomu 540 kg blachy stalowej leżało i dogorywało, rdzewiejąc na owym magazynie w takim miejscu, iż widziałem je codziennie wchodząc rano do budynku i z niego wieczorem wychodząc, paląc tym samym moje sumienie do żywego. Koledzy śmiali się, iż wybudowałem sobie za free pomnik za życia. Ta blacha pewnie do dziś tam leży.

Wracajmy jednak do meritum. Kiedy rzuciłem się szczupakiem na te hałdy stali przez myśl przemknął szybko niepokój związany z dwoma faktami. Pierwszy był taki, iż tego dnia wystroiłem się w gustowne sztruksy w kolorze ecru. Już po pierwszej minucie nie dość że nasiąkły zimnym deszczem i okleiły mi się wokół nóg pętając mi je nieco, utrudniając i tak nie łatwą ma sytuację, to również występować na nich poczęły potężne rdzawe ślady, które pozostawiały odbite na nich stalowe pordzewiałe profile wśród których brnąłem po uda. Po chwili do mojej głowy dotarł gorszy jeszcze, drugi fakt. Zapomniałem mianowicie w pośpiechu zabrać ze sobą tego ksera z informacją jakiego profilu to mam szukać..

Zasępiłem się chwilę – ale co tam. Na szczęście zapamiętałem cudem jeden z parametrów, który mogłem sobie potwierdzić za pomocą zabranej ze sobą zapobiegliwie suwmiarki.

Słuchajcie. Do dziś nie wiem jak, ale po kilkunastu minutach poszukiwań znalazłem w bezmiarze pordzewiałego złomu taką właśnie szynę. Była brudno-brązowa, i co gorsze jeszcze, choć miała mniej niż pół metra długości była potwornie ciężka.

Nie posiadając się z radości z tego faktu wywlokłem to pieruństwo, i począłem z nim dokonywać natychmiastowego odwrotu gdyż przydzielony mi czas ubiegał nieubłaganie. Robotnicy na warsztatach znów widzieli tą samą tajemniczą postać przemykającą przez kolejne warsztaty tym razem jednak biegnącą w przeciwną niż wcześniej stronę, zostawiając za sobą potężną kometę iskier wydobywającą się spod ciągniętej szyny.

Kiedy umordowany jak nieszczęście byłem już na górze, ujrzałem w długim korytarzu odchodzącego gdzieś R. i jego świniarzy. Pomyślałem iż uznali że nie zdążyłem na czas, i idą sobie, a ja jestem skończony tutaj.

Halo, halo, tutaj, jestem, pędzę !! – darłem się z daleka. Doholowałem do nich szynę, a oni nawet się nie raczyli odwrócić, choć musieli przecież słyszeć mój krzyk rozpaczy. Jeśli nawet nie to zgrzyt szyny po posadzce musieli słyszeć z pewnością. Dobiegłem do nich resztkami sił..

Klepnąłem odważnie J. w ramię, żeby jednak powiadomić zarówno o moim triumfie, jak i dumnym przybyciu. Rzuciłem żelastwo im pod nogi tak jak się rzuca Królom trofeum z bitwy albo jakiegoś ubitego tygrysa, po czym zacząłem sapać w niebogłosy trzymając się z wysiłku pod boki.

Wtedy R. i J. odwrócili się ku mnie na krótką chwilę. Spojrzeli się to raz na mnie, a po chwili na leżącą pod ich stopami zardzewiałą szynę. Na ich twarzy zauważyłem dziwną obojętność.

R. szybko się odwrócił i zaczął iść dalej, nie wykazując choćby minimalnego zainteresowania moim heroizmem. J. natomiast tylko machnął ręką, po czym rzekł od niechcenia – Ach, to już niepotrzebne, poradzili sobie inaczej na budowie...

Wsiadłem na tą szynę niczym na miotłę i odleciałem w szczęśliwy niebyt.

 

PS. Sztruksy się nie doprały.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (11)

Inne tematy w dziale Rozmaitości