Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
425
BLOG

Sen:

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 27

 

Idę wieczorem po jakiejś ulicy. W dłoniach trzymam rzemienne smycze, na których uwiązane mam – po trzy w każdej dłoni – potworne i rwące się do walki psy. Czuję potężną siłę w sobie i w dłoniach. Nikogo się nie boję. Wchodzę w najpaskudniejszą ulicę.

Mijam moją, nieżyjącą od lat czternastu babcię idącą do pracy. Pyta mnie – gdzie ty idziesz, ubierz się cieplej bo się znów przeziębisz. Ja odpowiadam – babciu, wrócę za pół godziny, tylko zrobię mały obchód.

Naprzeciw mnie stoi człowiek, a wokół niego biega równie duży co me brytany, pies. Omijam tego psa i jego właściciela bokiem, ocierając się plecami o zimny tynk ściany kamienicy, gdyż ulica zaczęła się nagle zwężać w oczach. Orientuję się, że moje dłonie są już puste, a rzemienne smycze wiszą mi luzem z kieszeni. Moich brytanów już nie ma ze mną.

Pies krąży wokół mnie, a człowiek ten nie patrzy na nas, tylko grzebie głęboko w kieszeniach, szukając tam czegoś.

W końcu – tak jak przeczuwam – pies ten wbija mi się w udo kłami niczym w miękki połeć wieprzowiny. Nic nie boli, przeszkadza mi tylko ciężar uczepiony przy mym udzie i utrudniający mi dalszy spacer.

Macham nogą i odrzucam to wściekłe, ciężkie i śmierdzące deszczem, drżące jeszcze od agresji bydlę gdzieś daleko. Uderza głucho kręgosłupem o ścianę, i pada martwe. Idę dalej.

Przechodzę jeszcze kilka kroków. Znajduję się na praskiej Malej Stranie. Czuję spokój i zadowolenie z faktu, iż niespodziewanie się tu znalazłem. Siadam na swojej ulubionej ławce, a przypadkowy łabędź wychyla do mnie szyję wprost z Wełtawy i domaga się stanowczo bułki. Podaję mu ją. On przeżuwa ją dziobem, a ja wstaję i unoszę ręce wysoko. Wyskakuję w powietrze...

Budzę się.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (27)

Inne tematy w dziale Rozmaitości