Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
417
BLOG

Miłość kasjera

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 18

P. był kasjerem tak samo jak kasjerem był jego ojciec, i jak wcześniej również był kasjerem jego dziad. P. był kasjerem skrupulatnym i obowiązkowym, podobnie jak dumni z niego kasjerscy przodkowie. Choć kasa w której pracował P. znajdowała się na niewielkim dworcu, w równie niewielkiej mieścinie, nie przeszkadzało to P. wykonywać swych obowiązków, nie tylko z pedantyczną dokładnością, ale i z niezbyt często występującą w tym fachu szczyptą fantazji.

W pracy P. zjawiał się zawsze punktualnie, z precyzyjnie podstrzyżonym wąsikiem, w wyglancowanych butach, a kiedy otwierał swoje okienko zwykł pogwizdywać sobie przy tym skocznego czardasza.

Klienci odchodzili zwykle od jego kasy zadowoleni ze sposobu w jakim zostali obsłużeni, a żegnał ich przy tym dobiegający zza okienka wygwizdywany skoczny czardasz.

Wszystko do tego momentu toczyło się niezwykle pięknie. Pewnego dnia kasjer ten jednak popełnił błąd. Tego dnia pod jego okienkiem stanęła bowiem pewna pani i zażądała biletu do Petersburga.

Zanim wyjął odpowiedni blankiet zerknął na nią nieopatrznie i stało się – zakochał się. Zakochał się trzeba powiedzieć zresztą w sposób bezdennie głupi. Jego uczucie nie dość że karkołomne i bezpodstawne z tysiąca powodów o których nie warto tu wspominać, nie miało przecież w praktyce żadnych szans na jakieś dłuższe istnienie.

P. nie mógł rościć do owej pani pretensji o odwzajemnienie swych uczuć chociażby dlatego, gdyż pani ta nie dość że nie mogła go usłyszeć – bowiem zamontowano w okienku kasowym specjalne elektryczne urządzenie do wzmagania głosu kasjera, co sprawiało iż klient stojąc przed tymże oknem słyszał w odpowiedzi na swoje żądania jedynie mechanicznie zniekształcony i skrzekliwy dyszkant o nieprzyjemnym brzmieniu – to nie mogła go też w ogóle dostrzec. Szyba kasy od zewnątrz była już tak zmatowiona oraz zanieczyszczona, iż nie nadawała się już do jakiegokolwiek naprawienia bądź wyczyszczenia, a jedynie do wymiany. P. starał się o to zresztą. Nie pomagały jednak wielokrotne monity które P. słał do centrali w tej sprawie.

P. widział ją natomiast doskonale. Lata wcześniej, w czasie trwania swej pracy metodycznie wyskrobywał sobie dzień po dniu, w tej omszałej szybie, małą, niepozorną dziurkę tak jak gdyby już zawczasu przeczuwał, iż w przyszłości stać się ona mu może niezbędna. Zobaczył więc ową panią wtedy tam bez żadnych przeszkód. Ujrzał wpierw dokładnie poprzez wspomnianą szczelinę jej oko, które ślizgało się po matowej szybie.

Oko to zaciekawiło go. Potem nauczył się siadać na swoim fotelu, tak aby dostrzegać podczas jej wizyt kolejne szczegóły jej twarzy.

Pani ta, przychodziła do kasy rzadko ale regularnie – rytm jej wizyt wskazywał iż najprawdopodobniej podróżowała służbowo. Cóż to jednak za tajemnica dla naszego zdolnego kasjera. Wnet nałożył jej daty zakupów biletów na siatkę rozkładu jazdy, ściśle zarachował dni oraz godziny kiedy się pojawiała, z rozmachem strzelając przy tym kulkami liczydła, i tym samym dostroił się do niej niczym fortepian. Już na dzień przed jej przybyciem miał przygotowany dla niej precyzyjnie wykaligrafowany blankiet z antycypowaną datą i miejscem przeznaczenia – po to aby nie musieć trudzić jej w decydującym momencie zbędnym czekaniem. Blankiet ten leżał zawsze na honorowym miejscu jego kantorka.

Kiedy przychodziła i informowała go o chęci zakupu biletu, to on celebrując każdą sekundę tej chwili, dobywał blankiet i powoli wsuwał go w otwór w szybie, po czym przesuwał go do przodu. Wtedy czuł że blankiet zostaje z drugiej strony delikatnie uchwycony, a potem lekko pociągnięty, by po chwili zniknąć całkiem w tymże otworze. Nie musiał już patrzeć po jakimś czasie w ową wydrapaną szczelinę w szybie. Doskonale tę panią bowiem już znał.

Jej ton głosu miał rozpisany na nuty i mógłby w każdej chwili odegrać go wraz z kwartetem smyczkowym, gdyby tylko ktoś mu to nakazał i zebrał przy tym chętną do słuchania publiczność. No i gdyby umiał grać w takim kwartecie – aczkolwiek z pewnością szybko posiadłby tę umiejętność.

Wiedział bezwzględnie również w którym słowie przesunie ona akcent, a jej zmiękczenia spółgłosek odgadywał bez pudła. Czasami widział poprzez swoją szczelinę jak promień światła z hali kas załamuje się rwącym cieniem wobec kosmyka jej włosów spływających po bladym policzku i znikającym tuż u krańca owej szczeliny.

P. wprowadził w swoje sprawy jedynie panią G. Sprzątaczkę dworcową, która jako jedyna wydała mu się, nie wiedzieć czemu, godna zaufania. Opowiadał jej o tym wszystkim, a ona słuchając wysypywała pety z popielniczki do kosza, kręciła tylko głową i mówiła mu – Panie P. skończysz pan marnie, zaprzestań pan tego. Po czym opowiadała po raz wtóry tą samą rzewną opowieść, jak to jej syn pobrał się dwa lata temu ale owdowiał gdyż żona jego, która pracowała jako praczka, śmiertelnie poparzyła się wrzątkiem. P. w tym czasie melancholijnie trącał struny mandoliny.

W końcu jednak, P. zrozumiał że nigdy poza ten stan się nie wychyli. Matowa i brudna szyba wyznaczała mu jego świat, poza który przeniknąć nie potrafił – choć w rzeczy samej wystarczyło by rozbić ją jednym solidnym kopniakiem. Nie był jednak do tego zdolny. Popadał więc w coraz większy frasunek. Z sumiennego kasjera przeistoczył się niebawem w bumelanta i fuszera. Stał się opryskliwy i nieprzyjemny. Klienci sieci kolejowej skarżyli się odtąd na niego wielokrotnie kierownictwu.

Ktoś tam zamiast do Mińska, na wskutek pomyłki P. pojechał do Kłajpedy, a inny ktoś spędził całą noc na jakiejś podejrzanej stacji, gdzieś na zapadłej prowincji, uprzednio będąc wyrzuconym z pociągu, gdyż na bilecie wystawiono nieprawidłową datę rozpoczęcia podróży. Z okienka kasy nie dolatywał już skoczny czardasz a raczej ponure psalmy.

Co gorsza P. się rozpił. Początkowo koił swoją duszę pijąc wódkę z kieliszków, potem już ze szklanek, by na koniec sączyć ją wprost z utrącanych o ścianę szyjek pokaźnych butelek. Kiedy tylko wracał z pracy, wkładał sobie do ust końcówkę szlaucha i pod ciśnieniem pompował w siebie spirytus, którym bulgotał potem krążąc po mieszkaniu niczym indor. Po tym wszystkim zawijał się w dywan i aby sąsiedzi nie mogli słyszeć jego skowytu trwającego aż do świtu, staczał się z góry, z piątego piętra gdzie mieszkał, po schodach aż do piwnicy. Tam zwykle znajdował go przychodzący do pracy palacz.

To nie mogło trwać wiecznie. Pewnego dnia wezwał go do siebie kierownik stacji. Gdy P., a w zasadzie jego były cień, zjawił się w gabinecie z oklapniętym i nie przystrzyżonym wąsikiem, westchnął kierownik tylko ciężko, oparł głowę na dłoniach, a te za pomocą łokci na blacie biurka. P. rozpoznał po tym że nie czekają go tym samym dobre wiadomości.

 - Mój drogi panie P - zaczął kierownik. Sprawa jest taka mianowicie. Moja żona ma doskonałą krawcową. Nie patrz się pan tak. Żona szyje u niej gustowne garsonki więc i często u niej bywa. Krawcowa ta to kobiecina gadatliwa ze wszech miar. Dni parę temu zgadały się z żoną najczystszym przypadkiem, iż krawcowa ta ma siostrę. Niejaką G. Ta G. pracuje u nas - jak pewnie doskonale wiecie, jako sprzątaczka. Cóż, nie róbcie pan takich dziwnych oczu. Tak, tak. Wszystko wiem. Kobiety, musisz pan panie P. wiedzieć mówią sobie dokładnie wszystko. Kobiety potem mówią o tym wszystkim swoim mężom, kiedy nalewają im z wazy zupę wprost do talerza..

Potem kierownik wstał ciężko zza biurka, podszedł do okna i odsłonił zasłony. Akurat przed oknami przejeżdżała lokomotywa ciągnąc za sobą wagony towarowe oraz kometę siwej kłębiastej pary

- Powiem panu, panie P. tak. W tej pracy – a mówię tu o pańskiej profesji – nie można popełnić błędu, ściślej mówiąc, pewnego rodzaju błędu. Można się bowiem jako kasjer pomylić z biletem, z wypisywaniem ksiąg czy opracowywaniem zmian kasjerskich. Tu się można i owszem pomylić. Nie wolno jednak pod żadnym pozorem patrzeć na klientów. Taki kasjer, który to miewa podobne ciągoty jest w tym zawodzie skończony...

- A więc jestem skończony. Tak. - zgodził się P. kładąc dłonie na kolanach. Wstał z krzesła, lekko się skłonił – A więc żegnam, nigdy więcej mnie tu nie zobaczy nikt...

Kierownik nie zdejmując wzroku z przejeżdżającej lokomotywy rzekł spokojnie.

- Proszę ani drgnąć panie P. Nie skończyłem jeszcze z panem. Jako kasjer jesteście skończeni. Ale pozostawiam was w służbie. Jako mojego zastępcę tym razem..

P. klapnął ciężko z powrotem na bordowe obicie krzesła.

- Póki co będę miał was na oku i wdrażał będę sumiennie w pracę stacji. Za rok odchodzę na emeryturę i myślę iż mnie nie zawiedziecie kiedy przejmiecie w pełni moje obowiązki.Spojrzał wtedy pytająco w kierunku P.

Ten złożył dłonie ze sobą tak jakby szykował się do wybicia sobie samemu solidnych braw. Powiedział w końcu:

- Tak. Niech tak się stanie.

 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (18)

Inne tematy w dziale Rozmaitości