Pierwsza połowa lat 90-tych. Wycieczka w szkole średniej do Zakopanego. Nocleg w Poroninie. Zabieramy ze sobą kilka butelek po wodzie mineralnej – wszystkie wypełnione są czystym spirytusem. W jednej tylko, jest także spirytus, tyle że rozrobiony pół na pół w wodą. Kolega, kiedy rozpakowujemy się w pokoju, stawia te butelki beztrosko na stoliku przy oknie, gdzie stoją tak sobie półtorej przeszło dnia. Nie wzbudzają niczyjej ciekawości – ot zwykłe butelki z wodą mineralną. Po co się kryć z alkoholem na szkolnej wycieczce? Trzeba sposobu. Główka pracuje, nie ma co.
Koleżanka z innej klasy gania się po hotelu z kolegą. Wpada zasapana do naszego pokoju. Widzi na stole wodę mineralną, a jej strasznie chce się pić. Sięga po jedną z butelek, otwiera i przechyla solidnego łyka. Kiedy momentalnie robi jej się czerwono przed oczami, w panice sięga po drugą. Szczęście w nieszczęściu iż tym razem trafia na tę w której spirytus był już rozcieńczony. Cucimy ją przez dobrą godzinę. Potem utrzymuje, że nie pamięta żeby w ogóle wbiegała do jakiegoś pokoju.
Wreszcie wieczór i noc. Zasiadamy w naszym pokoju w pięciu. Zaczynamy pić w sposób taki, iż zdawać się mogło, że mamy zamiar popełnić zbiorowe samobójstwo. Do naszego pokoju – nikt nie pomyślał o tym żeby przekręcić w drzwiach klucz – wpada wychowawczyni. Awantura. Mi się udaje, bo w czasie tego nalotu jestem właśnie w łazience na korytarzu i rozrabiam następną butelkę spirytusu. Czynię to nad umywalką i korzystam z bieżącej wody kranowej. Przepisy Sanepid-u przede wszystkiem.
Poranek. To nie kac. To chyba stan w którym ciało znajduje się tuż po wypisaniu przez lekarza aktu zgonu. Stołówka i śniadanie. Usiłuję jeść parówki które nie posiadają żadnego smaku. Wypijam więc kilka łyków herbaty – ta również nie ma smaku, choć wsypałem do niej sześć łyżeczek cukru. Martwię się czy poprzedniego wieczoru aby nie wypaliłem sobie nieodwracalnie kubków smakowych. Kolega obficie zalewa parówki keczupem. Kiedy patrzę pytająco odpowiada – spróbuj, to pomaga. Ktoś wybiega szybko ze stołówki – najprawdopodobniej poszukując toalety.
----
Wtaczamy się gdzieś pod górę trzymając się ku własnemu pokrzepieniu za ramiona. Ktoś mówi że mamy oglądać jakieś Morskie Oko czy coś w tym stylu. Oglądam się za siebie – za mną blady trup próbuje iść pomagając sobie rękoma. Przede mną dwa takie same truposze tyle że z wyciągniętymi rękoma wprzód. Cała czereda przypominała wycofujące się spod Maciejowic wojsko. Na czele wycieczki kilku lizusów uwieszonych na nauczycielach.
Schronisko. Dużo tam ludzi. Nie widzę na oczy. Siadam na pierwszym lepszym wolnym krześle. Po chwili orientuję się że mam niebywałe szczęście. Usiadłem przy tym samym stoliku przy którym siedział najprawdziwszy Anioł. Anioł jadł batona i czytał książkę. Miał na czerwono pomalowane paznokcie.
Rozejrzałem się wokół za jakąś odsieczą. Obok mnie zobaczyłem tylko kolegów trzymających się za głowy i zupełnie nie zainteresowanych moim szczęściem w jakim aktualnie się znalazłem. Anioł zaczął mi się nieco przyglądać. W tej sytuacji zachowałem się jak zwykle. Czyli zacząłem odgrywać komedię pt. Jak To Ja Cię Nie Zauważam, I Jak To Ja Jestem Obojętny Na Twój Urok.
Próbowałem posłodzić sobie herbatę którą mi dostarczono. Wysypałem pierwsze dwie łyżeczki obok szklanki – trudna to sztuka, posłodzenie herbaty w takich okolicznościach. Wyciągnąłem się więc w krześle i udałem że obserwuję pejzaż zaokienny.
W tym momencie wystąpiły pierwsze trudności. Mam tak, że jak tylko wejdę z zimnego w ciepłe poczyna mi, pisząc kolokwialnie, cieknąć z nosa. Próbowałem się ratować jak mogłem. Nie pomogły zupełnie potężne siorbnięcia nosem, przygłuszane nieudolnie głośnym chrząknięciem i tupnięciem traperem w dechy podłogi. Zacząłem się wiercić w krześle. W pewnej chwili, w akcie desperacji wbiłem sobie palce do dziurek nosa, czując że za chwilę po prostu spłynie mi po twarzy glut wielkości Morskiego Oka czy jak to się tam zwie.
Nagle Anioł otworzył plecak, coś tam pogmerał, wyciągnął paczkę chusteczek, po czym podał mi ją uśmiechając się przy tym życzliwie. Nie bawiłem się w konwenanse przesadne. Wyrwałem Aniołowi tę paczkę, rozerwałem ją dziko i wyszarpnąłem kiść chusteczek, wbijając w ich kłąb twarz i wydmuchując w nie wszystko co miałem w nosie, prawie że razem z mózgiem.
Wrzuciłem to wszystko do kosza, po czym uśmiechnąłem się do Anioła z wdzięcznością, a Anioł uśmiech odwzajemnił. Tu rozpoczął się mój marsz pogrzebowy. W swojej głupiej skacowanej głowie umyśliłem sobie ( przepraszam, czy jest na sali jakiś medyk? ) iż Anioł mnie zagaduje gdyż jestem taki wspaniały. Tak, naprawdę tak pomyślałem – to żywy dowód na to iż nie rozporządzamy sami tym co się roi w naszych umysłach.
Zaczęliśmy rozmowę w stylu „How are you doing” w których to rozmowach jestem cienki jak papier. Jednakże wciąż było fajnie. Widziałem że koledzy się ożywili i obserwowali naszą wymianę głupotek niczym mecz tenisa na Rolland Garros. Głowy w lewo, głowy w prawo.
Kiedy już czułem że jestem tak wielki jak Giewont x 2 uznałem iż przyszedł już właściwy czas na powiedzenie jakiegoś kompletnego nonsensu. Mój nonsens był tak okrutny, iż po wypowiedzeniu go aż zadrżały sztućce i talerze na stolikach obok, a nawet zadygotały szyby w oknach. Nie wiem nawet czy nawet oscypki na Krupówkach się nie przeraziły.
„Sama tutaj jesteś?” - zapytałem, po czym złapałem w rozpaczy swoją głowę dłońmi kiedy sam usłyszałem swoje własne słowa.
Wtedy Anioł zadał tak zwany cios kończący. Prawie że słyszałem przed tym zdaniem które wypowiedzieć miał za chwilę, rytmiczne skandowanie publiczności niczym w meczu siatkówki przed ostatnim serwisem - „O-sta-tni ! O-sta-tni ! O-sta-tni!.”
-Nie, z chłopakiem. Poszedł kupić mi herbatę i pączka.
-----
Sturlaliśmy się z tego Morskiego Oka czy jak to się tam zwie. Nie mieliśmy już sił nawet pełznąć.
Padliśmy na swoich łóżkach. Ktoś zgasił światło. Po chwili bzyknęła w ciemności zapalniczka. Kolega zapalił papierosa leżąc pod kocem.
To co, pijemy? - zapytał z szelmowskim uśmiechem.
----------



Komentarze
Pokaż komentarze (17)