Wraz z każdym kolejnym rokiem coraz gorzej znoszę gęstniejącą już od listopada atmosferę przedświąteczną. Mówię tu nie tylko o tym że zewsząd wypada - jak to nazywa Czarek - czerwony bałwan z siwą brodą. Chodzi mi bardziej o to co się w tym czasie zaczyna dziać z ludem pracującym.
- Kupiłeś już wszystkie prezenty? Popatrz ja dostałam dla siostry taką przecudowną bluzeczkę w przecenie w H&M. Jeszcze muszę kupić coś ojcu, może wiertarki tanie będą w Praktikerze..Ach, te święta. Człowiek taki zagoniony, wciąż zakupy, gotowanie, jedzenie a potem sprzątanie. No a Ty? No mów. Co jeszcze musisz kupić?
Odpowiadam grzecznie iż jako osoba niewierząca nie obchodzę tych świąt jako takich. Dopowiadam że jednakże dni te sprzyjają -nawet dla takiego taniego drania jak ja - pewnego rodzaju refleksjom. Przyjemne jest też pewnego rodzaju zatrzymanie się codziennego pędu. Kiedy widzę coraz szerzej otwierające się ze zdumienia oczy, dodaję coś jeszcze. Wyrażam zdziwienie faktem, iż osoba która deklaruje się jako wierząca, nie potrafi wznieść się ponad obkupywanie rodziny tandetą i zajadanie się rybą zatłuczoną młotkiem.
Gdzie ci ludzie wszyscy pędzą? Dokąd? Widzę wszędzie ludzi z obładowanymi reklamówkami i ze złością wypisaną na twarzach. Jak co roku. Najważniejsze są prezenty i budowanie rodzinnej atmosfery - choć z pewnością najchętniej utopiłby jeden z drugim wujka w talerzu z wigilijnym barszczem.
W kolejce słyszę mimochodem jak jakaś zażywna jejmość opowiada drugiej jak to u niej w "korpo" świętuje się Wilię. Opowiada żywo - firma wykupuje im jakiś hotel na Mazurach. Kuligi, pieczenie barana przy ognisku, dyskoteki, sauny, peelingi i spa. Na koniec "wspólna kolacja wigilijna". Paniusia ubolewa że musi wydać 1400 zł na nową sukienkę, "bo przecież nie pokaże się w takiej samej co w zeszłym roku". Koleżanka kiwa głową ze zrozumieniem.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)