Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
340
BLOG

Urzędnik ( cz.II )

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 8

Czesc_I

 

 Urzędnik cz. II

(rys. MarcinKK )

 

 

Nie było to jednak najgorsze z tego, co mnie spotkało podczas mojego gospodarowania na owych ziemiach. Kiedym już wychodził na prostą drogę, uporządkowałem moją posesję po zimowych wyniszczeniach, i mogłem w spokoju wychodzić na niewierną glebę, aby tam cierpliwie szukać płodów, zrozumiałem wówczas że nie jestem jedynym gospodarzem na mych terenach.

Którejś ze spokojnych nocy, wróciłem z pola ledwo powłócząc nogami. Nie miałem nawet siły odrzucić z rąk wideł, które wniosłem do izby, po czym zwaliłem się ciężko na łózko wraz z owymi widłami przy sobie, natychmiast zapadając w ciężki i głęboki sen. Coś jednak za niedługo mnie przebudziło. Spod otwartej powieki obserwowałem ciemność mojej izby, dosłuchując się gdzieś z tej głębi dziwacznego ni to chrobotu, ni to stukotu. W pierwszej chwili, w malignie, pomyślałem iż to moja chałupa pragnie rozmowy ze mną. Nie chodziło o to jednak.

Dokładnie na środku izby, tam gdzie na podłodze światło księżyca rozpostarło blady kwadrat, jedna z desek unosiła się raz za razem, jakby uderzana czymś od spodu. Strudzony, będąc jeszcze trochę w śnie, przyglądałem się ze spokojem temu dziwnemu wydarzeniu. Deska podskakiwała coraz żywiej, aż w końcu wypadła ze swojego miejsca. Ze szczeliny spomiędzy desek wychynęła obrzydliwa mała szczurza główka, której rozświetlone księżycem oczka biegały opętańczo wokół swych osi. Zwierzę to, z trudem wycisnęło się z tej zbyt wąskiej dla siebie dziury i po chwili znajdowało się już w środku mojej chałupy.

 

 

Całe to stworzenie było tak paskudne i pokraczne, iż nie na żarty się przelękłem. Usiadło na tylnych łapach, przednie wysuwając lekko do przodu, opierając je na opasłym brzuchu. Świeciło się całe od wilgoci, jakby przed chwilą wylazło wprost z rury kanalizacyjnej. W końcu spojrzało na mnie, a wtedy instynktownie zamknąłem moje otwarte dotąd oko.

Wtedy, ruszyło to coś w moim kierunku. Słyszałem głuchy grzechot drapiących pazurami po deskach łap, który to grzechot zbliżał się do mnie, i zbliżał nieubłaganie. Szczur ten, nie mógł w istocie mi wyrządzić żadnej wymiernej krzywdy, jednak myśl iż zbliża się do mnie, oraz iż był to jednak w końcu najprwdziwszy napastnik nachodzący moje domostwo, nieubłaganie sprawiła że zacisnąłem mocniej dłoń na trzonie wideł, które nadal szczęśliwie miałem przy sobie. Kiedy poczułem w pobliżu wilgotny smród mokrej sierści, błyskawicznie podniosłem jedną ręką widły i z zamkniętymi wciąż oczami, ugodziłem w miejsce, gdzie jak się spodziewałem, musiało to okropieństwo wtedy być.

Nie myliłem się. Kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem jak dobite widłami do podłogi, ruszało jeszcze przez moment łapami, by po chwili przestać się miotać zupełnie, a jego oczy wnet zaszły mgłą. Wtedy zerwałem się z wrzaskiem, wyrwałem widły wraz z trupem, po czym wybiegłem po nocy daleko w pole, gdzie ryłem niemal do świtu głęboki dół by tam zasypać bestię. Wróciłem nieprzytomny i znów zasnąłem szybko.

Rano, kiedy oporządzałem bydło, i wstały już pierwsze promienie słońca, zajrzałem pod deskę którą wybił mój nocny nieproszony gość. Wtedy to moje czoło zrosił pot. Pod deską tą znalazłem tunel wyryty w ziemi pod moją chałupą, opadający pionowo w głąb. Poświęciłem pół następnego dnia gdy zasypywałem ten tunel ziemią przynoszoną z pola. Sprawę tym samym uznałem za skończoną.

Myliłem się jednak.

 

 

Wkrótce okazało się że tuneli podobnych jest pod moim domem więcej, a z czasem ich jeszcze przybywa. Kiedy wracałem z pola po pracy, odkrywałem kolejne naruszone miejsca w podłodze. Co gorsza zacząłem też zauważać, iż wyłażące z nich potwory coraz pewniej zaczynały się czuć się w moim przybytku podczas mojej nieobecności. Znajdowałem leżące na podłodze i ponadgryzane szczurzymi zębami produkty którymi się żywiłem, a podłogę mojej izby znaczyły małe, pazurzaste ślady, odbite np. w soli, w którą musiało któreś z bydlaków nieopatrznie wleźć i pokazując mi tym samym niezbicie drogi którymi krążyło po moim domu. W oborze gdzie trzymałem zapasy, z poprzegryzanych worków sypało się proso, którego i tak było coraz mniej bowiem kreatury te wykazywały się wyjątkową żarłocznością.

Nie wiedziałem co robić. Myślałem aby zdobyć jakąś truciznę – tu jednak na przeszkodzie stawał fakt, iż musiałoby się to łączyć z daleką wyprawą do odległego miasta, na co w ogóle nie wykazywałem chęci. Zasypywałem więc ze znojem kolejne, wciąż i wciąż powstające tunele, ale nie starczało mi już wkrótce na to sił, bo i tak na miejsce jednego pojawiały się niebawem trzy nowe. Po czasie jakimś nie miałem już i na to energii. Wychodziłem jak zwykle o świcie w pole, ale nie posiadając mocy do pracy, wykończony walką z tunelami, kładłem się tam gdzieś na ziemi i spałem do wieczora. Gospodarkę zapuściłem przez to tak mocno, iż wkrótce ja sam zaprzestałem prawie jedzenia, a to co co wyprodukowałem i tak oddawać musiałem szczurom.

Bydlęta te poczuły się tak pewnie, iż w ogóle zaprzestały chowania się przede mną. Kiedy wracałem, nie uciekały już na mój widok, a ja nie miałem żadnej woli, ni też sił, by z nimi się mocować. Mało tego. Później już, kiedy mnie widziały, stawały tylko  na tylnych łapach i surowymi małymi oczkami wręcz domagały się pożywienia.

Zniewolony ową sytuacją byłem tak, że mimo iż nie miałem siły pracować, chodziłem daleko po sąsiednich wsiach i tam zatrudniałem się do prostych prac, by dostać za to choćby garniec prosa dla moich oprawców. Jak się okazało pracowałem w końcu i utrzymywałem moją gospodarkę, niemal w całości dla nich.

Najobrzydliwsze było to, że stało się tak, iż z biegiem czasu zdawało mi się widzieć w nich coraz więcej wytwarzających się cech ludzkich. Rosły w oczach, niektóre biegały po mojej chałupie w spodniach, a kiedyś jeden z nich przebiegł obok mnie mając na nosie najprawdziwsze okulary. Zajęły moje łóżko, więc spałem odtąd na podłodze. Wracając późno z roli, wchodziłem cicho, by nie zbudzić ich śpiących po całodziennym obżarstwie, leżących gdzie popadnie z wypiętymi do góry brzuchami i chrapiących ponurym marszem. Odstawiałem gdzieś garniec z prosem, przycupywałem w kącie i dosypiałem tak do świtu.

Któregoś wieczoru, gdy jak zwykle powracałem z mozołem, napotkałem zamknięte na głucho drzwi do mojej – jak się dotąd zdawało – chałupy. Zrozpaczony okrążyłem ją i zajrzałem w okno. Ze środka dostrzegłem zapaloną, stojącą na mym stole lampę naftową , i siedzącego przy nim wielkiego włochatego, brodatego szczura czytającego z uwagą jakieś akta. Inny, ubrany w strój lokaja doniósł mu miskę z ziarnem, skłonił się lekko i przyjął jakoweś instrukcje.

Pobiegłem szybko ku drzwiom, zdecydowany na wszystko. Załomotałem w nie co sił. Otworzyć natychmiast! - wrzeszczałem głośno, aż echo niosło w pola. Po jakiejś dobrej minucie tej kanonady w końcu szczęknęły skoble, i drzwi się otwarły na szerokość pięści. Ze szczeliny powstałej w ten sposób wychynęła parszywa szczurza mordka. Z zewnątrz dosłyszałem odgłos wypisywania na maszynie, stukot stempli oraz gwar rozmów.

- Czego? - spytał nieuprzejmie szczur.

- Chcę wejść do domu – wrzasnąłem gromko, czując iż tracę nad sobą resztkę opanowania, co tym samym skazywało mnie na niższą wobec kreatury pozycję.

- Przyjdzie rano – mruknęła nakazująco i nieuprzejmie szczurza morda – urzędujemy od godziny dziewiątej trzydzieści.

Opadłem na kolana, wsparłem się dłońmi o zamykające się właśnie drzwi, i jeszcze raz błagalnie chciałem uprosić o wpuszczenie mnie. To jednak nie nastąpiło, gdyż drzwi te ostatecznie domknęły się, a skobel znów wskoczył na swoje miejsce. Kiedy już prawie całkiem były domknięte, szczur dodał z wyraźną satysfakcją, płynącą jak należy sądzić, z jego wysokiej względem mnie rangi.

 - I niech nie zapomni wszystkich potrzebnych dla sprawy dokumentacji...

Opadłem na ziemię...

 

[ CDN ]

 

Koniecznie należy wysłuchać:

Przeciwko

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Rozmaitości