Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
338
BLOG

Marchia

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 4

Stałem u stóp wzgórza. Wschodnia Marchia nie chciała mnie przyjąć. Spiąłem wierzchowca. Uniósł się na tylnych kopytach wznosząc piach do góry. Usadziłem go lejcami aby się uspokoił. Położyłem mą nieczułą dłoń na mieczu, by po chwili dobyć go i wznieść ku niebu. Słońce ukryte za chmurami jęknęło tylko po ostrzu. Chwyciłem za grzywę wierzchowca i pociągnąłem ku sobie. Zawył. Po chwili ruszył pędem, wzbudzając krzyk w rozdeptywanych kopytami kamieniach. Krzyczałem spod przyłbicy aby rozstąpiono mi się z drogi, gdyż zamierzam wszystko zamienić w perzynę.

Wiatr wpadał w szczeliny mojej zbroi piszcząc złowrogo i wsypując pod nią ziarna piachu, tnąc i rozrywając moje skryte tam nagie ciało. Byłem szybszy po stokroć od ścigającego mnie tumanu pyłu i ludzkiej trwogi.

Kiedy wpadłem w ludzką ciżbę, czułem jedynie jak mój miecz pozbawia ją życia, czułem też iż na to zasługuje. Jakaś dłoń zacisnęła się na mojej okutej w kolczugę nodze, a druga wbiła mi głęboko w udo mizerykordię. Wkrótce dłonie te zdeptane zostały kopytami, a ja pomknąłem dalej przewiązując tylko wyrastający mi z uda sztylet białą wstęgą i zaśpiewałem prastarą pieśń.

Ostrogi wbiły się w boki zwierzęcia, które pod ukłuciami tymi ułożyło się pode mną niczym wielbłąd do snu. Dobyłem tedy ze zgliszczy płonącą żagiew i machnąłem nią mocno w powietrzu zostawiając za nią krwawiące powietrze.

Teraz z Wami skończę! – zakrzyknąłem w przyłbicę i pogroziłem pięścią. Mój wierzchowiec znów powstał ze złowrogim spojrzeniem. Rozejrzałem się wokół siebie. Nic już tam nie było do zniszczenia. Oprócz jednej biednej chałupy, skleconej z wyrwanej puszczy gałęzi.. W jej oknie stała ubrana jeno w płócienną suknię kobieta, trzymająca w ramionach martwe dziecko. W środku płonął ogień.

Podjechałem z wolna ku owej chałupie. Mój miecz złożyłem na ramieniu kobiety. Dziecko ożyło i położyło ufnie na ostrzu swoją małą dłoń. Moja przyłbica i zbroja świeciła się od ognia płomienną czerwienią. Wierzchowiec stąpał w miejscu niecierpliwie.

 - Po coś tu przyjechał – poskarżyła się kobieta. Moje dziecko spało, a tyś je obudził.

 - Jestem tu, bowiem moja Marchia nie chce mnie oglądać. Postanowiłem więc, że zniszczę wszystko co napotkam – odpowiedziałem.

 - Głupiś. Nic nie wygrasz. Wszystko przegrałeś i teraz na próżno wzniecasz pożogę. Nic ci nie dam, bo nic nie mam.

Na te słowa znów podniosłem miecz do góry i przez chwilę spoglądałem w jego pomarańczowy od ognia blask. Mój wierzchowiec zrobił trzy obroty wokół siebie. Uderzyłem wtedy z całej mocy. Mój miecz rozłupał chatę niczym szałas z listowia. Kobieta owa stała teraz przede mną tuląc dziecko. Nic nie zostało jej ku obronie. Podjechałem bliżej.

Wtedy ona dostrzegła wbity w mą nogę nóż. Położyła na rękojeści swą drobną dłoń i nie pytając mnie o zgodę wyszarpnęła ostrze z mięsa. Trzymała go teraz w górze, a biała wstęga powiewała z jego rękojeści niczym ślubny welon. Opuściłem miecz który szorował teraz czubkiem po piasku. Upadł. Ona przyłożyła klingę sztyletu w miejsce, gdzie nie miałem opancerzenia.

- Pchnij! – krzyknąłem.

 - Pod jednym warunkiem! – odparła i nacisnęła ostrzem na moją nagą skórę.

 - Mówże!

 - Zostawię cię przy życium, jeśli obiecasz że już tu nie powrócisz...

 - Moja zgoda..

 - I że mnie stąd zabierzesz..

Zacisnęła dłoń na moim przedramieniu i wsparła się.

Przesunąłem swoją dłonią po jej policzku...

 

Hunter-Arges

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości