Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
821
BLOG

Precz z Centrami Handlowymi!

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 24

Nie wiem jak to jest, ale pasjami lubię gubić czapki zimowe. Zostawiam je w rozmaitych miejscach, z pasją godną lepszej sprawy. Średnia długość bycia przy mnie mojej czapki zimowej nie jest wiele dłuższa od przeciętnej długości życia marynarza pływającego w czasie II WŚ na niemieckich U-Bootach.

Nie inaczej jest w czasie tej, rachitycznej bo rachitycznej, ale jednak zimy. Znów zostałem bez czapki. W głowę coraz zimniej się robiło, więc chcąc nie chcąc musiałem znów ruszyć na czapkowe łowy. Jako że nie dysponowałem ostatnio zbyt dużą ilością czasu, nie miałem innego wyjścia, jak dokonać tego niechcianego zakupu w samym Centrum Warszawy. Zanim bowiem docieram do swojej prowincji, tam już wszystko, łącznie z kurami i policjantami słodko śpi, a sklepy witają mnie zaciemnionymi witrynami i zaryglowanymi na głucho drzwiami.

Nie miałem wyjścia – zostało mi tylko rzeczone Centrum.

Ech, nikt nie wie z Was z pewnością jak trudno jest w Warszawie, człowiekowi który unika sklepów z ciuchami jak tylko może, kupić zwykłą, prostą męską czapkę zimową. W Centrum można wszystko znaleźć – można spotkać dowolnej maści i wieku prostytutkę, można nabyć dowolną ilość , dowolnego sortu narkotyku, można spotkać celebrytę i można tam też się lansować. Czapek męskich brak.

Późno już było, zły byłem jak przysłowiowy pies, ale nie dałem się łatwo złamać. Ruszyłem w kierunku Domów Centrum, ponieważ coś mi się tam kołatało w głowie, że były jakieś tam niegdyś sklepy ubraniowe.

Gdy byłem już na miejscu, buchnęła we mniej jasność rozświetlonych kilku-poziomowych outletów, bijących blaskiem mającym złamać w pół każdego parszywego prowincjusza. Kilka takich samych gigantycznych świetlnych fasad obok siebie. Wszystkie ozdobione logami jakichś bliżej mi nie znanych marek. Co chwilę otwierają się drzwi, a z nich wychodzą, lub wchodzą za ich pomocą do środka eleganccy ludzie z minami panów wszechświata.

Wszedłem do pierwszego lepszego. Kiedy pierwszy szok minął, zacząłem się na poważnie zastanawiać, czy tu się w ogóle coś sprzedaje. Wokół mnie, pod oknami, przy ścianach i na wydizajnowanej antresoli stały jakieś dziwne dekoracje, pięknie podświetlone i otoczone wianuszkiem..No właśnie. Po chwili również zorientowałem się, że jestem w miejscu gdzie znajdują się tylko i wyłącznie same kobiety. Pomyślałem więc, że jestem w miejscu gdzie tylko one mogą przebywać, i postanowiłem uciec na pierwsze piętro. Kiedy już byłem w połowie drogi ruchomych schodów dosłownie usłyszałem w głowie głos Stuhra wypowiadającego pamiętną kwestię z Seksmisji - „Ostrożnie, tam jednak też same baby”. I tak było. Na górze również stały jedynie dziwne i niezrozumiałe dla mnie instalacje owinięte draperiami pośród których krążyły kobiety mające na nogach rajstopy we wszystkich kolorach świata.

Trzeba było stamtąd się cofnąć. Tuż przy samych drzwiach – stał tam zresztą, a jakże także w wersji kobiecej, pani ochroniarz, która pogroziła mi stanowczo palcem na te moje brewerie po nie moim rewirze. Skłoniłem się przepraszająco, wyjaśniając jej iż mam świadomość że źle się bawię i chciałem stamtąd czym prędzej czmychnąć. Zanim to uczyniłem, kątem oka spostrzegłem że jednak czymś się tu handluje. Na jakiejś aluminiowej ramie, rozciągnięte widniały nieprzyzwoicie wręcz, damskie majtki, tak obsceniczne iż nie odważyłbym się ich sprezentować nawet najbardziej znanej mi ze swych rozpustnych skłonności damie.

Uff, wybiegłem na chłodne, warszawskie powietrze. Już miałem dość. Jednak i pod Stalingradem było ciężko, więc tupnąłem tylko bojowo nogą w trotuar i wbiegłem z wojennym okrzykiem do podobnego wcześniejszemu cynamonowego sklepu.

Tu już było nieco lepiej. Na parterze kłębił się tłum pań, ale dostrzegłem mizerną tabliczkę informującą przybyłych, o tym że na górze rzucono coś też dla męskiej padliny. Pobiegłem tam czym prędzej. A tam już znów wszystko. Klamerki, szaliczki, apaszki dla metro, bluzeczki, spodnie, garnitury i co tam kto jeszcze by czego zapragnął. Czapek nie ma. Muzyczka sączy się z głośników i powoduje we mnie chęć przystanięcia gdzieś pod jakimś manekinem ubranym jak skrzyżowanie Jacykowa z Beckhamem i solidnie tam, pardon, zwymiotować.

Oczywiście jest mi gorąco. Czuję bijący z zewnątrz gorąc, pot zaczyna spływać mi po plecach, a w mych oczach zaczyna się pojawiać mord. Wiem że albo w ciągu pięciu minut znajdę jakąś ludzką czapkę albo stąd kogoś – lub mnie w końcu – się wyniesie.

Jest! Są czapki. 10 sztuk wisi na haczykach, w tym tylko dwie nadające się do założenia na głowę. Biorę dwie, przymierzam. O matko, fajna jest ta jedna. Pasuje jak ulał na moją dziwaczną głowę. Chcę do kasy – jak najszybciej!. Nie ma kasy. To znaczy jest, ale trzeba jej szukać na dole – świetny wynalazek panowie projektanci, psie wasze krwie.

Schodzę więc na dół, ściskając w potniejącej mi ze złości czapkową zdobycz . Tam znów wpadam w masę kobiet z ugiętymi rączkami służącymi za haczyk na torebkę. Gdzie ta k...a kasa!? Pytam jakiejś nimfy która ma przypięta plakietkę. Patrzy na mnie dziwnie i odchodzi nie udzielając mi żadnej odpowiedzi.

Przede mną jakiś blat. Myślę że tu chyba jakiś bar czy kawiarnię zrobili dla tych zakupowych heter.

No widzę za tym blatem oparte trzy znudzone amorficzne młode dziewczyny, na blacie stoją filiżanki. Nigdzie napisu – KASA. Ale, ale. Takiego szczwanego lisa chciały oszukać. Dostrzegam leżący na blacie, nieco w ukryciu, terminal do kart płatniczych. Mam was, już się ode mnie nie odpędzicie!

Pani ze zgiętą rączką na której wisi torebka, ustępuje mi miejsca, sądząc po mojej fizjonomii że ten człowiek którego widzi albo za chwile umrze na wylew, albo urządzi tu krwawą rzeź.

Podaję amorficznej czapkę. Ta, wydająca się być lekko nieżywa, bierze ją z wypisanym cierpieniem na twarzy, nabija cenę. Podaję banknot. Wtedy nieżywa zabiera się do zdjęcia z czapki plastikowego zabezpieczenia anty-kradzieżowego. Męczy się, nic nie idzie. Druga amorficzna, z bezmiarem nieszczęścia na czole patrzy na to obojętnym wzrokiem, ale w końcu proponuje że pomoże nieżywej. Szarpie z krzepą godną Pudziana i urywa plastik. Wyrywa też przy okazji, na czubku czapki dziurę wielkości stanu Arkansas. Wyciąga z tej dziury jeszcze jakieś strzępy czarnych nitek, pakuje czapkę do torebki, podaje mi ją i oznajmia bez cienia współczucia w głosie, niemal ziewając przy tym mi w twarz:

- Ale będzie miał tu pan dziurę w tej czapce..

Patrzę na to wszystko oniemiały. Czuję że za chwilę stanie się coś złego. Wyrywam banknot z ręki amorficznej i wybiegam stamtąd taranując klientów niczym zawodnik futbolu amerykańskiego..

Na zewnątrz jestem bliski płaczu. Straciłem wieczór, nerwy a ostał mi się jeno sznur.

Czy dałem się spacyfikować? Nie. Pobiegłem, szukając ratunku i zrozumienia do Złotych Tarasów. To już jednak temat na odrębną opowieść...

 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (24)

Inne tematy w dziale Rozmaitości