Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
562
BLOG

Urzędnik ( cz.III ost. )

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 6

Czesc_I

Czesc_II

 

Urzędnik III ost.

(rys. MarcinKK )

 


Przeniosłem się więc do obory, gdzie szczęśliwie póki co jeszcze mnie wpuszczano. Znalazłem tam zresztą całkiem życzliwe towarzystwo mych świń, które nie dość że milczały, to na dodatek niczego się ode mnie nie domagały co w zaistniałych okolicznościach stanowiło dla mnie zrozumiały, choćby ze względu na moją sytuację komfort. Traktowałem wówczas taki brak oczekiwań wobec siebie jako wartość najwyższą.

Nie zwalniało mnie to wszystko oczywiście od pracy, na rzecz nowych panów mej gospodarki. Wszystko odbywało się jak dawniej, tyle że nie wychodziłem o świcie do pracy - jak to wcześniej bywało - z mej chałupy, a przystępowałem do swych obowiązków wprost z obory. Uznałem to zresztą po pewnym czasie za sympatyczną w gruncie rzeczy dogodność. Oszczędzałem sobie dzięki temu wiele czasu, bo niemalże tuż po przebudzeniu, mogłem od razu zająć się oporządzaniem bydła. Potem, jak zawsze zakładałem mą czapkę, po czym albo ruszałem w pole albo wędrowałem daleko po horyzont aby zatrudnić się tam do prac dorywczych.

Nie, nie mogłem się opuszczać ani też traktować mych powinności po macoszemu. Gdy tylko donosiłem do obory zbyt mało ( wedle gospodarzy mojej posesji ) dóbr, natychmiast pojawiali się pomniejsi umyślni z chałupy i grozili mi wzniesionym pazurem czy też zmarszczoną szczurzą brwią. Wyjmowali zza swych pazuch rozmaite kwity, wypisy z akt oraz polakowane koperty, machali mi nimi przed oczami i mówili – nie dość że w waszej sprawie idziemy wam na rękę, tak nam się odpłacacie. Nie chcecie abyśmy użyli przeciw wam całej mocy naszego urzędu!

Wtedy to pracowałem jeszcze usilniej. Tak, wiem. Wiem co teraz można myśleć na temat mojego postępowania. Dlaczego wtedy nie rzuciłem wszystkiego precz i nie odszedłem stamtąd, bądź nie poszedłem do miasta po truciznę, która z pewnością wyzwoliłaby mnie z tego niewolnictwa, na które tak łatwo przystałem. Nie wiem – odpowiadam najzupełniej szczerze. Choć to nie będzie cała prawda..

Gdzieś bowiem w głębi duszy wciąż uważałem tę gospodarkę, którą na pewien czas przecież wyjęto mi z rąk, za swoją własną. Kiedy pracowałem nawet jako najemny do późnej nocy, by móc jakoś zaspokoić żarłoczność moich nadzorców, nie zwątpiłem ani przez chwilę w to, iż gospodarka ta kiedyś do mnie wróci, ba, w ierzyłem w to bardzo mocno. Wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na jej upadek. Upadek ten uderzyłby wtedy nie tylko w moich oprawców, ale po wielokroć bardziej we mnie samego, czyli w tego który tą gospodarkę stworzył i przez tak długi czas utrzymywał ją na swoich barkach.

 
Tymczasem jednak - było jak było. Ogólnie znosiłem to wszystko dobrze. Czasem tylko w nocy napadał mnie okrutny żal. Siadał mi – najczęściej tuż przed świtem - okrakiem na piersi, zaciskał mi ręce na twarzy i wciskał mi głowę w siano, na którym spałem. Nie mogłem wtedy nic zrobić, ponieważ żal ten ważył tak dużo, iż można było mieć wrażenie, że posadzono na mnie furę załadowaną worami z mąką. Nie widziałem go w ciemności obory, mogłem jedynie dostrzec jego cień wiszący nade mną i mający na głowie chwacko przekrzywiony melonik. Siedział tak na mnie jakiś czas, nic przy tym nie mówiąc, wciskając mi jedynie coraz mocniej twarz w podłogę.

Kiedy w szczeliny obory wpadały pierwsze promienie słońca, kończyła się tym samym moc siedzącego na mnie żalu. Czułem jak robi się coraz lżejszy i słabszy, wręcz wiotczał mi w dłoniach, gdy chcąc go z siebie zrzucić chwytałem go za ramiona. W końcu zrzucałem go z siebie z łatwością, a on padał na podłogę i domagał się łaski, niczym przyłapany na kłamstewku sztubak. Wtedy jedna z moich świń wyciągała go za nogawkę z obory i nakazywała mu więcej tu nie wracać.

Pewnego dnia, gdy powróciłem z prac, spotkała mnie ostateczność. Także i oborę zamknięto przede mną ze szczętem. Jej drzwi i brama zostały opieczętowane ołowianymi klamrami, na których – jak się przyjrzałem bliżej – wybito jakieś bliżej mi nie znane godło przedstawiającego starego szczura w koronie, owiniętego w puchaty szal. Obszedłem oborę conajmniej cztery razy, by przemyśleć tę okoliczność. Wtedy też jeszcze spostrzegłem, że na jej południowej ścianie wybito mały otwór, tuż przy samej ziemi. Otwór był bardzo mały, akurat taki, aby zmieścił się tam jakiś pomniejszy stwór urzędujący aktualnie w chałupie, będącej kiedyś w moim posiadaniu. Otwór pozwalał mu w ten sposób łatwo dostać się do obory, mnie nie pozwalał na nic.

Najdziwniejsze było to, iż mnie to w ogóle nie wzburzyło. Przyjąłem to zdarzenie jako coś, co niechybnie musiało w końcu nadejść; nawet w pewnym stopniu potraktowałem to ze zrozumieniem i ulgą, gdyż ostatecznie wyjaśniało mi moją realną sytuację.

Odszedłem więc stamtąd. Przeszedłem obok mojej byłej chałupy, która teraz wydawała mi się ogromna, hen aż po sine chmury. Wyglądała niczym zamczysko, pałac wyrastający spośród górskich i niedostępnych szczytów. Okno żarzyło się naftowym światłem, na tle którego widać było przesuwające się ruchliwie szczurze i potężne postacie, pracowicie uwijające się w swym Urzędniczym mozole. Gdy mijałem drzwi wejściowe, chciałem najpierw uderzyć w nie pięścią, aby chociaż zawiadomić owych Urzędników o tym, iż wciąż kręcę się gdzieś tam, w ich pobliżu.

Zarzuciłem ten pomysł, i tylko pogroziłem im pięścią w niemym geście, którego to zresztą gestu sam się po chwili przestraszyłem.

Stanąłem tuż pod płotem z początkowym zamiarem oddania tam ducha, ostatecznie, raz na zawsze. Jednak po chwili poczułem nadejście jakiejś wewnętrznej siły, potężnej i nie pozwalającej mi na zaprzestanie moich wysiłków. Siła ta działała na mnie o tyle niezwykle, iż zaczęło mi się wydawać, że zamiast rosnąć - jakby mogło się w końcu wydawać, że powinienem wraz z napływem takiej mocy uczynić - maleję. Nie wiem czy malałem w istocie, tak mogło mi się przecież tylko ze względu na rosnące wzburzenie zdawać.

Kiedy jednak już poczułem się tak mały jak tylko mogę być, nie zastanawiając się długo zacząłem ryć rękoma w ziemi. Kłęby piachu wylatywały wokół mnie i układały się w najbliższej mej okolicy w urocze hałdki. Pracowałem tak usilnie, iż wkrótce widać było znad ziemi tylko moją głowę, a wkrótce i ona zniknęła w świeżo powstającym dole. Sam byłem oniemiały, jak jestem dobry w tej robocie. Kiedy zapadał zmrok, byłem już dobre sto metrów pod ziemią, i przesuwałem się w dół, wspaniale uformowanym tunelem. Nie zastanawiałem się wtedy nawet dokąd tak ryję i po co. Czułem jedynie taką wewnętrzną potrzebę i dawałem jej się bez reszty ponieść.

 



Kopałem tak, sam nie wiem jak długo. Mijały kolejne dni, a ja wciąż wgryzałem się w coraz bardziej twardą ziemię, czasami natykając się na osadzoną w niej skałę bądź duży kamień. Omijałem wtedy tę przeciwność i kierowałem mój tunel w inną niż dotychczas stronę. Czasami tylko robiłem odpoczynek, wykopywałem sobie nieco większą jamkę i układałem się w niej do snu, jednak i tak wciąż czuwając i nasłuchując, czy aby tunel nad którym aktualnie pracowałem nie ulega zawaleniu.

Nie pamiętam już, wybaczcie, ile czasu spędziłem na tej robocie. Może był to rok, może pięć? Któż to może wiedzieć, ja sam przecież nie dbałem o to, a co zrozumiałe nie było tam nikogo, kto mógłby
mi o upływającym czasie opowiadać. Polubiłem z całą pewnością moją nową pracę. Czułem niesamowitą przyjemność z faktu, że mogę ciężko pracować jak dawniej, a jednocześnie całe koszta tego trudu ponoszę tylko ja sam. Ja sam, nikt inny, mogłem znów korzystać z efektów mojej pracy. Z czasem nauczyłem się ryć tunele z taką wprawą i z taką można by rzec mistrzowską precyzją, że rozpierała mnie nieraz tam pod ziemią najprawdziwsza z tych powodów duma. Moje tunele były równiutkie, miały stałą średnicę i częstokroć układały się we wzajemną strukturę nitek, rozwidleń i skrzyżowań, które mogłyby przyprawić o ból głowy niejednego dyplomowanego inżyniera. Z zachwytu oczywiście.

Razu pewnego, gdym przekopywał się w ziemi jak co dzień, mój nowy tunel ze względu na napotkaną w trakcie prac ogromną skałę musiał skierować się nieco ku górze. Rycie pod górę sprawiało mi największą trudność, co zarazem traktowałem jako wyjątkowe wyzwanie. Przebijałem się dzielnie do góry nie dbając wcale o zmęczenie.

W końcu jednak, nagle, moje zczerniałe i zeschłe od ciężkiego grzebania w ziemi palce zadrapały o coś dziwnego. Chciałem podkopać się nieco wyżej aby sprawdzić z czym się spotkałem, wtedy jednak łupnąłem głową w coś, co ani chybi było drewnianą deską. Zmieniłbym, jak zawsze w takich wypadkach, kierunek mojej pracy, gdyby nie fakt, iż deska w która uderzyłem, wyskoczyła ze swojego miejsca, odsłaniając mi wąską szczelinę, z której dolatywało bardzo blade światło. Ale mimo to i tak ono zdołało oślepić nieco moje przywykłe do ciemności oczy.

Długo się nie zastanawiając, wcisnąłem się w tą szczelinę, a raczej lepiej będzie stwierdzić, iż próbowałem się tam wcisnąć. Bowiem kiedy podjąłem ten wysiłek, poczułem że znów zaczynam, o zgrozo, rosnąć w oczach. Kiedy byłem już w połowie szczeliny, byłem już swojej dawnej wielkości, tak więc kiedy wyciągałem nogi, zrujnowałem przy tym jeszcze kilka desek znajdujących się najbliżej mnie.

Rozcierałem oczy przez chwilę, bo moje zapuchnięte od mroku powieki nie pozwalały mi wiele zobaczyć, a tym samym dowiedzieć się, gdzie konkretnie się wcisnąłem. Kiedy w końcu oczy moje odzyskały jako taką sprawność, o mało nie upadłem.

Znalazłem się, nikt mi z pewnością nie uwierzy, w mojej dawnej chałupie. Klepnąłem się raz w udo, a raz wymierzyłem sobie siarczysty policzek, bo nie wydało mi się realne to co w tej chwili oglądałem. Jednak tak było. Moje okno, moje łóżko, mój stół, a nawet moje widły leżące w kącie – wszystko to rozpoznałem bez trudu. Tym co mnie najbardziej zastanowiło, to poczucie iż jestem tam całkowicie sam. Gdzie moi dawni panowie, którzy sprawili żem musiał stamtąd odejść niczym zbity pies? Począłem chodzić po chałupie i rozglądać się po mej dawnej siedzibie. Znalazłem moją starą lampę naftową, zapaliłem ją i trzymając ją przed sobą krążyłem po izbie.

Wtem ich dostrzegłem. Pierwszego znalazłem tuż przy pustym worze po prosie. Leżał na wpół w nim schowany, w środku nie było ani ziarna, a on wychudzony tak, iż po oczach biły jego wystające szczurze żeberka, umarł najprawdopodobniej wycieńczony głodem, z wyłupionymi, wyschniętymi już do cna, niedobrymi oczkami. Potem znajdowałem następnych. Leżeli wszyscy martwi, wszyscy wychudzeni przeraźliwie i wpatrzeni martwymi ślepiami gdzieś w pustkę. Jeden się zadusił, najprawdopodobniej próbując wetknąć łepek do słoja, w którym na dnie leżały jakieś marne resztki kaszy. Kilku leżało pod stołem, ci byli skrzyżowani ze sobą uściskiem pazurów, jakby śmierć zastała ich w obliczu walki jaką, jak się wydaje, w swych ostatnich chwilach toczyli. Obok zwłok leżał kawałek zeschniętej skórki od chleba – najpewniej przedmiot owego śmiertelnego sporu.

Na samym stole leżał ten którego widziałem kiedyś, gdy siedział przy tymże stole i Urzędował. Teraz leżał martwy, skurczony do normalnych sobie rozmiarów, a w plecy wbite miał pióro ze złotą stalówką. Najpewniej i jemu towarzysze nie pozwolili wywyższać się w obliczu głodu.

Głodu, który jak wszystko wskazywało, nastąpić musiał wraz z moim ostatecznym wypędzeniem. Nie było już wtedy tego, który brał wszystkie powinności na swój kark i zapewniał swoim znojem wszelakie dobra. Sami nie umieli niczego poza ryciem w ziemi i Urzędowaniem na podbitych przez siebie terenach. W oborze także wszystko co nadawało się do życia zostało wyrwane z korzeniami, i także tam znajdowałem masę szczurzych trucheł. Najbardziej szkoda mi było mojego bydła, które albo zostało zjedzone, albo uciekło, gdyż obecności jego nie stwierdziłem ( później okazało się że mądre bydlaki nie chcąc ginąć, ruszyły pochodem, na którego czele w roli dowódców dywizji stały oczywiście świnie, i idąc tak kilka dni doszły do sąsiada, u którego kiedyś je zostawiłem na zimę, by potem szczęśliwie do mnie powrócić )

Kiedy uporządkowałem wszystkie zniszczenia, uporządkowałem izbę, doprowadziłem do normy oborę oraz dokonałem najpotrzebniejszych napraw, poczułem ogromną ulgę i szczęście.

Założyłem czapkę i wyruszyłem w pole..

 

Koniec

 


 

Koniecznie należy posłuchać:
 

 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Rozmaitości