Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
627
BLOG

Miałem kiepski rok ( czyli nie-życzenia )

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 10

Czy rok może być w ogóle zły? Czy można wartościować - sztucznie przecież wykreowany przez ludzi – jakikolwiek period czasu? Rok można by w końcu sobie wymyślać tak jak się komu żywnie podoba. Np. co stoi na przeszkodzie by sobie początek roku założyć 13 czerwca, albo – ku chwale narodowej – 11 listopada, a potem od tego dnia odliczać te trzysta parędziesiąt świtów i zmierzchów?

Jednak żyjemy w takim a nie innym kręgu kulturowym, gdzie przyjęło się uznawać, iż 1-go stycznia zaczyna się w naszym życiu coś nowego, a stary nasz ogon który ciągnęliśmy dotąd, można zostawić za drzwiami roku starego niczym zużyte pepegi.

„Przeszłość jest jak ogon jaszczurki, wcześniej czy później ktoś przytnie go nam drzwiami” - tak powiedział kiedyś ktoś znany...

Oczywiście, jak większość kwestii na tym świecie, tak też  poczucie startu czegoś tam nowego wraz z końcem grudnia, jest jedną wielką ułudą.

Kładziemy się do łóżka 31 grudnia i wstajemy z niego 1 stycznia dokładnie tacy sami, bez krzty nawet żadnej zmiany – jak ktoś nie wierzy to niech to sprawdzi empirycznie i pierwsze co zrobi po przebudzeniu tego dnia to niech przyjrzy się sobie w lustrze. Widzicie jakiekolwiek objawy tego, że coś z wami się dzieje takiego, czego nie było dotąd? Kaca niech nikt nie wlicza w to, bo z wiekiem każdy następny wydaje się bardziej dotkliwy od poprzedniego. Czas i tu nie ma dla nas litości.

No ale dobrze – niech więc będzie tak jak chcą bezlitosne kalendarze. Tu niestety muszę poddać się niewesołym reminiscencjom. Rok temu, w tym samym miejscu napisałem notkę pt. „miałem dobry rok” - wiedziałem dobrze wtedy, iż czyniąc takie wynurzenia kuszę złośliwy ze swej natury los. No i tak się stało w rzeczy samej. Następny – wbrew woli składających mi wtedy życzenia noworoczne – okazał się kompletną lipą.

„Miałem zły dzień, miałem zły dzień w tym mieście..” – te słowa wypowiada Gustaw Holoubek w jednym z najlepszych polskich filmów jaki znam, czyli w „Pętli”  Wojciecha Hasa. Ja mógłbym Holoubka sparafrazować i spokojnie wstawić zamiast słowa „dzień”, słowo „rok”.

Przez niemal cały ten czas wszystko co robiłem przypominało ciągnięcie załadowanego po brzegi wozu z węglem. Mniej więcej w połowie tego feralnego roku poczułem, że nie dość że muszę ten wóz z wysiłkiem ciągnąć, to jeszcze przyszło niedobre wrażenie iż muszę to czynić brnąc w coraz wyżej podnoszącej się wokół mnie smole. No a już końcówka jedyne co przypominała to awaryjne lądowanie kapitana Wrony na Okęciu. Tyle że bez piany na pasie startowym.

Nawet nieliczne fajne momenty bledną niczym „sława” Katarzyny Cichopek w morzu ogólnej słabizny. Zrobiłem np. grube setki kilometrów na rowerze, a jedyne co osiągnąłem to mianowicie to, że zamiast gubić wagę to ...przytyłem 2 kilogramy. Kolega próbuje mnie pocieszać tym że najprawdopodobniej część tłuszczu zamieniła się w masę mięśniową – ale po prawdzie nie przekonuje mnie jakoś ta teoria..

Dojechałem do końca 2011 w stylu Grigorija z „4 pancernych i psa”, czyli przy pomocy ręcznej pompy paliwowej, odliczając w duchu dni do kresu grudnia z nadzieją, iż może jak się zmieni cyferka w telefonie, to będę miał szansę pozbyć się raz na zawsze tych niezbyt przyjemnych trzystu sześćdziesięciu pięciu dni. Tuż przed tym jak ten cel osiągnąłem, dostałem się jeszcze pod tak zwany „friendly fire” - chyba na zasadzie przednoworocznych fajerwerków.

Siedzę przy komputerze – w plecach mam kilka indiańskich strzał, noga urwana ale przecież można przyszyć ją z powrotem.

No ale od czego jest nowy rok? Skoro nowy, to i nowe życie. Jak w grze na konsoli. No i dużo woli żeby może samemu od siebie dać więcej, aby ten nowy nie był już taki syfny. Bo najczęściej jest tak, że jak spojrzeć wstecz to wszystkie usterki pojawiające się w życiu codziennym sami sobie ściągamy na głowę. Czy to własnym nieudacznictwem, czy to lenistwem, brakiem charakteru odpowiedniego a nierzadko własną najzwyklejszą głupotą lub zaniechaniem. Po co wznosić ręce do nieba i skarżyć się na tzw. zły los czy niefart. Wszystko w naszych rękach przecież jest. To wiele i niewiele. No i tylko w tych granicach w których mamy jakikolwiek wpływ. Bo przecież gołymi rękoma nie zatrzyma w powietrzu nadlatującej rakiety z głowicą atomową nawet największy kozak.

Trzeba się zmusić i zajrzeć – choć obrzydzenie ogarnia – do tego śmietnika zeszłego roku, pogrzebać, posegregować i zostawić z niego to co można postawić na coraz cięższej półce z napisem „doświadczenie” i jechać dalej. Reszta na zwałkę.

Nikomu nic nie życzę bo ostatnio to ja szczęścia nie przynoszę:)

 

Jeszcze tylko noworoczna "kolenda":

 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Rozmaitości