Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
1295
BLOG

Dlaczego nie jestem chrześcijaninem..

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 71


Tytułowe pytanie, z pewnością wielu blogerom Salonu 24 wyda się niezwykle prowokacyjne. Takie jednak nie jest, śpieszę uspokoić tych, którzy przywiedzeni tym tytułem zostali tu przeze mnie ściągnięci i zarazem oczekują nerwowo kolejnej – starej jak Salon – bitki pt. wierzący vs. ateiści. Nie jest to absolutnie moim zamiarem, aby rozpętywać  najczęściej nie prowadzącą do niczego wojenkę tego typu. Wywód, który tu za chwilę wystąpi, będzie wywodem czysto osobistym, bez roszczeń ani pretensji do wyrażania jakichkolwiek prawd objawionych, które na dodatek miałyby kokogolwiek w moim urojonym mniemaniu obowiązywać. Oczywiście jesli ktoś nazwie to wszystko co napiszę, teologią dla ubogich, będzie miał absolutną racje i moje w tej kwestii poparcie:)

Jak nietrudno się zorientować po tytule, jestem osobą niewierzącą  ( jak to mówią pogodynki ) „sensu stricte”. Proszę tu jednak jeszcze, jeśli ktoś wytrzyma, przez chwilę mnie spokojnie wysłuchać, zanim pomkną w mą stronę zgniłe pomidory.

Moja niewiara, jak większość zresztą elementów mojego światopoglądu, to kwestia dosyć skomplikowana. W zasadzie nie jestem bowiem nawet i tej mej niewiary do końca pewien, i sam mówię o niej od pewnego czasu z dużą dozą ambiwalencji. Tak radykalne samookreślenia, w rodzaju - „jestem prawicowcem/lewicowcem”, „jestem wierzący/niewierzący”, „potępiam/nie potępiam twórczości Lady Gagi” - zawsze przychodziły mi z dużą trudnością, bowiem nic one w istocie więcej poza samą radykalnością wybrzmienia nie czynią, a jedynie zamykają wiele dróg i płaszczyzn do dyskusji choćby z samym sobą.

Od razu także uprzedzę – nie określam się także jako ateista. Kiedyś – dawno temu – o sobie tak myślałem, ale było to w czasach kiedy moja samoświadomość była na poziomie rozwielitki. Nie lubię wręcz tego słowa – w określeniu „ateizm” tkwi coś niedobrego. Kojarzy mi się to z jakimś bezwarunkowym, infantylnym a zarazem pustym odruchem sprzeciwu, czynionym na zasadzie całkiem do tej podobnej, kiedy małe dziecko krzyczy do mamy nie chcącej spełnić jakiejś jego zachcianki „ już cię nie kocham!”. Jest to w mojej opinii droga całkowicie błędna, takoż nie będę, pozwólcie, poświęcał jej więcej już miejsca.

Jak pisałem wyżej, mój stosunek do spraw religijnych jest o wiele bardziej skomplikowany. Nie ma we mnie nic z Dawkins'owego ateisty z akademika, nie ma też nic z Palikotowego antyklerykała. Jak więc mógłbym się w miarę bezpiecznie samookreślić, tak abym nie musiał sobie tym określeniem zamknąć ostatecznie furtki do możliwości dyskutowania na te tematy?

Myślę że mogę się określić jako przyjaciel chrześcijaństwa. Może lepsze byłoby nawet użycie słowa -  kolega. Mam w sobie dużo sympatii, ba nawet podziwu do nauk Jezusa, o których można przeczytać w Biblii. Biblii którą, dodam, posiadam w domu, i często na wyrywki sobie czytam. Pada tam z ust Jezusa wiele kwestii, które każdy z nas, niezależnie od tego jakkolwiek samego siebie w końcu określi, warto znać, warto się z nimi zapoznać, a jeszcze bardziej warto nad nimi się później pochylić. Kwestie te, nikomu nie mogą zaszkodzić w żaden sposób, jak mi się wydaje. Można do nich podejść bardzo blisko, obejrzeć je, poznać, i wcale nie trzeba w tym momencie w jakikolwiek sposób się deklarować czy koniecznie określać. Jezus opowiada o rzeczach bardzo radykalnych, które potrafi jednakże przekazywać niezwykle, że tak to ujmę, bezinwazyjnie, nie ma tam żadnego przymusu, natręctwa czy wskazywania komuś na siłę dróg. Możesz posłuchać, a co z tym zrobisz to już tylko Twoja sprawa.

Bo czy nie warto słuchać o tym, że takie cechy jak skromność, ograniczanie się w żądzach, lojalność, pomoc słabszym i stawanie w ich obronie, czy wreszcie powściąganie własnego ego, powinny być choćby naszym celem wedle którego powinniśmy się życiowo orientować? Chyba zawsze warto. Tym bardziej, że przecież Jezus ( nie wiem czy mówiła to wszystko osoba realnie istniejąca, czy słowa te wypadły spod pióra jakiegoś zdolnego pisarsko człowieka – to temat na odrębną dyskusję, której tu nie chciałbym jednak wywoływać ) opowiada o tym wszystkim w sposób bardzo spokojny i nie wartościujący kogokolwiek.

Pojawiają się tam ponadto, tak proste rzeczy jak dom, łódź, hebel, lemiesz, kosz z rybami, garniec, ryby etc. czyli innymi słowy – są to przedmioty tak symboliczne z samej swej wymowy, że samo to już działa na wrażliwość człowieka XXI-ego wieku bardzo ożywczo. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy dla wielu ludzi szczęście kojarzy się tylko i wyłącznie z hiper-konsumpcją, uwolnioną ze smyczy żądzą, czy utożsamia się to szczęscie z posiadaniem wymyślnych gadżetów elektronicznych, lub posiadaniem tysiąca "przyjaciół" na Facebook'u. Wraz z czytaniem biblijnych przypowieści, dostajemy darmową możliwość powrotu do najprostszych, a przez to najważniejszych elementów naszego życia.

                                                                               ----

Tutaj – jeśli ktoś ma opory – nie trzeba wcale traktować słów Jezusa tak, jak odruchowo kojarzyć nam się mogą, z całą doktrynalną nauką późniejszych kościołów chrześcijańskich. Możemy je czytać literalnie, w odniesieniu do samego siebie tylko, a potem próbować przekuwać sami, amatorsko, na życiowe zastosowanie.

”Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku?”

 Czy nie jest to zamknięte w jednym zdaniu, najcelniejsze i najbardziej dobitne nazwanie po imieniu, podstawowej jak sądzę wady człowieka? Przecież my tak czynimy dzień w dzień, kiedy tylko wstaniemy z łóżka. Nie widzimy belki w naszym oku, a wypominamy każdemu napotkanemu najmniejszą drzazgę.

Jezus mówi tylko: "spójrz, tak wszyscy działacie jako ludzie, dostrzeżcie to, spróbujcie chociaż coś z tym zrobić". Ta sentencja przypomina nam o kwestii, o której istnieniu każdy z pewnością wie, a i tak o niej zapomina. Tak jak zapomina się łatwo w codziennym biegu, że nad nami jest niebo, albo o tym że oddychamy powietrzem.

„Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie”

Przecież kto wie, czym może być tak naprawdę to - cytowane - królestwo niebieskie. Ono może być przecież, nie tak jak to widzimy dosłownie na obrazkach, fruwaniem na chmurkach razem z aniołkami, a po prostu ten raj to może będzie "po prostu"  moment kiedy uda nam się wpuścić do naszej duszy trochę światła i tym samym uczynić ją bardziej ludzką. Może to już jest ta cała nagroda, ta ziemia obiecana, a my tylko w swej ludzkiej pysze oczekujemy więcej?

Jeśli ktoś chce wierzyć, że trafi jednak wtedy do takiego chmurkowego nieba – może to oczywiście czynić! Nikt nikomu tego nie zabrania. To jego spojrzenie, odczucie do którego ma bezwarunkowe i niepodważalne prawo.

Warunek bez względu na miejsce w którym się oczekujemy znaleźć po ukończeniu własnego żywota jest jednakże wciąż taki sam - trzeba się wyczulić na niesprawiedliwość. Czyż to nie piękne?

„Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”

Kolejna, prosta niby, a zapominana sprawa. Nic na tym świecie, nic co materialne, nie jest integralnym nawet choćby w jakiejś części, elementem naszego ja. Tosą tylko rzeczy, które i tak zostaną po nas w formie materii, podczas gdy my nosimy w sobie coś o wiele cenniejszego – duszę, której nie poświęcamy na co dzień prawie w ogóle czasu.

Mało tego – rzeczy materialne, które posiadamy, mogą być narzędziem do poprawy losu kogoś obok nas. To takie proste. Nie musi to oczywiście oznaczać wyrzucania przez okno mebli, albo odmawiania dzieciom jedzenia. To fanatyzm, którego przecież nie pragniemy. Chodzi tu chyba o to, żeby umieć sobie poukładać w głowie pewne właściwe proporcje. I w tym Biblia pomaga.

Proste to wszystko i nie proste. Życie jest jednak w końcu tylko życiem, a my tylko ludźmi. Realizacja – albo raczej trzymajmy się określenia „próba”  -  tych wszystkich postulatów Jezusa, to robota na całe życie, a i pewnie tego będzie za mało. Zresztą nikt nie da gwarancji że te próby przyniosą sukces.

Warto jednak to wszystko sobie przyswoić, żeby choć zostawić w sobie ziarno, które z pewnością nie raz i nie dwa, spowodowało, bądź spowoduje, powstrzymanie kogoś z nas przed popełnieniem złego uczynku. Reasumując - uczymy się z Biblii prostych zasad, które naprawdę mogą w życiu znaleźć zastosowanie, i to już jest wartością samą w sobie.

                                                                                      ----

Idźmy więc dalej. Czemu to wszystko co napisałem, nie może spowodować że określę się zdecydowanie i nie powiem publicznie, tu i teraz  - „tak, jestem chrześcijaninem”. Co mnie przed tym powstrzymuje?  Powody dla których tego nie uczynię póki co, są dwa.

Powód pierwszy – mój sceptycyzm i pokora przed światem. Tak naprawdę, każdy z nas jest małym zwierzaczkiem, który – mimo całej rozbuchanej nauki wokół nas – niewiele wciąż rozumie z tego co go otacza. Czemu myślimy, czemu się ruszamy, i czemu do diaska żyjemy sobie na jakiejś kulistej skałce, która lata sobie gdzieś razem z nami po tajemniczej czerni, której zmierzyć nie umiemy i nigdy nie będziemy umieć.

Inaczej mówiąc – jestem chyba zbyt mały, aby decydować o czymkolwiek arbitralnie, określać się z pychą. Nic bowiem nie wiem.

Jedyne co mogę w tej sytuacji, to starać się  postępować dobrze (nawet i wg reguł chrześcijańskich).

Wszystko inne jest nieważne – dokąd mnie to postępowanie, mniej lub bardziej ułomne, doprowadzi tego i tak z Was nikt nie wie. Ja też nie wiem. Poza tym – po co nam myśleć o tym co po śmierci? Róbmy swoje tu na ziemi, celebrujmy każdy dzień i chwilę, dążmy do samorozwoju, i uczmy się widzieć to co wokół nas. Afirmujmy też i te złe chwile, obracajmy je na doświadczenie, albo po prostu przyjmijmy je z godnością, na tyle na ile się da. Czy można zrobić coś więcej, i czy konieczność deklaracji jest tutaj musem, mogącym mnie z samej tylko zasady jakoś wzbogacić?

Powód drugi – niestety chyba najgorszy. Zrobienie kroku w kierunku nazwania siebie samego chrześcijaninem, oznaczało będzie, iż musiałbym oszukiwać. Czemu?

Ano dlatego, że – niestety – nie uważam, i tu tkwi podstawowa sprzeczność z chrześcijaństwem, że każdemu należy się miłosierdzie. Niestety. Nawet jeśli ktoś za chwilę zrobi tu jakiś wygibas intelektualny, i udowodni mi z Pismem w ręku że, owszem, chrześcijanin może być bezwzględny dla złych ludzi i ich zachowań, to i tak mnie to nie przekona.

Sądzę, że aby móc nazwać się chrześcijaninem należy odrzucić tego typu małe myślenie jakie mi samemu zdarza się nie rzadko, a którego do odrzucenia nie posiadam jak na razie odpowiedniej mocy. Ja sam, mimo iż wielu ludziom powybaczałem wiele złych rzeczy jakie mi uczynili, to wciąż nie czuję się silny w tym na tyle, aby powiedzieć kompleksowo – wybaczam wszystkim, zawsze i wszędzie.

Nie. Ja po prostu mam taki moduł w głowie, który mówi mi – zły człowiek, który jest już dorosły, a nie potrafił nauczyć się podstawowych zasad współżycia międzyludzkiego, nie potrafił skorzystać ze swojego daru rozumu na tyle żeby wiedzieć, że choćby minimalna empatia jest każdego rozumnego człowieka obowiązkiem, ten człowiek nie ma prawa do miłosierdzia. Nie umiem w kims takim dostrzec bliźniego, którego mimo iż potepiam, akceptuję z całą jego słabością w sposób bezwzględny.

Jeśli ktoś robi złe rzeczy, i nie czuje nawet pomimo to najmniejszej nawet skruchy – to znaczy, że nie dostał pełnego zestawu narzędzi do życia jako człowiek. Skoro nie dostał – to znaczy, że nie jesteśmy wszyscy wobec siebie równi. Skoro nie jesteśmy równi, to sorry, ale i miłosierdzie tu do tej układanki nie bardzo pasuje.

Czemu ja mam wybaczać wszystko bezwarunkowo komuś, kto funkcjonalnie nie jest mi w stanie się tym samym zrewanżować? To obala w moich oczach całą ideę chrześcijańskiego miłosierdzia bezwzględnego - a tym samym oddala mnie od potrzeby ścisłej deklaracji.

Idea miłosierdzia jeślibym miał ją przyjąć w takim chrześcijańskim ujęciu, uczyniłaby mnie słabym wśród ludzi - a tych jest sporo - którzy takimi „pierdołami” nie zawracają sobie głowy, i zniszczą mnie, jeśli zajdzie taka potrzeba, bezwzględnie, nie poświęcając przy tym mi nawet chwili refleksji.

                                                                                          ---

Uważam, że należy zło i głupotę nazywać złem, ale i iść w tym dalej – tępić te kwestie bezlitośnie i bezwzględnie. Tym samym dowodzi to moje rozumowanie tego, że brak mi dużo abym mógł tak jasno i precyzyjnie się - jako chrześcijanin w wersji full - samookreślać.

Tym samym, stanowi to powód dla którego nie mogę – tak rozumując jak powyżej – wejść do chrześcijańskiego domu. Jedyne co mogę, to najwyżej stanąć przy jego oknie, i przysłuchiwać się. Mogę tam stać nawet z nadzieją, że może ktoś z tego domu się do mnie przyjaźnie odezwie. Wejść jednak nie mam prawa. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (71)

Inne tematy w dziale Rozmaitości