Niekiedy zdarza mi się widzieć siedząc w kolejce, pewną dziewczynę. Dziewczyna ta pracuje jako sprzedawczyni tanich, przecenionych książek i czasopism, a cały przybytek który ona - że tak to brzydko ujmę - obsługuje, znajduje się w czymś w rodzaju wnęki wykutej w ścianie dworca. Mocodawca dziewczyny zabudował tę wnękę skwapliwie, tworząc w niej coś na kształt minimalnego kiosku, ledwie wystającego poza głębokość owej wnęki, tak aby nie kolidował on swoją szerokością z dość i tak już wąskim trotuarem dla podróżnych. Kiosk ten został, tak tylko mocno jak się da, wypchany książkami i gazetami do tego stopnia, iż dla samej sprzedającej pozostał tam tylko wolny do ruchu obszar o powierzchni nie większej niż jakieś dwa metry kwadratowe, a i to nie wiem czy nie przesadzam.
Kiedy kolejka jeszcze stoi, a siedzę gdzieś na wysokości tegoż kiosku, nie umiem nie pozwolić sobie na drobną obserwację tej dziewczyny, bowiem widuję ją często co sprawia że w jakimś tam stopniu – choć się w ogóle nie znamy – się z nią zżyłem.
Kiedy tak ją – przez te kilka minut, zanim kolejka w koncu nie ruszy – sobie obserwuję, przychodzi mi do głowy niespodziewanie wiele odczuć, refleksji i wniosków.
Dziewczyna ta przede wszystkim wzbudza mój szacunek swą dzielnością. Od rana do zmierzchu, niezależnie od pogody, tkwi w tym swoim niewielkim kiosku, otoczona ścianą piśmideł i książczyn. W lato jest tam przepotwornie duszno, a gorący letni zaduch wzbija w powietrze wszystkie możliwe i występujące w przyrodzie dworcowej smrody. Kiedy natomiast przychodzi zima – tak jak teraz, co prawda ta teraźniejsza to raczej wygląda na wczesną w miarę jesień – robi się już całkiem źle. Pomiędzy tymi papierowymi, książkowo-gazetowymi ścianami stoi rozżarzona do czerwoności elektryczna „farelka”, i tak pewnie wiele nie pomagając, a jedynie tworząc tam ogromne niebezpieczeństwo bezwzględnego spłonięcia całości interesu.
Dziewczyna ta jest dosyć charakterystyczna, a wręcz malownicza. Niska, nieco przy kości, niezbyt do tego – powiedzmy szczerze – urodziwa, kręci się wokół tego kiosku, nieustannie wypalając kolejne papierosy. Jej jedyne zajęcie tam to przyjęcie z rzadka niewielkiej należności gdy ktoś nabędzie tam np. krzyżówki sprzed kilku lat. Potem kolejny papieros i znów widzę jak obraca się niespokojnie w tej kioszczanej klatce.
Następnym – po szacunku - moim uczuciem jakie podczas tych obserwacji mnie nawiedza jest żal. Współczuję jej, kiedy widzę jak oparta niezgrabnie o framugę drzwi obserwuje z pewnego rodzaju smutkiem w oczach, wysiadające bez końca z kolejki urodziwe kobiety i dziewczyny, elegancko postrojone i wieczorowo umalowane, które pędzą z pewnością gdzieś tam, do wielkiej Warszawy, do swoich apsztyfikantów z wysokiej półki. Ona sama wtedy z tego słabo ukrywanego smutku, zlewa się w jedność z aluminiową ścianką obok której stoi. Smutno mi się robi, gdy widzę kiedy redukuje swoją kobiecość do niemalże niezauważalnego minimum, kiedy opatula się w pięć bluz, i wacianą kurtkę a na głowę wkłada dziwaczną czapę. Z papierochem trzymanym w ustach przestaje być kobietą już całkowicie, nawet zaczyna się podobnie jak mężczyźni poruszać, kołysze się charakterystycznie.. Jedyne jej towarzystwo z jakim się tam styka to okoliczni bezdomni, kostropaci pracownicy naprawiający rozpadający się dworzec, oraz podstarzali kolejarze sypiący rubasznymi wicami jak z rękawa.
Być może to ostateczne pozbycie się atrakcyjności czynione jest z pełną świadomością. Może jednak podświadomie próbuje ona się - taki mechanizm obronny – zlać się z tłem które ją otacza, a które to tło stanowią jedynie, obrzydliwy dworzec i proste jak fizjonomia Chlebowskiego chłopy. W każdym razie jej sytuacja nie przedstawia się specjalnie dobrze.
Myślę dalej – czy ja sam, dorównałbym jej dzielnością? Czy dałbym radę wytrzymać na takiej posadzie choćby tydzień, zanim nie rzuciłbym się, odprowadzony najprawdopodobniej od zmysłów pod nadjeżdżającą kolejkę? Robiło się różne rzeczy w życiu, różne roboty się wykonywało ale nigdy, w żadnej z nich nie byłem skazany na taki marazm. Nawet zrywanie ogórków nie było w mojej opinii aż tak dekapitujące psychikę. Wtedy myślę że nie – nie dałbym rady, na Boga.
Potem przychodzi myśl ostateczna.
Ta dziewczyna zostawiona tam sama sobie, narażona na wszystkie nieprzyjemności jakie mogą spotkać osobę przestającą całymi dniami na okropnym dworcu, skazana na bezsensowną pracę, która z pewnością nie wystarcza jej na wiele, ma gdzieś moje obserwacje i wnioski. Ona z pewnością nie chciałaby – gdyby wiedziała że to następuje – żeby ktokolwiek rozmyślał szeroko nad jej powinnościami. Ba, zdziwiłoby ją to na pewno, o ile nie przeraziło że ktoś może się czegoś takiego dopuszczać. Patrzcie go – już widzę jak mówi – łeb wsadzi taki w szybę i wielkie panisko od rozmyślania się znalazło, a idźże precz..
Mało tego – gdyby moje rozważania o tej dziewczynie chcieć uczynić w pełni kompletnymi, musiałbym dalej ruszyć na dokładniejszy wywiad. Poznać jej życie „poza kioskiem”, rodzinę, przyjaciół, miejsce zamieszkania.
Tego jednak nie ośmieliłbym się zrobić. Wiecie czemu? Ze strachu przed tym, iż mogłoby się przy tym okazać, iż jest ona w gruncie rzeczy, biorąc nawet pod uwagę wszystkie powyższe okoliczności summa summarum szczęśliwsza niż piszący te słowa.
773
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (29)