Od dziecka cierpię na okropną medyko-fobię. Wszelkiego rodzaju obiekty związane ze służbą zdrowia, o ile znajdę się w ich pobliżu, wprowadzają mnie w natychmiastowy niepokój. Już jako dzieciak panicznie bałem się chodzić do przychodni, gdy się na coś tam zdarzyło pochorować. Zresztą w życiu jest tak, że kiedy się czegoś obawiamy, to wtedy z pewnością wkrótce to coś nas bezwzględnie zaatakuje. Tak było ze mną.
Kiedyś, w podstawówce jeszcze, przysymulowałem przeziębienie w celu uniknięcia pójścia do szkoły. Siostra poradziła mi żebym dla lepszego efektu przyłożył termometr do pieca kaflowego, który wówczas mieliśmy w domu. Zrobiłem tak, ale przesadziłem. Mama gdy zobaczyła że „mam 39 stopni gorączki”, w te pędy rano zabrała mnie do lekarza. Musiałem tak sugestywnie udawać chorobę, że udało mi się oszukać z rozpędu i konowała, który nie znał się w ogóle na żartach i nie wiedzieć czemu – wszak byłem zdrów jak ryba - zaaplikował mi jakieś zastrzyki. O tym jak nie lubiłem zastrzyków, nie będę tu publicznie opowiadał, żeby się już nie upokarzać więcej.
Pani pielęgniarka, podczas pierwszej próby, na dzień dobry nie trafiła w to miejsce co potrzeba. Zastrzyk poszedł gdzieś indziej, z pewnością tam gdzie nie powinien z pewnością pójść, bowiem momentalnie doznałem czegoś w rodzaju zapaści. Zrobiło mi się niebiesko przed oczami, w gabinecie zaczął padać śnieg, sypały się płatki takie jak w kreskówkach Disney'a, a moja mama która dotąd siedziała normalnie na krześle, nagle zaczęła huśtać się przede mną pośród tych śnieżynek na jakiejś wielkiej huśtawce podczepionej gdzieś hen pod ciemno fioletowym niebem.
Miałem wtedy o tyle szczęście, że akurat zwykłym przypadkiem do gabinetu weszła jakaś lekarka, bo pielęgniarka jedyne co była wtedy w stanie zrobić, to jedynie przerazić się skutkami tego co przed chwilą uczyniła. Lekarka ta szybko złapała mnie za nogi do góry, i tłukła mnie dłonią po twarzy niczym Kliczko Adamka. Dzięki temu najprawdopodobniej jestem tu dziś z Wami. Lekarka ta, powiedziała potem mojej mamie, kiedy ją docucono, że była groźba niedotlenienia mózgu, i innych jakichś strasznych rzeczy, oraz że oni w ogóle nas bardzo przepraszają za zajście. Spoko, nie ma sprawy.
Potem, też jeszcze jako podstawówkowy dzieciur leżałem w szpitalu na przepuklinę. To było już trochę jak kolonie, choć towarzyszy mi do dziś wspomnienie sytuacji kiedy zasunięto mi cienkiego kita ( na którego oczywiście się nabrałem ), że niby jadę na badania, a powieziono mnie tak naprawdę na najprawdziwszą salę operacyjną, gdzie podstępnie założono mi maskę na twarz by mnie uśpić jak wieprza.
Potem, już tak dobrze byłem świadom tego, że ja i medycyna to dwa nijak nie przystające do siebie światy, że na wszelki wypadek już nie chorowałem, ani nic sobie robiłem, byleby tylko, o ile się da, nie oglądać więcej białych kitli. Nawet nie mam w swej karcie złamanego palca, choć przecież w przeróżnych okolicznościach spadało się z różnych dziwnych miejsc nie raz i nie dwa. Najwidoczniej jakiś anioł stróż mnie wspomagał.
Ba, ja nawet tylko raz w życiu byłem na pogotowiu. To zresztą też przednia historia.
Było to kilkanaście dobrych lat temu, końcówka szkoły średniej, u kolegi w odwiedzinach. Mieliśmy już schodzić na dół, na podwórze, więc wyszliśmy z jego mieszkania. U kolegi trzymało się buty na zewnątrz, w tzw. sieni. Założyłem prawego buta, i poczułem ból w palcu u stopy jakbym zdradziecki postrzał otrzymał. Wyskoczyłem z tego buta jak oparzony. W środku buta, jak się okazało była osa, czy tam pszczoła, nie pamiętam już dokładnie. Siedziała w bucie, nacisnąłem ją palcem, to i bestia ucięła. Rozchodziłem i wszystko po parunastu minutach zdawało się być ok. Nie do końca.
Już na podwórzu u kolegi poczułem się dziwnie. Zacząłem mieć dreszcze, i miałem wrażenie że bierze mnie jakaś choroba, może gorączka, choć był jak mi się zdaje słoneczny i dosyć ciepły jeszcze wrzesień. Mieliśmy coś tam robić, ale coraz gorzej się czułem. Zdołałem się jedynie pożegnać z kolegą i wsiąść na rower żeby pojechać do domu. Kiedy jechałem, czułem już że zaczynają mi łzawić oczy, i ogólnie jakoś tak coraz bardziej dziwnie mi się robiło.
Wszedłem do domu i bąknąłem tylko mamie, że źle się czuję i muszę się położyć. Po parunastu minutach do pokoju zajrzał ojciec, i jak tylko stwierdził mój aktualny stan, narobił rabanu i stwierdzono że powinienem szybko pojechać na pogotowie.
Wtedy już byłem całkowicie spuchnięty. Pamiętacie francuską komedię pt. „Pechowiec”? Tam głównego bohatera też ucięła pszczoła i spuchł, ja wówczas wyglądałem niewiele lepiej. Mama próbowała mi założyć kurtkę dżinsową, ale ramię było tak zbaloniałe, że rękaw nie chciał się na nie wcisnąć. Powieki były tak rozdęte, że widziałem z pomiędzy nich tylko wąskie szparki. Usta to samo – nie mogłem nic powiedzieć, normalnie Angelina Jolie x 100. Palce jak serdelki. Wsadzili mnie do samochodu i dalej do lekarzy.
Na pogotowiu było wyjątkowo spokojnie, tylko kilku pijaków w poczekalni. Ojciec narobił szumu i w końcu uznano, że tego spuchniętego, targanego drgawkami jakimiś człowieka należałoby przyjąć ad hoc. Zajęły się mną dwie pielęgniarki, bo jak się okazało, „pan doktor gdzieś poszedł i zaraz przyjdzie”. Najpierw chciały mnie wprowadzić do jakiegoś pokoiku. Otworzyły się drzwi, a tam jakiś jęczący w niebogłosy gościu siedzi z wbitym w udo welfronem, a na dżinsach plama krwi. No więc tam nie można.
Posadziły mnie, ludzika z reklamy Michelin, na jakimś fotelu zabiegowym, abym tam mógł sobie w spokoju drgać i dalej puchnąć. Usłyszeliśmy, że „pan doktor za chwilę powinien przyjść” i tyle je tam widziano. Obok fotela było otwarte okno, zrobił się wieczór, zapanował chłód przynależny tej porze roku, a ja byłem tylko w t-shircie. Jako że usta miałem zapuchnięte i nie mogłem mówić, nie mogłem się więc poskarżyć, że przy okazji tego całego zajścia jeszcze sobie zamarzam. Na moje sapania i inne dziwne odgłosy nikt już i tak nie zwracał uwagi, tak więc leżałem na tym krześle niczym wprowadzona przed chwilą do chłodni, targana jeszcze przed śmiertelnymi drgawkami, pół żywa rąbanka.
Po nie wiem jak długim czasie ( ku swojej uciesze nadal żyłem ) poprzez swoje oczne szczelinki, dostrzegłem nadchodzącego z wolna, owego mitycznego „pana doktora”. Chyba był na kolacji, bo drapał się jeszcze rozkosznie po sporym dość brzuchu. Wszedł i w ogóle zdawał się mnie nie widzieć, musiałem najprawdopodobniej chyba stopić się z ogólnym wystrojem wnętrza.
”Panie doktorze, tu pan jest jakiś, on chyba źle się czuje” - życzliwie, za co jestem jej do dziś wdzięczny, wspomniała lekarzowi o mnie pielęgniarka, która to nadeszła za „panem doktorem” niczym jego orszak królewski. Tak, tak. Zauważył mnie wreszcie – „halo, tu jestem i sobie drgam”, aż chciałem tak zakrzyknąć, gdybym oczywiście mógł to uczynić.
Podszedł do mnie z wyraźnym ociąganiem. Obmierzył mnie wzrokiem i wydał suche polecenie - ”siostro, ileś tam czegoś w dwóch dawkach”. No i poszedł sobie. Audiencja skończona jednym słowem.
Z tych rozmyślań wyrwał mnie wstrząsający ból w przedramieniu. To siostra przełożona, bez żadnego wyraźnego ostrzeżenia zainstalowała mi welfron. Podczepiła do strzykawki jakąś ampułkę, i bardzo powoli zaczęła mi robić injekcję rzeczonego specyfiku. „Będę to robiła powoli, bo może boleć” - usłyszałem jak zza mgły ostrzeżenie. Faktycznie. Każde , nawet najbardziej delikatne naciśnięcie przez nią strzykawki powodowało wrażenie jakby mnie ktoś podczepił do jakiegoś agregatu hydraulicznego, dosłownie aż mi gałki z oczu wychodziły, a ja sam rosłem na ten moment jak nadmuchiwany, gumowy, plażowy rekin. Pani była bardzo delikatna, cała operacja tankowania trwała dobre 15 minut, choć i tak było ciężko.
„Za 5 minut damy drugą” - wtajemniczyła mnie wesoło w całość procedury sympatyczna pielęgniarka. Po czym też wyszła. Powoli wracałem do żywych, ale to bardzo powoli. Uspokoiłem się też nieco po tej troskliwej opiece. Nawet nie przeszkadzało mi to, że jestem już oszroniony z zimna, bo okno nadal było otwarte. Najprawdopodobniej nie lubiano tam przesadnej duszności.
Nagle trzasnęły znów drzwi. Weszła jakaś inna pigułka, bardziej tęga od poprzedniej. Podśpiewując sobie skocznie pod nosem , oznajmiła mi że właśnie „była zmiana” i że „ona teraz się mną zajmie”. Najwidoczniej jej się śpieszyło gdzieś mocno, bo chwacko podczepiła pode mnie drugą dawkę, i z uśmiechem kobry szykującej się do ataku, wtłoczyła we mnie ową dawkę w ciągu jakichś dziesięciu sekund. Zawyłem, ciemno przed oczami, potem jasno i znów ciemno. Knock-down i odliczanie sędziego.
Po chwili zajrzał jeszcze lekarz, coś tam gdzieś wyjął z jakiejś półki, jakąś teczkę czy coś takiego, i kiedy wychodził obdarzyć mnie jeszcze raczył przelotnym spojrzeniem, po czym poradził z dobrego serca:
„Niech pan uważa na pszczoły, tak na przyszłość”.
A tak w ogóle to zacząłem jakoś więcej herbaty pić ostatnio. To tak na marginesie, bo akurat mi się przypomniało.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)