„Ktokolwiek innym chce odebrać wolność, zawsze prawie sam w końcu ją utraci”.
Jean-Jacques Rousseau
Fabryka cz.I
Wszystko co żyło wokół Fabrycznego wzgórza, było dla istnienia Fabryki jedynie tegoż istnienia uzasadnieniem.
Fabryka była miejscem, gdzie spotkać można było jedynie ludzi nieprzystępnych, o posępnym spojrzeniu, i niewiele na dodatek przy tym wszystkim mówiących. Jedyne co zajmowało tych ludzi, to całodzienne krzątanie się wokół swoich stanowisk pracy, czyli ciemnych i potężnych maszyn, bezustannie pracujących według wskazówek nadanych przez ludzi z Wyższych Sfer. W codziennym huku, znoju i trudzie budowali pracownicy Fabryki świat, w którym najważniejsze były dane statystyczne, działające oczywiście prawie zawsze tylko i wyłącznie na korzyść Fabrykantów.
Odnieść można było tam wrażenie, zwłaszcza gdy przebywało się wśród tych ludzi już nieco dłużej, że z biegiem czasu stapiają się oni w organiczną jedność ze swoimi maszynami, a co za tym idzie stapiają się w ową jedność także ze swą ciężką pracą. Idąc dalej, można było wręcz pomyśleć, że w przeciągu przepracowanych w Fabryce lat, zamieniają się oni ze sobą - pracownicy i maszyny - swymi rolami. Czarne od smaru i zmęczone pracą ludzkie postacie, nabierały w trakcie lat pracy w Fabryce pewnych cech, chciałoby się rzec, mechanicznych. Przykładów zachodzenia takich przemian było i jest wiele, długo by je tu wymieniać, poprzestać na tę chwilę wystarczy jedynie na wskazaniu, iż przestawali po pewnym czasie ci pracownicy mówić zrozumiałym dla innych językiem, a na to opuszczone po ludzkiej mowie miejsce, pojawiał się jedynie wybrzmiewający z ich ust, niejasny i niezrozumiały dla nikogo spoza Fabryki szum. Maszyny natomiast obciążane coraz większymi i coraz bardziej to skomplikowanymi obowiązkami, jęczały i zawodziły zgrzytliwie, czyniąc to niejako w zastępstwie tych którzy je obsługiwali.
W Fabryce nie mówiło się nigdy „proszę” czy „dziękuję”, nie należało tam to do zbyt dobrego tonu. Zaprzestano po jakimś czasie nawet podawania sobie rąk na przywitanie, wypatrując w tego typu gestach zalążków własnej rodzącej się słabości, na które to słabości w Fabryce nie mogło być, i nie było, żadnego miejsca. Słabości tego rodzaju, dla tego kto ich doświadczył, szybko - o ile w kimś zdołały się w tych ciężkich warunkach narodzić - stawały się początkiem końca bytności tego kogoś w Fabryce.
Pracownicy Fabryki nie znali litości, ani dla współtowarzyszy niedoli, ani dla samych siebie, ani w końcu dla swych maszyn. Obowiązywał tam jedyny i zawsze posiadający Wyższą Rację Kodeks. Kodeks ten składał się z wielu niesprecyzowanych, często wzajemnie i wewnętrznie ze sobą sprzecznych prawideł, dotyczących rozmaitych obowiązków które nakładała Fabryka na każdego pracownika z osobna. Nie został on nigdy formalnie spisany, funkcjonował na zasadzie pewnego rodzaju wiszącego w powietrzu niematerialnego prawa, czyniąc go tym samym niezwykle trudnym do pełnego rozpoznania. Utrudniało to, czy wręcz uniemożliwiało precyzyjne jego zrozumienie, co rzecz jasna, przekładało też się na praktyczną niemożność stosowania go przez pracowników w codziennej pracy. Stanowił Kodeks ów zresztą dla pracowników największe z możliwych w Fabryce zagrożeń. Nie sposób było przewidzieć, gdzie i kiedy można ten oniryczny regulamin przekroczyć lub złamać. Jakiś jeden jego punkt mógł bowiem dotyczyć któregoś z pracowników, kogoś powiedzmy dopiero rozpoczynającego tam pracę, ale ten sam punkt nie miał już zupełnie żadnego zastosowania dla kogoś innego, starszego stażem pracy, doświadczeniem czy wiekiem, choć rzecz jasna dotyczył tenże punkt czynu którego dopuszczali się obaj przed chwilą wymienieni ludzie niemalże w jednym i tym samym momencie. Wszystko opierało się bowiem na pewnego rodzaju umowności i na owej, wspomnianej już wcześniej Wyższej Racji, której moc obowiązywania jawić się mogła często jako czysto przypadkowa, a nierzadko i po prostu najzwyczajniej niesprawiedliwa. O tym że regulamin został naruszony informowali pracowników, kręcący się po halach fabrycznych Nadzorcy, nie podając przy tym nigdy konkretnych czy też formalnych ku temu powodów.
Kiedy powstała Fabryka? No i przede wszystkim, po co ona powstała? Tego niestety nie wie już nikt, a i nikt o tę wiedzę specjalnie nie zabiega, nie ma już chyba zresztą takiej potrzeby. Ważne, a w zasadzie najważniejsze – z punktu widzenia zarówno pracowników, Nadzorców jak i Fabrykantów – iż Fabryka ta działa, ma moce produkcyjne, i że wciąż nie tylko produkuje, ale także co może nawet ważniejsze, i jak głupio czy też naiwnie by to nie brzmiało, po prostu istnieje. Po cóż ciężko pracujący pracownik, mający w ciągu dnia pracy i tak nadto własnych strapień wynikających z ilości wykonywanych przezeń obowiązków, miałby jeszcze się zastanawiać komu i czemu służy jego praca, gdzieś tam, daleko poza murami Fabryki, a więc w miejscu zupełnie tego pracownika nie obchodzącym? Taki pracownik szybko zostałby zastąpiony kimś innym, nie mającym skłonności do przesadnych rozmyślań, potrafiącym za to w najwyższym stopniu skupić się jedynie na wykonywanym zadaniu.
Nadzorcy także nie chcieli dociekać, w jakim celu zdarza im się – a działo się tak dosyć często - okładać drewnianą lagą leniącego się względem swych obowiązków tego czy innego obiboka. Wiedzieli oni dobrze, że nie ma po co się nad tym głębiej zastanawiać, i choć nie wiedzieli dlaczego tak dokładnie jest, doskonale czuli całą rzecz podskórnie, zwłaszcza wtedy, kiedy patrzyli na własne ręce sprowadzające celne razy na plecy pracowników. Precyzyjną wiedzę na temat potrzeby istnienia Fabryki znali tylko Fabrykanci, ludzie z Wyższych Sfer, a ich nigdy nikt osobiście tam nie spotkał, zresztą nawet gdyby ktoś ich tam spotkał i tak nikt by ich o to nie ośmielił zapytać. Pozwalano więc sobie, tak samo wśród pracowników jak i Nadzorców, na swobodne zrzucenie owych dylematów na barki ludzi pochodzących zupełnie nie z ich klasy, uznając całkiem przytomnie, iż nie ich samych funkcją jest dopatrywanie się w tym wszystkim szerszego sensu.
A przecież korzyści z istnienia Fabryki odczuwają wszyscy, nikt temu nie może zaprzeczyć. Tak pracownicy, jak i ich Nadzorcy radzi są niezwykle, iż istnieje miejsce w którym można bez reszty oddać się ciężkiej pracy, oraz że istnieje miejsce w którym można zająć się czymś innym - niechby to i było per saldo wykańczające fizycznie - niż przechadzaniem się przez całe życie po podwórzu przed własną chałupą, czy też wyplataniem wiklinowych koszy. Wszystko jest wszakże lepsze niż tak w bezsensowny sposób marnowane życie, tak więc praca w tej Fabryce była dla pracujących w niej ludzi także i swoistym, choć co prawda okupiona nierzadko cierpieniem, wybawieniem.
Fabryka była ponadto miejscem, gdzie mogła się uformować tak potrzebna w każdym miejscu na świecie hierarchia. Ludzie pozostawieni samym sobie, będąc bez Fabryki, nie potrafili by przecież pomiędzy sobą rozsądzić tego, który z nich ma moc i możliwości aby wywyższyć się w jakiś wyraźny sposób spośród innych, koniec końców, równych sobie w swej biedzie i niewiedzy mieszkańców. Pomóc im w tym nie miałby zresztą kto. Administracja była przecież daleko, w mieście, to stamtąd przychodziły do wsi rozmaite rozporządzenia czy odezwy, nikt w samych wsiach nie miał na nie najmniejszego wpływu, tam można jedynie było owe rozporządzenia wprowadzać w życie, nie mając przy tym nigdy z Administracją żadnego kontaktu. Skoro nie było Administracji na miejscu, tak więc jak się rozumie samo przez siebie, odpadał i ten sposób na wyłonienie wśród miejscowych jakiejkolwiek gradacji ważności. Bo przecież trudno byłoby uznać kogoś za wyższego od siebie rangą, kto powiedzmy wyróżniał się jedynie szybkością wyplatania kosza, bądźmy tutaj poważni. Byli owszem ludzie, którzy czymś tam się wyróżniali, ale byli sami z siebie mimo wszystko za słabi aby móc zbudować wokół siebie jakąkolwiek istotniejszą, mogącą oprzeć się atakom innych powagę. W końcu, nawet ten który potrafił sam jeden zbić kilkunastu przeciwników na zabawie, padał przygnieciony jakąś chorobą i wówczas cała moc jego autorytetu bezpowrotnie znikała.
Ktoś silny nie choruje nigdy – tak tam zwykło się uważać, i choć ogólnie niewiele wiedziano we wsiach, to akurat w tej kwestii byli tam wszyscy pewni tego, iż sądząc tak a nie inaczej, nie popełniają z grubsza żadnej omyłki...
[CDN]



Komentarze
Pokaż komentarze (5)