Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
236
BLOG

Daleko za rzekę

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Można było powiedzieć że pogoda jest zła, od południowego zachodu na niebie zrobiło się już całkowicie sino od chmur burzowych. Daleko w tamtą stronę było niemalże czarno, a wiatr dolatujący stamtąd wydawał się być tak po długim okresie duchoty ożywczy, że aż chciało się go szeroko rozwartymi ustami chwytać tak mocno jak to jest tylko możliwe. Wraz z tym wiatrem przyszło kilkanaście pierwszych, ciepłych kropel lipcowego deszczu.

Schodził powoli z nadbrzeżnej skarpy, trzymając ręce w kieszeniach i siląc się na obojętność wobec wszystkiego. Po chwili zatrzymał się, i chcąc nie chcąc, spojrzał w kierunku przystani. Tylko co to była za przystań. Stary, zrujnowany pomost sięgający ledwie kilka trudnych metrów w rzekę, plus dwie wysłużone łodzie, służące obrotnemu tutejszemu, do przewożenia ludzi na drugi brzeg. Człowiek ten siedział zresztą teraz w jednej z tych łodzi, jego twarz nie wyrażała absolutnie nic, i jadł z nudów przerośnięte jabłko spluwając co i raz pestkami do wody.

Tuż przy pomoście, na starej, rozpadającej się ławeczce siedziała ona, w ciemno granatowej sukience. Obok niej stała mała podróżna torba, którą zabierała zwykle na krótkie podróże. Nie widziała go jeszcze. Gdy był już niedaleko, widział jak trzymała ręce na kolanach by po chwili podrapać się po prawej łydce.

Zobaczyła go wreszcie i podniosła się z ławki, pomachała mu. Kiedy był już jej coraz bliżej, wciąż była uśmiechnięta, choć im był bliżej i bliżej, tym więcej na jej twarzy było zdziwienia.

-Cześć, a gdzie ty masz rzeczy, jak ty chcesz jechać? – zapytała, gdy stanął tuż obok ławeczki.
-Cześć, słuchaj, musisz dziś jechać sama – odparł, patrząc wszędzie tylko nie na nią.
-Jak to sama..No przecież miałeś jechać ze mną..
-Naprawdę, zrozum, nie mogę dziś z Tobą jechać..
-Ale dlaczego..?
 
W jej głosie nie słychać żalu, była w nim jedynie dziecięca wręcz ciekawość płynąca wprost z niezrozumienia. Nie lubił tego u niej, to na niego zawsze działało najgorzej. Poczuł się natychmiast gorzej niż jeszcze przed chwilą. Sięgnął po jej torbę i podał ją przewoźnikowi, by  zabrał ją do łodzi, co ten skwapliwie uczynił, plując oczywiście przy tym pestkami za burtę.

-Nie przesadzaj, pojedziesz sama. Przecież niedługo wrócisz – niestety, gdy wypowiadał te słowa nie było w -jego głosie zbytniej pewności.
-Wiesz dobrze, że stamtąd się nie wraca..
 
W tym jej zdaniu, podobnie jak w poprzednim, również nie było ani cienia skargi. Może tylko trochę coraz trudniej skrywanego smutku. Towarzyszył temu cichy chlupot, aż się oboje obejrzeli w stronę rzeki. To człowiek z łodzi wyrzucił ogryzek, i zabrał się za wyjętą z kieszeni spodni gruszkę.

Ona była przecież mimo swej dorosłości nadal bardzo dziecinna w swoich nastrojach. Po chwili zapomniała już o przykrej niespodziance, podkasała sukienkę, i dała lekkiego susa. Wskoczyła do łodzi, i zakołysała się przy tym nieco. Przez chwilę jej ręce szukały w powietrzu jakiegoś oparcia, tak aby nie stracić równowagi. Uśmiechnęła się przy tym jak mała dziewczynka, która przed chwilą coś spsociła. Dla lepszego efektu, niby przepraszająco zasłoniła usta ręką.

Człowiek w łodzi, nie czekając już na nic, znów splunął pestkami po czym nakazał sucho – odwiąż pan linę. On zrobił to, potem odrzucił tę linę do łodzi i odepchnął ją lekko butem. Człowiek w łodzi zaczął z wolna wiosłować wstecz.

Ona wciąż stała w tej łodzi i przypatrywała mu się do niego uśmiechając w sposób jaki najbardziej u niej zwykle lubił..

-Wiesz co, wejdź szybko, tam na górę – tu wskazała palcem najbliższą, najwyższą skarpę – a ja ci pomacham jak już będę na drugim brzegu, dobrze? - nie rezygnowała łatwo nigdy w sprawieniu by czuł się lepiej, tym razem również.

-Dobrze – odparł beznamiętnie, znów trzymając ręce w kieszeniach.

Szedł niby obok brzegu, towarzysząc odpływającej łodzi, ale z każdym krokiem oddalał się. Wszedł powoli na rozpoczynające mu się właśnie pod nogami wzniesienie.

-No idźże szybciej – zawołała znów z oddalającej się coraz bardziej łodzi – bo my dopłyniemy, a Ty nie zdążysz wejść na górę i mnie nie zobaczysz jak ci macham stamtąd.

Odwrócił się na chwilę. Stała, i wciąż uśmiechając się zrobiła małą próbę pomachania.

-O, tak ci właśnie pomacham, no szybciej właź – tym razem nakazała wesoło, niczym dziecko w czasie gry w berka.

Szedł coraz wyżej. Był już w połowie wysokości skarpy gdy nagle przyśpieszył. Szedł bardzo szybko, wręcz wskakiwał na kolejne uskoki skarpy. Doszedł do samej góry, ale szedł wciąż przed siebie nie odwracając się w ogóle. Wbił się ciałem w gęsto porośnięte, rosnące tam krzaki i po chwili był już na drodze prowadzącej na północ, w kierunku lasu.

Słońce coraz bardziej rozjaśniało, pochmurne dotąd niebo. Pogwizdując, ruszył przed siebie.

 


 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości