Ogólnie mój świat jest dobry, niebo nade mną niebieskie i zupełnie bezchmurne, rodzina świetna, praca cudowna, ja sam czuję się jak okaz zdrowia i przy każdej możliwej okazji śmieję się z byle czego niczym rzecznik rządu. Nie jest tak jednak zawsze. Raz na jakiś czas moje niebo zasnuwają ciemne, wręcz czarne ołowiane chmurzyska niczym kożuchy węglarzy. Otwieram rano żaluzje, a tam mimo iż już jest dzień, widzę tylko czerń jakby ktoś pozaklejał mi okna od zewnątrz czarną folią. Wtedy już całym sobą czuję, że nadchodzi niechybnie, niczym rachunek z elektrowni, wielki i niezmierzony dół.
Wiem już co wtedy muszę zrobić. Piekę ciasta, warzę gar bigosu, szykuję przystawki, kupuję dobre alkohole, rozstawiam to wszystko przepięknie na stole, który wcześniej przystrajam obrusem w kolorowe ciapy. Przygotowuję krzesła, sztućce, talerzyki, szklanki, kielichy i zasiadam przy tymże stole w oczekiwaniu na gości którzy wkrótce z pewnością nadejdą.
W końcu są. Przychodzą, witają się ze mną czule – wszak dawno się nie widzieliśmy - i rozpełzają radośnie po całym mieszkaniu. Są to moje wszystkie czarne myśli, dla niepoznaki jedynie poprzebierane za mych przyjaciół. W klapy mają wpięte tabliczki – niczym na urodzinach Salonu – na których nie ma ników, a wszystkie moje życiowe przewiny, wady i niedoskonałości. Pod oknem stoi moje Niedouczenie, na sofie siedzi moja Niespełniona Obietnica i żywo rozprawia z jakimś moim Złym Słowem wobec kogoś. Niedocenienie bliskich ogląda moją łazienkę, a Porażka Zawodowa przegląda moje filmy na DVD i dziwi się że nie mam wszystkich części Gwiezdnych Wojen. Poznaję ich wszystkich.
Ja chodzę wokół nich, uroczyście wystrojony i dolewam śliwowicy. Podaję też sernik. Wszyscy są uśmiechnięci, jest całkiem wesoło. Kiedy atmosfera siada, ktoś z nich wyciąga zza pazuchy rewolwer i strzela mi dla zabawy prosto w serce jakąś moją wpadką sprzed lat, a ja spadam pod stół i tam sobie trochę krwawię. Potem się podnoszę. Organizujemy różne zabawy. Na przykład czasem moi goście budzą mnie w nocy i każą mi zorganizować kulig. Doczepiam sobie wtedy chomąto i ciągnę ich wszystkich godzinami przez śnieżne zaspy, i często czuję smagnięcia batem przez plecy.
Potem gdy oni śpią utrudzeni całodziennymi rozrywkami, ja siedzę w łazience i oglądam w lustrze moje krwawe ślady powstałe w czasie tych igraszek.
W końcu jednak uznaję że koniec tej zabawy. Podaję ciasto i kawę. Goście rozchodzą się do domów, a ja schodzę czym prędzej na dół, gdzie jest warsztat. Tam kładę się na stole i wokół mnie zaczynają krążyć mechanicy. Krzątają się, coś tam wymontowują, wymieniają jakąś zużytą w walce część, a cały warsztat wypełniają snopy iskier powstałych przy wspawywaniu nowych podzespołów. Niejednokrotnie potrzeba jest wyjęcie ze mnie całego silnika, i podciągnięcie go na łańcuchach gdzieś do góry. Zdarza się że nie nadaje się on już do wymiany i wtedy montuje się całkiem nowy. Po tym wszystkim wstaję, wystawiam fakturę i wracam do siebie.
Zrywam czarną folię z okien i znów cieszę się niebieskim niebem.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)