Jakieś pół godziny temu, obudziłem się, bo coś mi się śniło. Sny rozpadają mi się zwykle na kawałki sekundę po obudzeniu, nic z nich przeważnie nie pamiętam. Ten, który mnie dziś obudził był niesamowicie mocno skonstruowany i w ogóle po moim przebudzeniu nie znikał, przetrwał niemalże w całości. Na dodatek, jeszcze teraz kiedy to piszę, czuję niesamowitą namacalność wszystkich mających miejsce w jego czasie wydarzeń. Tak mnie ta realność i trwałość tego snu zaskoczyła, że postanowiłem szybko go spisać, bo dosłownie jeszcze chwila i mi zniknie. Wszystko co się zdarzyło w nim, trwało dosłownie w moim poczuciu góra minutę. Opis jest dłuższy, bo chciałem spisać wszystko co zapamiętałem...
Przez pewien krótki czas jechałem gdzieś samochodem, była noc i widziałem tylko znikające w ciemności, złożone z pionowych elementów odgrodzenie szosy od pobocza. Samochód prowadził dziwny człowiek, łysiejący, około czterdziestki, trochę przypominał mi człowieka któregoś skąd znam, ale jednocześnie zdawał się być mi całkiem obcy. Zobaczyłem go zresztą dokładnie dopiero w następnej sekwencji. Siedział przede mną za jakimś kontuarem, lekko na podwyższeniu, tak że widziałem go nieco z dołu. Za nim paliło się światło, przede mną były jakieś kraty którymi chyba można byłoby w razie potrzeby oddzielić ten kontuar od ewentualnych niepożądanych gości. Człowiek ten był w granatowej bluzie z kapturem, a jego twarz momentami wydawała się coraz bardziej podobna do kogoś kogo znam, ale nie ustaliłem ostatecznie do kogo. Wtedy jakby przypłynęła do mnie świadomość tego, po co jestem w tym miejscu. Moja siostra, z którą gdzieś najwyraźniej mieliśmy dalej jechać, kazała mi iść i załatwić sobie jakieś leki które są jej potrzebne. Przez chwilę chyba nawet mignęła mi siedząca w samochodzie – chyba na zewnątrz tego miejsca z kontuarem – na jakimś parkingu oświetlonym latarniami i coś mi tam tłumaczyła, jakie to leki itp. Ja na górze musiałem to chyba wszystko zgrabnie powtórzyć, bo człowiek o którym wspominałem, zaczął coś mówić o tych medykamentach i jakby sumować moje zamówienie. Robił to z takim charakterystycznym grymasem znudzenia, i urzędowej rutyny (tak jak to często bywa u ludzi którzy np. coś ciągle sprzedają), brał do ręki jakiś duży kalkulator i liczył coś na nim przyciskając jego przyciski ołówkiem. Podał mi jakąś sumę, nie pamiętam już jej, ale wydawała mi się duża, jednakże nie znów taka duża żeby nie mogły tyle kosztować leki ( wszak leki chyba nie są tanie ogólnie).
Potem nastąpił przepływ czasu, gdzieś musiałem być ale za chwilę znów byłem u tego samego człowieka siedzącego za tym samym kontuarem – chyba wróciłem po realizację zamówienia. Jakoś tak jaśniej było już w tym jego kantorku, a ja czułem że stoję w jakimś ciemnym wąskim miejscu. On przybrał teraz minę człowieka, który dobrze sobie zdaje sprawę z tego, że zamierza mnie cynicznie oszukać, ale wiedzącego też, że to ja jestem na gorszej pozycji, że wiem też o tym, ale że nie jest to żadną przeszkodą by jednak spróbować mnie oszukać. Zaczął mi mówić - wciąż z tym rutyniarskim grymasem znudzenia - że sporo wyszło za te leki i pokazał mi przy tym kartkę na której widniała cyfra – to pamiętam dokładnie, 880 zł. Zaszokowała mnie ta suma. Coś zacząłem tłumaczyć, że przecież nie tak się umawialiśmy – tu zaczęło mi coś kołatać, że przecież wcześniej mówił mi o około trzystu złotych..Trwała między nami jakaś przepychanka słowna. Dziwna sytuacja, przecież ja tych leków nie musiałem niby kupować i teoretycznie mogłem wyjść stamtąd bez słowa, ale czułem też że wiąże mnie wobec niego jakieś mocne wcześniejsze zobowiązanie, być może skutkujące prawnymi krokami. Miałem w ręku jakiś kwitek z kasy fiskalnej i zobowiązałem się że ja to zostawię, pójdę po siostrę która czeka na dole, i zaraz wszystko się wyjaśni, a ja ten kwitek zostawię na dowód że tu naprawdę wrócę – co przecież od razu wydało mi się głupie i nielogiczne, i prychnąłem niemalże ze swojej głupoty. Byłem już na zewnątrz. Moja siostra wchodziła już na górę po jakby zewnętrznych schodach metalowych ( a więc to było na górze gdzieś ) i ja jej jakoś to wszystko, chaotycznie wytłumaczyłem, a moja siostra była w takim typowym dla niej rozgniewanym nastroju, kiedy trudno jej coś logicznie wytłumaczyć, bo ona już wtedy nie słucha tylko chce się kłócić. Kiedy wchodziliśmy na górę, szli tam też jacyś inni ludzie, było nadal ciemno, a z przeciwka schodził ten człowiek zza kontuaru w towarzystwie jakiejś kobiety. Nie wiedzieć czemu, oboje z siostrą przestraszyliśmy się tego, ona zaczęła nawet biec w stronę jakieś otwartej bramy która oddzielała podwórze na którym się znajdowaliśmy, od mocno oświetlonej światłem latarni ulicy. Ja też zacząłem biec, kątem oka widząc, iż tamten człowiek i kobieta skierowali się w przeciwną stronę, w głąb ciemności podwórza, które przypominało nieco jakiś warsztat. Pomyślałem wtedy że to niedobrze, że oni stamtąd coś zrobią niedobrego. Szczeknął jakiś pies, wydawało mi się że przebiegł gdzieś w ciemności podwórza, a ja wybiegłem za siostrą na ulicę. Wtedy ten pies wyleciał też na ulicę, ale był niegroźny, nic nie chciał nam zrobić tylko postanowił już się wycofać z ulicy z powrotem na podwórze. Wtedy przebiegł mi pod nogami, tak że się o niego mało co nie wywróciłem, ale poczułem tylko jego sierściowe ciało, po którym niemalże przebiegłem. Ja biegłem nadal, a moja siostra, nie wiedzieć czemu, nie wsiadła do samochodu którym jak mi się wydawało tu przyjechała, a jechała teraz szybko na jakimś rowerze i oddalała się coraz bardziej ode mnie, bo nie nadążałem co oczywiste biec za rowerem. Zanim zniknęła zdążyła mi jeszcze krzyknąć coś o jakimś miejscu w którym się spotkamy. Dobiegłem do jakiejś ciemnej szosy, czy ulicy. Widziałem tory kolejowe, ułożone w rzędach, za którymi widać było oświetloną ulicę i jakieś domy. Zacząłem przebiegać przez te rzędy torów, ale to nie był już zwykły bieg, a coś takiego co robią sarny, jakieś wręcz susy, czułem się w tej ucieczce niezwykle mocny, pędziłem przeraźliwie czasami robiąc dalekie skoki. Tory przeskoczyłem momentalnie i kiedy już się cieszyłem że tak pięknie umykam do jasnego świata, zorientowałem się że wbiegam wprost na jakąś zakazaną ulicę pełną jakichś pijaków, czy żuli. Jeden z nich kopnął chłopaka który tamtędy przechodził. Ja wciąż w pędzie ominąłem to wszystko i nadal będąc na sennym dopalaczu wbiegłem w jakieś drzwi, które prowadziły do oświetlonego korytarza, jakiejś zaniedbanej mocno kamienicy. Z przeciwka szło kilku miejscowych, źle wyglądających, takich trochę lumpów. Spojrzeli się dziwnie na człowieka, który wbiegł w nocy na ich terytorium i biegł teraz wprost na nich. Ja kiedy ich mijałem tymi sarnimi susami, poczułem przez chwilę że na plecach mam doczepioną jakąś broń – może szabla czy miecz – która czynić mnie musiała w ich oczach jeszcze bardziej groźnym przeciwnikiem. Kiedy ich pędem mijałem wykonałem jeszcze taką dziwną sekwencję okrzyków mających chyba dać im do zrozumienia że nie ma ze mną żartów – jakby bojowych – coś w rodzaju o!-e!-ta!-tu!-o!-u!
Potem przez chwilę biegłem dalej pośród jakichś korytarzy, podwóreczek zapuszczonych. Pędziłem nadal szybko wśród tych wszystkich wąskich przesmyków, i kiedy wydawało się że przede mną nie ma już dalszej drogi, to nagle w ostatniej chwili zawsze wychywały z ciemności jakieś drzwi, czy też murek nad którym można było przeskoczyć dalej. Wszystko to robiłem szybko, czując w nogach siłę, trochę jak ci kolesie od parkouru. W końcu wbiegłem na coś w rodzaju podwóreczka, czy też małego dziedzińca lub studni otoczonej z czterech stron pnącymi się wysoko ścianami jasno otynkowanych kamienic. Ponieważ nadal byłem w trakcie ucieczki – chyba wciąż przed tym człowiekiem aptekarzem – wiedząc że z tej studni ciężko będzie uciec w poziomie, wybrałem pion. Wspinać się zacząłem błyskawicznie po jakiejś ścianie, z której zwisała bordowa otomana czy narzuta. Wciągałem się w górę łapiąc za spływające fałdy tej otomany niczym kocur po firance, choć czułem że ta otomana leci w dół i mogę spaść razem z nią. Jednak byłem zwierzęco czy wręcz małpio zręczny i wkrótce znalazłem się na górze tej ściany. Stałem na niej, ponieważ się urywała i zerkałem na drugą stronę. Tam był jeszcze mniejszy dziedzińczyk, wypełniony w dole, kilka dobrych metrów poniżej mnie, wielką bordową kanapą. Pomyślałem, że no jak tam skoczę, to nie dość że na amen się ukryję – kto mnie by tu znalazł – to jeszcze się wyśpię po całej tej eskapadzie. Owinąłem się tą otomaną i skoczyłem w dół jak batman. Opadłem idealnie na brzuch zakrywając się otomaną w locie, i ledwie spadłem, chciałem już zapaść w sen.
Jednak tylko się to stało, a już poczułem że coś gdzieś szarpie za otomanę. Wyskoczyłem z niej jak oparzony, bo to był taki mały dziwny stworek, którego wyglądu już nie pamiętam. Wiem że momentalnie znalazłem się z powrotem na górze, na tej ścianie, a potworek został na kanapie która teraz wydawała się być ze trzy piętra niżej ode mnie. Potworek skakał tam, trochę jakby chciał się bawić, podskakiwał jednak coraz mocniej, tak że co skok to już był wyżej, w końcu prawie na mojej wysokości. Kiedy był już coraz wyżej spostrzegłem że macha kończynkami, jakby jednak chciał ze mną walczyć. Coś miałem w ręku, jakąś broń, którą kręciłem młynki i uderzałem tego potworka z którego po każdym ciosie coś odpadało. W końcu zaczął latać wokół mnie i dalej walczyliśmy. Trzymałem się czegoś i robiłem takie mocne szarpnięcia, uniki i zadawałem ciosy rzucając się przy tym mocno w różne strony...
Wtedy się obudziłem. Dobranoc.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)